fot. twitter

Ks. abp. M. Jędraszewski w „Naszym Dzienniku”: LGBT to prawdziwie pogańska ideologia, która odrywa nas od prawdy o człowieku

LGBT to prawdziwie pogańska ideologia, która odrywa nas od prawdy o człowieku i wprowadza na tory, w których jako ludzie tracimy swoją tożsamość wyrastającą z samej naszej struktury biologicznej, określającej nas czy to jako kobiety, czy jako mężczyzn. […] Ta ideologia podważa wszystko, co na temat człowieka głosi chrześcijańska wiara – podkreślił w rozmowie z red. Sławomirem Jagodzińskim z „Naszego Dziennika” ks. abp Marek Jędraszewski, metropolita krakowski.

***

Ksiądz Arcybiskup wezwał do mobilizacji modlitewnej za Polskę i Kościół. Dlaczego potrzeba takiego szczególnego orędownictwa na tym etapie naszej historii?

– Dziejowy etap, w którym się znajdujemy, to czas kolejnego zmagania się sił dobra i zła. To nie jest tylko kwestia walki politycznej, partyjnej, ale to jest kwestia tego, jaka będzie Polska, jaka będzie Europa, gdy chodzi o jej oblicze kulturowe. Chodzi więc o rzeczy zasadnicze, które stanowią o naszej tożsamości chrześcijańskiej – i to w momencie zagrożeń duchowych. Dlatego musimy podjąć to, co w takich sytuacjach poleca Pan Jezus: post i modlitwę. Stąd zrodziło się moje wezwanie do mobilizacji modlitewnej, aby zwyciężył w nas duch wierności wobec Krzyża i Ewangelii oraz poczucie przynależności do Kościoła. Żebyśmy w sposób bardzo jednoznaczny upominali się o człowieka i jego godność w wymiarze indywidualnym, ale także społecznym, rodzinnym, narodowym. Wreszcie, abyśmy byli wierni wszystkiemu, czego nauczał przez całe swoje życie św. Jan Paweł II, a także ks. kard. Stefan Wyszyński, którego już wkrótce będziemy czcić jako błogosławionego.

Modlitwa to przywracanie ładu, w którym Pan Bóg jest na pierwszym miejscu. Tego dziś potrzeba naszej Ojczyźnie?

– Niewątpliwie, trzeba się nieustannie upominać o to, aby Bóg był na pierwszym miejscu. Znamienną rzeczą jest to, że kiedy Papież Jan Paweł II w 1991 r. po raz pierwszy przybył do Polski po przemianach ustrojowych, to jego pielgrzymka przebiegała szlakiem Dekalogu. Do tego trzeba koniecznie wracać, bo w poszanowaniu Dekalogu leży klucz do ładu w Ojczyźnie.

W Koszalinie Jan Paweł II mówił o pierwszym przykazaniu: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”. Podkreślał, że gdy się je zachowuje, wtedy i inne przykazania oraz wszystkie inne zasady moralne nabierają właściwego znaczenia i sensu. Te papieskie słowa przez pewne środowiska nie były wtedy dobrze przyjęte. Pojawiły się oskarżenia, nieprzychylne uwagi: co ten Papież od nas chce, przecież jest demokracja. Papież był dobry do walki z komuną, ale na czym polega demokracja, to my już sami wiemy, i niech on nas o tym nie poucza…

W tle tego krytycznego ustosunkowania się do Jana Pawła II było krytyczne przyjęcie przez te same środowiska opublikowanej przez Ojca Świętego kilka tygodni wcześniej encykliki społecznej „Centesimus annus”, w której zawarł słynne zdanie, że jeśli demokracja pozbawiona jest obiektywnych wartości, bardzo łatwo może przekształcić się w jawny bądź zakamuflowany totalitaryzm (46 punkt). To oczywiście bardzo dotykało pewne środowiska polityczne, szczególnie liberalne i lewicowe. Ale Jan Paweł II wiedział, że prawdziwą demokrację i ład w państwie trzeba budować na fundamencie stałych, obiektywnych zasad, na prawdzie, a przede wszystkim na Panu Bogu. To budziło protest antykościelnych środowisk.

