Lwów żyje w nas

Z Barbarą Hamerską-Chrobak, córką profesora Edwarda Hamerskiego, zamordowanego przez Niemców na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie w nocy z 3 na 4 lipca 1941 roku, rozmawia Agnieszka Żurek

Kiedy został zamordowany Pani ojciec, miała Pani zaledwie pół roku. Znała go Pani jedynie z opowieści mamy i siostry. Jakim był człowiekiem?
– Kiedy byłam małym dzieckiem, pojęcie ojca było dla mnie abstrakcją. Kiedy inne dzieci opowiadały o swoich tatusiach, nie bardzo to rozumiałam. O okolicznościach śmierci ojca dowiedziałam się dopiero wtedy, kiedy byłam w stanie choć trochę to zrozumieć. Z opowieści rodzinnych wiem jednak, że był bardzo dobrym i zdolnym człowiekiem. Moja siostra bardzo dobrze pamiętała ojca i wakacje spędzane z rodzicami na Huculszczyźnie. Mówiła, że był człowiekiem wymagającym, ale miał czułe serce. Lubił spokój. Był bardzo dobrym ojcem, kochał nas. Moją siostrę Anię zabierał czasami ze sobą na uczelnię.

Jak sam moment aresztowania ojca zapamiętała Pani rodzina?
– Ojca aresztowali 3 lipca 1941 r. o godzinie 23.00. Przyszło po niego siedmiu gestapowców. Niektóre tropy wskazywały, że mogli być wśród nich także Ukraińcy przebrani w niemieckie mundury. Służąca relacjonowała potem, że byli bardzo brutalni. Matkę przetrzymywali pod bronią. Byłam wtedy bardzo mała, zanosiłam się płaczem i nie można było mnie uspokoić. Moja dziesięcioletnia siostra Ania schowała się w łóżku ze strachu. To samo, co spotkało naszą rodzinę, działo się także u wujostwa Witkiewiczów. Mieszkali oni przy ulicy Nabielaka, powyżej Wzgórz Wuleckich – miejsca stracenia profesorów. W momencie aresztowania wszyscy już spali. Gestapowcy postrzelili psa wujostwa. Wuj, profesor Roman Witkiewicz, kierownik Katedry Pomiarów Maszynowych Politechniki Lwowskiej, został wyprowadzony z domu z podniesionymi rękami. W domu została owdowiała ciocia z dwiema córkami. Ciocia domyślała się, co się stało – usłyszała strzały. Prowadzony na egzekucję wuj został rozpoznany także przez inne osoby. Świadkowie jego śmierci opowiadali, że przed egzekucją się przeżegnał.

Śmierć ojca zaważyła na losach całej Pani rodziny.
– Mama do końca wojny się łudziła, że może ojciec jednak jakimś cudem przeżył. Nie chciała opuszczać Lwowa. Profesorowie wciągnęli ją do pociągu niemalże siłą. Nie byłyśmy także w stanie pogodzić się z tym, że oto opuszczamy Lwów i udajemy się „do Polski”. Przecież tu była Polska.

Pani ojciec pochodził z rodziny o tradycjach patriotycznych?
– Zarówno moja matka, jak i ojciec urodzili się we Lwowie. Pochodzili z rodzin inteligenckich. Mój dziadek ze strony mamy był sędzią sądu apelacyjnego, dziadek ze strony ojca przez cały okres międzywojenny pełnił funkcję prezesa Prokuratorii Generalnej mającej na celu dbanie o interesy Skarbu Państwa. Bardzo pomagał ludziom w czasie wojny. Mój ojciec z kolei walczył już w pierwszej wojnie światowej, a następnie wziął oczywiście udział w obronie Lwowa w 1918 roku. Oprócz patriotyzmu i przywiązania do rodzinnego miasta cechowało go ogromne zamiłowanie do nauki. Został absolwentem dwóch wyższych uczelni: Wydziału Rolniczo-Lasowego Politechniki Lwowskiej i Akademii Medycyny Weterynaryjnej. W 1933 roku uzyskał tytuł doktora medycyny weterynaryjnej, a w 1939 roku – profesora tytularnego. Jego kariera naukowa została jednak gwałtownie przerwana. Zginął zamordowany w wieku 43 lat tylko dlatego, że był polskim patriotą i uczonym.

