fot. flickr.com

Ludobójstwo chrześcijan w Birmie

W Birmie 2/3 dzieci jest niedożywionych, większość ludności żyje za mniej niż dolara dziennie, połowa populacji nie ma dostępu do bieżącej wody. Używanie oficjalnej nazwy kraju – Mjanma/Myanmar – jest policzkiem dla walczących o wolność powstańców, a zatem będę używać w tym artykule nazwy tradycyjnej.

Socjalistyczna junta wojskowa, która swoimi rządami zdeprawowała rzeczywistość birmańską, począwszy od lat 60., w 1989 r. zmieniła nazwę państwa, aby symbolicznie określić swój cel polityczny i ideologiczny, czyli dążenie do ustanowienia w Birmie jednej nacji – Birmańczyków, jednej religii – buddyzmu Theravada, jednej kultury – birmańskiej. A przecież Birma to wspaniała mozaika różnorodnych kultur. Mówi się nawet o 135 różnych narodach i grupach etnicznych żyjących w siedmiu stanach tego pięknego, ale i nieszczęśliwego kraju.

W tym państwie od długich dekad rządzi generalicja, która pod presją świata Zachodu postanowiła „zrzucić” mundury i rozpocząć farsę zwaną demokratyzacją Birmy, pod przewodem cywilnego prezydenta Thein Seina.

Prawa człowieka, którymi szafuje Okcydent, mało interesują eksgenerałów. Jedynym bodźcem do powierzchownej zmiany klimatu politycznego jest ich żądza i chciwość pieniądza, a konkretnie zagwarantowanie przynależności Birmy do Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN). Obawiając się panicznie wykluczenia z bogatego klubu, który gwarantuje syte i dostatnie życie dyktatorom i przestępcom, zanurzonym po głowy w bagnie korupcji, drżąc o swoją przyszłość, trzymający władzę uchylili nieco drzwi do cel więziennych.

Niewygodni dla status quo

Ta powszechna „szczęśliwość” nie dotyczy jednak wszystkich, ale tylko Birmańczyków i buddystów. O tragedii Karenów, Kaczinów czy Czinów nikt nie wspomina, bo… to w większości chrześcijanie, czyli w oczach dyktatury i Zachodu są nic nieznaczącymi mniejszościami, ukrywającymi się na obrzeżach birmańskiej cywilizacji i swoją krnąbrnością negującymi wypracowany w pocie czoła, w gabinetowych negocjacjach wygodny pozór pokoju dla uspokojenia sumień tzw. wolnego świata.

Lud Kaczinów to w 98 proc. chrześcijanie. W 2011 r. doszło do zerwania zawieszenia broni zawartego w 1994 r. między toczącymi krwawą wojnę domową stronami i żywioł wojny po 17 latach wybuchł na nowo, obejmując stany Kaczin oraz Szan. Wskutek działań wojennych wysiedlono od tego czasu 100 tys. ludzi, którzy potrzebują pilnie pomocy humanitarnej, przede wszystkim lekarstw. Żołnierze wdzierają się do wiosek i dokonują brutalnych przesłuchań, żądając wydania kryjówek Armii Niepodległości Kaczinów. Wysiedleni uchodźcy szukają schronienia w Chinach, ale nie znajdują tu szans na przeżycie.

Karenowie w wyniku udanego zamachu na życie Mahn Sha Lar Phan, sekretarza generalnego Narodowej Unii Karenów (KNU), największej organizacji powstańczej prowadzącej walkę z rządem Birmy w 2008 r., są dziś w defensywie. Kilka tysięcy powstańców walczących o niepodległość występuje przeciwko półmilionowej armii. Wojsko ich konsekwentnie wyniszcza, więc kareńscy cywile uciekają do Tajlandii, która albo odsyła ich z powrotem na pewną śmierć, albo nie legalizuje ich pobytu. Żyją w nędzy i poza prawem. To również w większości chrześcijanie, katolicy i baptyści.

Jak wskazuje międzynarodowe dzieło chrześcijańskie Głos Prześladowanych Chrześcijan, władze przyznają szczególny status buddyzmowi, mniejszości chrześcijańskie, zwłaszcza Karenowie i Czinowie, są od lat mocno represjonowane przez wojsko. W ciągu ostatnich 10 lat żołnierze rządowi spalili ponad 3 tysiące chrześcijańskich wiosek.