Jak widać – problem fundamentów demokracji jest aktualny i dzisiaj. Po prawie 30 latach nadal walczymy o kształt naszej kultury, która ma chrześcijański rodowód. Jednak jeżeli od tego dziedzictwa wiary odejdziemy, to musimy pamiętać, że bez Boga możliwa jest wszelka zbrodnia i możliwe jest także usprawiedliwienie tej zbrodni. Doskonale wiemy, jak było w przypadku wielkich systemów totalitarnych budowanych na ideologiach: neopogańskiej w przypadku nazistowskiego hitleryzmu i ateistycznej w przypadku sowieckiego bolszewizmu.

Czy ideologie, które obecnie nam zagrażają, jak gender, LGBT, także bazują na wypaczonej demokracji?

– One raczej wykorzystują dla swoich celów demokrację pozbawioną obiektywnych wartości. Zwróćmy uwagę, że zło tych obecnie promowanych ideologii zostało już jasno nazwane przez św. Jana Pawła II. W książce „Pamięć i tożsamość” mówi on o dwóch ideologiach zła, właśnie tej brunatnej, nazistowskiej i tej czerwonej, bolszewickiej. Ale wskazuje też, że pojawia się trzecia ideologia zła, która chce przedefiniować to, czym jest małżeństwo i rodzina. Tą właśnie ideologią jest ideologia gender i LGBT, która chce, aby za małżeństwo uznawać także związki homoseksualne, domagając się jednocześnie, aby była możliwa adopcja przez nie dzieci. Podważa zatem całą prawdę o naturze człowieka.

Dziś jako Naród bardzo musimy dbać o naszą pamięć, aby ocalić naszą własną polską tożsamość chrześcijańską. Niedawno słuchałem opowieści o pewnym człowieku, wybitnym intelektualiście, który zachorował na alzheimera. Nie pamiętał nic, nawet najbliższych sobie osób. Był dobry dla otoczenia, ale nie wiedział, kim jest. Nic też nie wiedział o osobach, które niegdyś podziwiał i szanował, nawet nie rozpoznawał ich na zdjęciach.

W tym momencie uświadomiłem sobie, że podobnie dzieje się z narodem, który pozwoli odebrać sobie pamięć o swej przeszłości. W przypadku jakiejś osoby chorej na ogół zaopiekują się nią osoby życzliwe, bliskie. Ale doskonale wiemy, że jeżeli jakiemuś narodowi odbiera się pamięć, to nie czyni się tego, aby go ocalić. Dlatego trzeba pewne zagrożenia i działania, które niszczą nasz Naród i odrywają go od chrześcijańskich korzeni poprzez odrywanie go od jego historii i jego tradycji, nazwać wprost i bardzo radykalnie po imieniu – to są ideologie zła.

Przed działaniem takiej ideologii ostrzegał Ksiądz Arcybiskup, mówiąc o zagrażającej nam tęczowej zarazie.

– Rzeczywiście, gdy 1 sierpnia br. powiedziałem o tej już dzisiaj sławnej tęczowej zarazie, przestano mówić tylko o osobach dotkniętych skłonnościami homoseksualnymi, lecz wreszcie zaczęto dostrzegać istnienie czegoś bardzo groźnego: ideologii LGBT, którą od lat bardzo skutecznie maskowano.

Także po wypowiedzeniu przez Księdza Arcybiskupa słów o tęczowej zarazie niektórzy przekonywali: „Są ludzie, nie ma ideologii”…

– Jednak ta ideologia naprawdę istnieje. Niestety, jesteśmy dziś zdominowani przez media, które próbują nam wtłoczyć pewne schematy myślenia. Na skutek tego nie pozwalają nam nie tylko samodzielnie myśleć, ale w swoim kłamliwym przekazie bardzo często odciągają nas od prawdy. Dlatego tak skutecznie pod różnymi hasłami ukrywana jest ideologia LGBT.

