fot. PAP/Darek Delmanowicz

M. Możdżonek dla „Naszego Dziennika”: Gospodarka łowiecka jest prowadzona w zasadzie na całym świecie. Możemy się spierać o formę, jaką ma przyjąć, ale musi być wykonywana niezależnie od tego, czy ktoś to popiera, czy nie

Jednym z punktów projektu jest wprowadzenie zakazu polowania po spożyciu alkoholu. Zabawne, biorąc pod uwagę, że takie prawo już obowiązuje i jest ściśle przestrzegane. Pijani myśliwi na polowaniu funkcjonują jedynie w chorej narracji przeciwników łowiectwa. Zapewne żaden z nich na polowaniu nie był i nie wie, jak ono wygląda, ale to nie przeszkadza mówić, co ślina na język przyniesie. Celem jest wywołanie emocji potrzebnych do politycznej awantury. Gospodarka łowiecka jest prowadzona w zasadzie na całym świecie. Możemy się spierać o formę, jaką ma przyjąć, ale musi być wykonywana, niezależnie od tego, czy ktoś to popiera, czy nie. Spór dotyczy więc tego, czy łowiectwo ma być wykonywane przez społeczeństwo dla społeczeństwa, czy przez organizacje pozarządowe za pieniądze społeczeństwa – mówił Marcin Możdżonek, prezes Naczelnej Rady Łowieckiej przy Polskim Związku Łowieckim, w rozmowie z Zofią Sońtą z „Naszego Dziennika”.

Red. Zofia Sońta: Obywatelski projekt nowelizacji Prawa łowieckiego, który został skierowany do konsultacji, budzi poważne obawy środowiska myśliwych.

Marcin Możdżonek: Po zapoznaniu się z tym projektem można dostrzec, że jego cel jest konkretny – to wstęp do upaństwowienia łowiectwa. Zaproponowane przepisy mają za zadanie sparaliżować gospodarkę łowiecką oraz działania Polskiego Związku Łowieckiego. Nie ma to nic wspólnego z dbałością o ochronę przyrody. Jednym z przykładów absurdalnych rozwiązań jest zwiększenie minimalnej odległości od budynków mieszkalnych, w jakiej można wykonywać polowania, do 700 metrów. W praktyce wyklucza to 70-80 proc. powierzchni naszego kraju, paraliżując gospodarkę rolną. Nie ma to związku z podnoszonym bezpieczeństwem osób postronnych, bo do wypadków podczas polowań dochodzi rzadko, a większość poszkodowanych stanowią sami myśliwi.

Kolejną kwestią jest tworzenie list gatunków łownych na podstawie wyimaginowanych danych lub niezatwierdzanie planów łowieckich. Obecnie dane są zbierane przez osoby, które zajmują się tym zawodowo – leśników współpracujących z myśliwymi. Znają oni teren, populację zwierzyny i zasoby przyrodnicze oraz dokonują odpowiednich szacowań. Ten system działa profesjonalnie i skutecznie. Złożony projekt ustawy ma doprowadzić do jego sparaliżowania i obciążenia podatników kosztami chaosu.

Jakie konsekwencje będą wynikały z tego paraliżu działań łowieckich?

– Wynikiem ma być ograniczenie do minimum, a w konsekwencji likwidacja organizacji pozarządowej, jaką jest Polski Związek Łowiecki. Wykonuje on zadania ustawowe i prowadzi gospodarkę łowiecką ściśle powiązaną z gospodarką leśną i rolną, a także z bezpieczeństwem publicznym. Jako związek nie otrzymujemy żadnych dotacji, grantów ani subwencji, a nasze zadania wykonujemy za darmo.

Jeśli taka ustawa wejdzie w życie – chociaż w to wątpię, ponieważ jest to zwyczajny bubel legislacyjny – doprowadzi do rozbicia funkcjonującego modelu, który nie stanowi obciążenia finansowego dla podatników. Rozwiązania zawarte w projekcie spowodowałyby obciążenia jednostek samorządu terytorialnego – byłby to koszt 8-9 mld zł rocznie, który wciąż by rósł. Tak zadziała upaństwowienie łowiectwa. Inicjatorzy projektu – organizacje pozarządowe ekoterrorystów – będą zakładać działalność gospodarczą, fundacje i stowarzyszenia, które będą wykonywać to samo za pieniądze z grantów i dotacji od państwa. To pokazuje, że chodzi wyłącznie o pieniądze.

Lewicowi aktywiści kłamliwie przedstawiają łowiectwo jako „zabijanie zwierząt dla przyjemności”.