Oprócz tego chrześcijan nie dopuszcza się do stanowisk w administracji państwowej, Kościołom odmawia się rejestracji, co czyni ich działalność nielegalną i naraża na represje, a władze, zgodnie ze swoimi wzorami wyniesionymi z socjalistycznych źródeł, nazywają chrześcijaństwo „wirusem C”, który należy gwałtownie zwalczać.

Podobnie sprawę postrzega organizacja Open Doors, która donosi, że państwo prowadzi tzw. szkoły Na Ta La, które przyciągają członków mniejszości brakiem czesnego. Szkoły te są narzędziem ideologii buddyjskiej, służą wprowadzaniu młodych ludzi w tajniki buddyzmu. Uczniowie zmuszani są do noszenia tradycyjnego stroju mnichów, a kiedy odmawiają konwersji, są dręczeni i relegowani ze szkoły.

Jedynym środowiskiem, które upomina się o prawa ofiar wojennych i jednocześnie próbuje, pomimo stałych utrudnień, nieść im pomoc humanitarną, jest Kościół katolicki. Jak informuje międzynarodowe dzieło katolickie Pomoc Kościołowi w Potrzebie, ks. bp Francis Daw Tang z diecezji Myitkyina powiedział w lutym br., że w związku z narastającym konfliktem, który kieruje się przeciwko bezbronnym cywilom, „jednoznacznie potępiamy brutalne łamanie praw człowieka, jakimi są morderstwa, przemoc, wykluczanie społeczne, deportacje, tajemnicze zniknięcia, angażowanie w konflikt wojenny dzieci”.

Wojna domowa

Wojna domowa dynamicznie się rozwija i kroczy krwawym szlakiem mordów, gwałtów i uprowadzeń cywilów, równolegle do salonowych zapewnień o pokoju, demokracji, ochronie godności ludzkiej, przestrzeganiu praw człowieka, dążeniu do dobra wspólnego i powszechnej szczęśliwości.

W dżunglach birmańskich armia rządowa wykorzystuje chrześcijan jako żywe tarcze w walkach z powstańcami, gwałci dzieci i kobiety, najmłodszych porywa i wciela siłą do armii. Dziewczynki służą żołnierzom jako seksualne niewolnice, a chłopcy noszą ciężki osprzęt bojowy i są wysyłani do rozminowywania pól minowych, które armia sama zaminowała. Wojsko zajmuje wioski, aby stamtąd prowadzić ofensywę przeciwko powstańczym oddziałom. Po opuszczeniu przez nie terenu zostają tylko zgliszcza.

W niewoli poprawności politycznej

Poprawność polityczna na Zachodzie nie pozwala dziś głośno powiedzieć (lub napisać), że nadzieje związane z laureatką Pokojowej Nagrody Nobla Aung Suu Kyi spełzły na niczym. Aung Suu Kyi nie spełniła oczekiwań i marzeń z nią związanych w społeczeństwie birmańskim. Ludobójstwo mniejszości etnicznych i religijnych trwa w najlepsze, dyktatura kwitnie, choć formalnie jest quasi-demokracją, którą dodatkowo legitymizuje swoim nazwiskiem właśnie Aung Suu Kyi.

Zaledwie część dysydentów politycznych opuściła więzienia, nieliczna grupka opozycyjnych polityków dostała się do parlamentu, a najgroźniejsi wrogowie reżimu pozostali w celach i katowniach. Generalicja rozegrała Zachód perfekcyjnie.

W końcu warunki państw europejskich, azjatyckich i Stanów Zjednoczonych zostały spełnione. Noblistka jest na wolności, zasiada w parlamencie z przedstawicielami swojej centrolewicowej partii Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD), w Birmie nie ma już oficjalnie junty, a byli oprawcy przebrani w mundurki prymusów pytają niewinnie: „Czym jeszcze możemy Państwu z Zachodu służyć?”.

Tymczasem nędza, deptanie praw człowieka, wybijanie chrześcijan, bezkarne tortury na cywilach, zbiorowe gwałty na chrześcijankach, wcielanie dzieci do armii to już głęboka tajemnica zielonych dżungli birmańskich, która nie spędza snu z oczu ani politykom Okcydentu, ani lewicowym aktywistom.

Dr Tomasz M. Korczyński

drukuj