Fakty są takie, że po 1 sierpnia nastała ogromna fala hejtu przeciw mnie. Dlaczego właśnie po tym kazaniu? Dokładnie nie wiem, bo przecież na zagrożenia ze strony ideologii LGBT wielokrotnie zwracałem uwagę już wcześniej, na przykład podczas tegorocznej procesji Bożego Ciała na Rynku Głównym w Krakowie. Było tam kilkanaście tysięcy ludzi, którzy klaskali, aprobując to, co mówiłem. Jednak wówczas nie było tego ogólnonarodowego efektu medialnego i społecznego, jak to się stało po 1 sierpnia. Nie wiem, co wywołało taką furię środowisk liberalnych i lewicowych. Może to słowo „zaraza”, które się pojawiło dzięki Józefowi „Ziutkowi” Szczepańskiemu? Potem pomyślałem sobie, że być może właśnie dzięki temu odniósł on zwycięstwo po 75 latach, ponieważ została zdefiniowana kolejna ideologia, która chce zawładnąć naszymi myślami i sercami, odciągając nas od Boga. Bo LGBT to prawdziwie pogańska ideologia, która odrywa nas od prawdy o człowieku i wprowadza na tory, w których jako ludzie tracimy swoją tożsamość wyrastającą z samej naszej struktury biologicznej, określającej nas czy to jako kobiety, czy jako mężczyzn.

Czyli zabiera cały fundament chrześcijańskiej antropologii.

– Wszystko. Ta ideologia podważa wszystko, co na temat człowieka głosi chrześcijańska wiara.

Jednocześnie ukrywa się pod takimi hasłami, jak: „tolerancja”, „mowa nienawiści”, „równość”, „takie same prawa dla wszystkich”, „stop przemocy”, uznając za swego największego wroga moralne nauczanie Kościoła. Czy to nie jest perfidne?

– Jak się patrzy na ideologie nazistowską i bolszewicką, to można zrozumieć, dlaczego dla nich pierwszym przeciwnikiem był zawsze Kościół i głoszona przez niego Ewangelia i moralność. Ich walka z chrześcijaństwem zawsze odbywała się w połączeniu z określonym językiem. Używanym pojęciom nadawano zupełnie nową treść, wprowadzając zamęt i poprzez kłamliwe słowa zabijając w ludziach ducha prawdy. Dzisiaj także to się czyni, manipulując słowami i hasłami. Różnica jest jednak taka, że obecnie ideolodzy mają do dyspozycji bardziej perfidne środki, dzięki którym mogą mieć ogromny wpływ na ludzi. Takim środkiem szerokiego rażenia jest internet, w którym oczywiście są i dobre treści, ale jest tam również dużo nienawiści, zła i treści uwłaczających godności ludzkiej. A popatrzmy, jak wiele czasu dziś dzieci, młodzież i dorośli spędzają w internecie. Jak łatwo, w konsekwencji, zostać zainfekowanym ideologicznymi treściami jak jakąś zarazą. Trzeba więc ludzi ostrzegać i pomagać im ocalić w sobie ducha Bożego. To jest wielkie zadanie współczesnego Kościoła.

Kościół nie musi tutaj szukać nie wiadomo jakich strategii. Czy zwyczajne rozmodlenie Polaków może być ratunkiem przed procesami sekularyzacji i ateizacji?

– Myślę, że nie ma innego wyjścia, dlatego wezwałem do modlitewnego maratonu za Kościół i Ojczyznę. Oczywiście, trzeba odpowiadać na te zagrożenia w najrozmaitszy sposób: pewnymi argumentami racjonalnymi, różnego rodzaju akcjami, protestami, konferencjami, bo to wszystko jest bardzo ważne. Jednak trzeba mieć świadomość, że te działania same w sobie nie są do końca skuteczne, ponieważ tutaj chodzi o zmaganie o prawość ludzkiego ducha, a ludzkie serca zmienić na dobre może tylko sam Pan Bóg. Dobra, prawdziwa informacja jest, oczywiście, konieczna, ale aby się ona przedarła i stała się treścią człowieczego ducha, przepędzając to, co w tym duchu jest złe i zainfekowane kłamstwem, konieczna jest modlitwa. Na jej wagę wskazuje Pan Jezus. Żadne strategie nie pomogą, jeśli nie pójdzie się drogą przez Niego wskazaną. A wspomaga nas bardzo konkretnie Matka Najświętsza: myślę tutaj o Jej objawieniach i w Lourdes, i w Gietrzwałdzie, i w Fatimie. Zawsze wzywa do pokuty i zawsze prosi o modlitwę na różańcu. Wtedy ocalimy i siebie, i inne dusze, które zmierzają do piekła na skutek swego złego postępowania.

Czy nie daje tu pewnej nadziei powodzenie takiej inicjatywy modlitewnej i ewangelizacyjnej, jak Polska pod Krzyżem? Zainicjowali ją wierni świeccy…

– Trzeba odejść od przekonania, że wszelka inicjatywa duszpasterska musi zawsze pochodzić od samych tylko duchownych i na nich się kończyć. Polska pod Krzyżem, a wcześniej Wielka Pokuta i Różaniec do Granic to wsparte przez duchownych pomysły ludzi świeckich. Jest też wiele przykładów innych inicjatyw, które zasygnalizowane zostały przez ludzi świeckich i które potem się udały. To jest ważny znak dzisiejszych czasów. Duszpasterze muszą go właściwie odczytać. 60 tysięcy ludzi we Włocławku wyznało swą wierność Krzyżowi i Kościołowi. W całej Polsce, i nie tylko, w tym samym czasie modliły się miliony osób. Nie byłoby tego, gdyby nie świeccy, którzy mieli odwagę wyjść z inicjatywą, i duchowni, którzy odpowiednio ją podjęli.

Na pewno ci ludzie, którzy publicznie przyznali się do wierności Krzyżowi, nie wstydzą się wyznawać Chrystusa publicznie. Dziś ma się wrażenie, że krzewiona jest moda na religię bez Chrystusa, bez publicznego dawania świadectwa o Nim.

– Rzeczywiście, doprowadzono do czegoś takiego za pomocą tego, co można by nazwać polityką wstydu i ośmieszania. Chodzi o to, aby człowiek ukrywał przed innymi to, że wierzy w Boga. Zresztą pracowano nad tym w Polsce przez wiele lat w czasie komuny, a także w następnych latach w lewicowych i liberalnych mediach: masz się wstydzić tego, że wierzysz, bo to jest wsteczne, niepostępowe, nieracjonalne. A jeżeli już chcesz i musisz wierzyć, to rób to prywatnie i się tym nie chwal, nie demonstruj tego, a przede wszystkim nie naruszaj dobrego samopoczucia ludzi, którzy są obok i mają inne niż ty poglądy. Tak wyglądają założenia tego typu polityki.

Czy to nie jest jakaś zakamuflowana dyskryminacja ludzi wierzących?

– Oczywiście, że jest. Ona ma swoje źródła dość odległe, bo to się wywodzi jeszcze z czasów osiemnastowiecznego oświecenia. Oświecenie było radykalnym odrzuceniem Chrystusa, Jego Ewangelii i przez to Kościoła oraz sakramentów – w imię rozumu. To już wtedy trzeba było się wstydzić chrześcijaństwa i uważać je za przejaw ciemnogrodu. Doszło wtedy bowiem do szczególnego odwrócenia pojęć. Jak wiemy, Chrystus mówił o sobie, że jest światłością świata, że trzeba przy tej światłości trwać, gdyż inaczej będzie się przebywało w świecie ciemności. W oświeceniu odwrócono tę prawdę i ogłoszono, że Chrystus jest ciemnością, a jasnością jest ludzki rozum, niezależny i w pełni autonomiczny. Wtedy to zaczęła się antychrześcijańska polityka i pedagogika wstydu, która – jak widzimy – ma już swoją kilkuwiekową tradycję.

Miała ona także swoje bardziej brutalne przejawy, bo przecież z tego oświeceniowego ducha narodził się – poprzez Hegla – marksizm, a następnie bolszewizm. To wtedy właśnie przedstawiano religię jako opium dla ludu. Głoszono więc, że aby ocalić i wyzwolić człowieka z narkotyku, jakim jest religia, po to, by mógł on świadomie przyczyniać się do „postępu ludzkości” i tym samym przybliżać „świetlane jutro”, trzeba go pozbawić religii. Zatem walkę z religią uważano za „misję ratowania człowieka” i przyczynianie się do powstania prawdziwego humanizmu. Jak wielu ludzi tej potwornej manipulacji uległo! Ostatecznie okazało się, że zamiast „raju na ziemi” i prawdziwie wolnego człowieka stworzono ludziom piekło na ziemi.