– To ludzie, którzy grają na emocjach, kłamią i manipulują. Jednym z punktów projektu jest wprowadzenie zakazu polowania po spożyciu alkoholu. Zabawne, biorąc pod uwagę, że takie prawo już obowiązuje i jest ściśle przestrzegane. Pijani myśliwi na polowaniu funkcjonują jedynie w chorej narracji przeciwników łowiectwa. Zapewne żaden z nich na polowaniu nie był i nie wie, jak ono wygląda, ale to nie przeszkadza mówić, co ślina na język przyniesie. Celem jest wywołanie emocji potrzebnych do politycznej awantury. Gospodarka łowiecka jest prowadzona w zasadzie na całym świecie. Możemy się spierać o formę, jaką ma przyjąć, ale musi być wykonywana, niezależnie od tego, czy ktoś to popiera, czy nie. Spór dotyczy więc tego, czy łowiectwo ma być wykonywane przez społeczeństwo dla społeczeństwa, czy przez organizacje pozarządowe za pieniądze społeczeństwa.

Czy taka manipulacja ma za zadanie wpłynąć na całe społeczeństwo i budować wrogość wobec środowiska łowieckiego?

– Intencje są jasne. Podsycanie emocji i manipulacja w mediach społecznościowych oraz mediach głównego nurtu to coś, z czego aktywiści są znani. Należy podkreślić – nie ma czegoś takiego jak polowanie dla przyjemności. Prawidłowo prowadzona gospodarka łowiecka przyczynia się do stabilności populacji danych gatunków, większego bezpieczeństwa na drogach oraz mniejszych szkód łowieckich. Nie czerpiemy przyjemności z faktu zabicia zwierzęcia. To kuriozalny przekaz oparty na eskalacji nienawiści. Odebranie życia zwierzęciu jest w gospodarce łowieckiej konieczne i powinno być traktowane podobnie jak odebranie życia zwierzęciu gospodarskiemu, śmiertelnie choremu czy powodującemu zagrożenie dla człowieka.

Aktywiści chcą walczyć o konkretne pieniądze – o tym należy przypominać. Po zakończeniu II wojny światowej, w 1945 roku, w naszym kraju było 3 tys. jeleni, dziś mamy ich ok. 300 tys. Ktoś musi zarządzać tą populacją. „Polowanie dla przyjemności” jest kłamliwym określeniem, ponieważ trudno sam strzał określić jako coś przyjemnego. Gdyby ktoś rzeczywiście czerpał z tego chorą satysfakcję, nie przeszedłby badań lekarskich i psychologicznych, którym poddawany jest każdy użytkownik broni w Polsce.

Projekt zakłada także utworzenie publicznego rejestru polowań. Czy upublicznienie informacji o miejscu polowania nie stwarza dla myśliwych realnego niebezpieczeństwa?

– W Polsce co roku odbywa się ok. 5 mln polowań. Polowania zbiorowe są oznakowane, a informacje o nich upubliczniane. Polowania są też rejestrowane co do sekundy w elektronicznej książce. Zapisujemy, w jakich godzinach będziemy przebywać w danym łowisku. Jest to konieczne, by uniknąć sytuacji konfliktowych i wchodzenia sobie w drogę.

Upublicznienie rejestru spowoduje, że każdy będzie miał dostęp do tych informacji. Wyobraźmy sobie, że na polowanie samotnie idzie np. kobieta, a grupa ekoterrorystów, która będzie chciała ją osaczyć, odebrać broń czy nawet zrobić krzywdę, będzie znała jej dokładną lokalizację. To bardzo poważna sprawa. Gwarantuję, że jeśli takie zapisy weszłyby w życie, większość myśliwych przestałaby polować w obawie o swoje bezpieczeństwo. Jest też kwestia wykonywania gospodarki łowieckiej. Zasiadam na ambonie przy zasiewie kukurydzy, a grupa aktywistów przybywa na miejsce, odgrywając swój ideologiczny teatrzyk. W jaki sposób miałbym pilnować tego pola? I kto zapłaciłby za powstałe szkody?

Do 18 października trwają konsultacje i w tym czasie środowisko łowieckie może zgłaszać uwagi dotyczące projektu.

– Serdecznie do tego zachęcamy. Na stronach internetowych i w mediach społecznościowych Polskiego Związku Łowieckiego znajdują się informacje, jak wypełnić ankietę. Osobom, które mają z tym problemy, pomagamy w zarządach okręgowych.

Ponadto część myśliwych podczas Marszu Niepodległości będzie przybliżać tematykę gospodarki łowieckiej, wskazując na jej związek z bezpieczeństwem publicznym i praworządnością. Serdecznie zapraszam do namiotu myśliwych przed marszem na poczęstunek i rozmowy. Rozmawiamy z każdym i rozwiewamy wątpliwości. Rzeczywistość jest, jaka jest, i należy o niej rozmawiać w oparciu o fakty, liczby i racjonalne argumenty. Zachęcam wszystkich do doświadczenia atmosfery Marszu Niepodległości niosącej nadzieję, że Polska jako dobro najwyższe jest jeszcze w sercach wielu obywateli.

Dziękuję za rozmowę.

Zofia Sońta/”Nasz Dziennik”

print