Ofiary mordu lwowskiego zostały świadomie wyselekcjonowane.
– Tak, kaźń profesorów lwowskich stanowiła kontynuację niemieckiej Akcji AB, czyli likwidacji polskiej inteligencji. Akcję tę zapoczątkowało 6 listopada 1939 roku aresztowanie uczonych krakowskich na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Czy rodziny pomordowanych profesorów lwowskich miały możliwość pochowania swoich bliskich?
– Nie. Losu naszych bliskich mogliśmy się jedynie domyślać na podstawie relacji świadków. Jesienią 1943 roku odbyła się ekshumacja ciał profesorów i pomordowanych z nimi osób. Przeprowadzali ją żydowscy więźniowie. Brał w niej udział Leon Weliczker. Z relacji więźniów wiemy, że prochy naszych bliskich zostały rozrzucone po lasach krzywczyckich. Nie mają oni zatem swojego grobu.

Jak potoczyły się losy Pani rodziny po wojnie?
– Pamiętam całą podróż ze Lwowa do Rzeszowa. Miałam wtedy już cztery lata, to było w grudniu 1945 roku. Było niesamowicie zimno. Jechałyśmy z mamą i siostrą bydlęcym wagonem. Podróż trwała bardzo długo, pokonanie odcinka ze Lwowa do Rzeszowa zajęło nam około trzech tygodni. Mama nie wytrzymała i wysiadła z nami w Rzeszowie. Tam z początku zamieszkałyśmy. Nie pojechałyśmy do Wrocławia tak jak większość Polaków ze Lwowa. Mama uważała, że byłam za mała na to, żebym mogła zamieszkać w zrujnowanym mieście, jakim był wtedy Wrocław. Z Rzeszowa pojechałyśmy zatem do Wałbrzycha i tam się osiedliłyśmy. Kiedy wyszłam za mąż za Wojciecha Chrobaka, artystę plastyka, przeprowadziłam się do Warszawy.

Została Pani wychowana w atmosferze pamięci o Lwowie i o tych, którzy tam polegli?
– Tak, wzrastałam w kulcie ojca i pamięci o nim. Uczestniczę we wszystkich uroczystościach związanych ze Lwowem w miastach całej Polski. Symboliczny pogrzeb profesorów lwowskich odbył się dopiero w listopadzie 1981 roku. Ksiądz biskup Wincenty Urban, który zajmował się sprawami lwowskimi, odprawił wówczas uroczystości pogrzebowe we Wrocławiu. Został wtedy także odsłonięty pomnik poświęcony lwowskim profesorom. Wyryto na nim ich nazwiska, a u stóp pomnika umieszczono urnę z ziemią ze Wzgórz Wuleckich przywiezioną przez syna jednego z zamordowanych profesorów – Tomasza Cieszyńskiego. Wcześniej, przez długie lata, wrocławski pomnik był anonimowy, ale wszyscy mieszkańcy miasta i tak wiedzieli, komu został on poświęcony. Uroczystego odsłonięcia nazwisk lwowskich profesorów dokonała moja ciocia Maria Witkiewiczowa wraz ze swoją kuzynką Ewą.

W zeszłym roku został odsłonięty pomnik na Wzgórzach Wuleckich. Wiele osób nie kryło rozczarowania, że pomysłodawcy i projektanci pomnika nie umieścili na nim podstawowych elementów.
– Zabrakło przede wszystkim umieszczenia na pomniku narodowości pomordowanych polskich profesorów. Kolejną bulwersującą sprawą jest to, że mordercy mojego ojca i innych lwowskich profesorów do tej pory nie zostali ukarani. Ponadto przez szereg lat ta zbrodnia była przemilczana. Nadal niewiele mówi się o niej w prasie czy w telewizji.

Duch Lwowa wciąż w Pani żyje?
– Lwów był bardzo patriotycznym miastem i mimo że całe życie mieszkałam już poza jego granicami, ten duch wciąż we mnie żyje. Kiedy tylko mogę, uczestniczę w uroczystościach poświęconych Kresom. Bliskie jest mi Towarzystwo Miłośników Lwowa, zawsze chętnie rozmawiam z innymi członkami rodzin pomordowanych profesorów lwowskich. Uczestniczę także w różnych wydarzeniach o charakterze religijno-patriotycznym. Wyniosłam to z domu.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj