Niech sąd pokaże nam paragraf z „mową nienawiści”

Z dr. Andrzejem Grajewskim, zastępcą redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego”, rozmawia Michał Wilk



Ksiądz Marek Gancarczyk zdecydował się na wniesienie apelacji od wyroku w sprawie Alicji Tysiąc. Liczy Pan na korzystne orzeczenie?

– Jeżeli sąd będzie trzymał się litery prawa oraz przeprowadzi dokładną analizę przesłanego przez nas materiału, to myślę, że będzie korzystny.

Wyrok i opinia sędzi Ewy Soleckiej były jednak dla „Gościa Niedzielnego” miażdżące…

– Opinia wyrażona w uzasadnieniu do wyroku wskazuje na kilka rzeczy. Po pierwsze jest niekonsekwentna, ponieważ w uzasadnieniu jest mowa o tym, że nie dokonaliśmy porównania Alicji Tysiąc do zbrodniarzy hitlerowskich, tylko jej zdaniem można domyślać się takiego porównania z kontekstu, z ogólnej wymowy oraz konstrukcji tekstu. W uzasadnieniu sędzia przyznaje, że takiego porównania wprost nie było, tylko według niej można się było domyślać tych trzech elementów. Natomiast w wyroku pisze twardo, że mamy przeprosić za porównanie Alicji Tysiąc do zbrodniarzy hitlerowskich, a nie pisze, że z naszych tekstów mogło wynikać takie porównanie. To jest jakaś daleko idąca nielogiczność i niekonsekwencja między sentencją wyroku i jego uzasadnieniem.

Po drugie chcemy, aby zostały wskazane paragrafy, na postawie których mamy przeprosić za „mowę nienawiści”. Takiej kategorii nie ma w żadnym z polskich i europejskich kodeksów. Jest to zwrot czysto ideologiczny, którym uderzono w nas, taką „ideologiczną pałką” w pozwie. Pani sędzia przekalkowała to określenie. To po pierwsze, nie jest pojęcie prawnicze, a po drugie, nie ma zakorzenienia w prawie i w żaden sposób nie odnosi się do naszych treści, ponieważ w dowolny, arbitralny sposób można nazwać każdą obronę wartości praw człowieka – a obrona najsłabszych, czyli istot nienarodzonych, jest obroną praw człowieka – można nazwać mową nienawiści. To są rzeczy, na które nie może być zgody. To są rzeczy, które pokazują, że ten proces wykracza dalece poza spór wyłącznie pomiędzy środowiskiem proaborcyjnym a „Gościem Niedzielnym”. Bo tak naprawdę naszym przeciwnikiem nie jest Alicja Tysiąc, ale potężne międzynarodowe, zamożne lobby proaborcyjne, które w tym przypadku uzyskało już korzystny dla siebie wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, a teraz chce wygrać wyrok, który będzie precedensem w prowadzeniu dalszych tego typu postępowań.

Kwestionuje Pan też wiarygodność zeznań Tysiąc.

– To był zdecydowany atak. Trudno ocenić tutaj udział pani Alicji Tysiąc, ponieważ sama z siebie niewiele tam wniosła. Zeznania były podpowiadane przez adwokatów. Zresztą było to, szczerze mówiąc, skandalem. Bo na sali sądowej na kartkach pisano jej, co ma mówić, podpowiadał jej mecenas, podpowiadała pełnomocnik. W tym momencie sąd musiał interweniować, wyrzucił jedną z tych osób. Wobec niej zastosowano pewną manipulację, ponieważ powiedziano, że pani Tysiąc miała wypadek, w związku z czym nie może odpowiadać przy barierkach, myśmy się na to zgodzili, nie domyślając się podstępu, a chodziło o to, żeby siedziała między swoimi prawnymi doradcami, którzy cały czas mówili jej, co ma mówić, i pisali jej na kartkach. A ponieważ ona słabo widzi, pisali jej dużymi literami, myśmy też to widzieli. To był więc kabaret, a nie zeznania Alicji Tysiąc. Mija się z prawdą stwierdzenie, że pani Alicja Tysiąc zeznawała samodzielnie. Odpowiadając na pytanie o poniesienie jakiegoś uszczerbku lub dowodu takiego nękania, mówiła o swoich osobistych odczuciach, a gdy wspomniała o swoim krewnym, który rzekomo się od niej odwrócił, na pytanie o jego imię i nazwisko odpowiedziała, że nie chce o tym mówić, więc to nie jest żaden dowód.

Od początku była to sprawa dotycząca wolności słowa.

– Oczywiście wyrok sądu apelacyjnego albo umocni tę tendencję ograniczającą swobodę wypowiedzi, albo wręcz odwrotnie. Z nadzieją oczekuję na ten wyrok.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj