fot. PAP/Andrzej Jackowski

MEN chce wymusić na uczniach udział w tzw. edukacji zdrowotnej

Wiceminister edukacji Paulina Piechna-Więckiewicz zapowiedziała ewaluację tzw. edukacji zdrowotnej. Wyraziła nadzieję, że jeszcze w tym roku szkolnym zapadnie decyzja, by przedmiot był obowiązkowy. To reakcja na dane, z których wynika, że w zajęciach w całym kraju uczestniczy około 30 proc uczniów. Od 1 września lekcje te są dobrowolne. Rodzice masowo wypisywali swoje dzieci, nie godząc się na treści dotyczące seksualności zawarte w tzw. edukacji zdrowotnej.

Były wiceszef MEN Tomasz Rzymkowski wskazuje na skrajną ignorancję resortu. Potrzebne treści są już przekazywane podczas innych przedmiotów, jak np. godzina wychowawcza. Zwrócił uwagę na kontrowersyjną stronę tzw. edukacji zdrowotnej.

Tą stroną jest nadmierna seksualizacja, nieadekwatna do fazy rozwojowej młodego człowieka. To spowodowało gigantyczną absencję wśród dzieci i młodzieży w tym roku szkolnym. Należy apelować do rodziców, aby dalej protestowali mimo usilnych starań seks-edukatorów z Ministerstwa Edukacji, by przedmiot nie był obowiązkowy. Do tego dochodzi jeden zasadniczy problem, to znaczy wszelkiej maści eksperci od prawa do lewa mówią jedno: program szkolny jest przeładowany treściami. Jeśli do tego plecaka dorzuca się jeszcze jedną lekcję, w tym przypadku edukację zdrowotną, która dubluje dobre treści znajdujące się dotychczas w obowiązującej podstawie programowej, to robi się krzywdę naszym dzieciom – zaznacza poseł Tomasz Rzymkowski.

Eksperci ds. oświaty podkreślają, że zwlekanie przez MEN z publikacją danych o frekwencji na tzw. edukacji zdrowotnej jest dowodem, że ten kolejny pomysł okazał się porażką. Jak wskazują, błędem było wycofanie ze szkół Wychowania do życia w rodzinie.

Rodzice, pedagodzy i wiele organizacji za poważny błąd resortu uznają również zniesienie obowiązkowych prac domowych, które przyczynia się do obniżenia poziomu polskiej edukacji.

RIRM

drukuj