Bez manipulacji i socjotechniki trudno byłoby wszelkim ideologiom osiągać tak dużą siłę rażenia ludzkich umysłów. Tak było i jest teraz.

– Kiedyś czytałem wspomnienia Alberta Speera, głównego architekta Hitlera, odpowiedzialnego za organizowanie wieców narodowych socjalistów. Podkreślał on, że trzeba było na tych wiecach tworzyć odpowiedni nastrój przez odpowiednią muzykę, przez wielkie flagi, przez pochodnie, grę reflektorów. Chodziło o to, aby porwać i podporządkować sobie masy – i to się w Niemczech lat trzydziestych ubiegłego wieku w pełni udało. Niewątpliwie to była już bardzo świadoma socjotechnika.

Przez współczesnych ideologów jest ona stosowana jeszcze bardziej perfidnie. Niestety, jest ona skuteczna nie tylko w odniesieniu do poszczególnych ludzi, ale i całych grup społecznych. Ma ogromną siłę rażenia. Popatrzmy tylko na społeczeństwa państw Zachodu, gdzie ideologia gender już dokonała przemarszu przez świat kultury, przez uniwersytety i ustawodawstwo, niszcząc w konsekwencji tradycyjną obyczajowość ich obywateli.

Czy z określoną socjotechniką nie są związane organizowane coraz częściej w różnych miastach Polski tzw. marsze równości?

– Chodzi o uzyskanie wrażenia, że oni są wszędzie i że jest ich bardzo wielu. Marsze zwolenników ideologii LGBT mają antychrześcijański charakter.

Zresztą sam rodowód tej ideologii jest pogański. Bóg, o którym czytamy w Biblii, to Bóg, który stworzył człowieka na swój obraz i na swoje podobieństwo jako kobietę i mężczyznę. Błogosławieństwo, jakim zostali przez Boga obdarzeni, to błogosławieństwo związane z potomstwem. Mają czynić sobie ziemię poddaną, mają mieć dzieci. Taki jest biblijny obraz człowieka – mężczyzny i kobiety, taki też jest obraz małżeństwa i rodziny. Ideologia LGBT odrzuca to wszystko w imię jakiejś nowej neopogańskiej wizji.

Przez tzw. marsze równości urządzane w coraz to innym miejscu chce się przekonać Polaków, że jest to czymś normalnym. A przy tym nie ma dla nich żadnych świętości. Depczą najbardziej święte wartości, kpią sobie i szydzą z Eucharystii, profanują wizerunek Matki Bożej Królowej Polski. Mówią: patrzcie, robimy, co chcemy, i żyjemy dalej, grom z nieba nie spadł na nas, nic nam się nie stało, a zatem Boga nie ma. Analogicznie myśleli i sowieccy bolszewicy, i niemieccy naziści, którzy mordowali ludzi Kościoła lub wysyłali ich do obozów koncentracyjnych i do łagrów. Ci oprawcy też mogli powiedzieć, „no i co się stało? My żyjemy, a tamtych już nie ma”. Po latach okazało się, że nawet nie znamy imion i nazwisk tych prześladowców Kościoła, zresztą nie są warci tego, by o nich pamiętać. Pamiętamy natomiast o męczennikach i na nich budujemy naszą tożsamość.

Jak to możliwe, że włodarze miast często nie dają zezwoleń na demoralizujące marsze LGBT, a sądy te decyzje konsekwentnie uchylają?

– Wszystko dlatego, że w dzisiejszym prawodawstwie dominuje pozytywizm prawny, czyli liczy się sucha litera prawa stanowionego – i to jeszcze bardzo szczególnie interpretowanego, w zupełnym oderwaniu od moralności. Współczesne nieszczęścia wynikają z tego, że odrzucono prawo naturalne. W tym kontekście trzeba by wrócić jeszcze do podstaw prawnych procesu norymberskiego. Zbrodniarze hitlerowscy cynicznie mówili, że oni wypełniali prawo, a zatem że są niewinni. W imię pozytywizmu prawnego można by powiedzieć, że oni rzeczywiście byli tylko wykonawcami tamtego prawa. Jednak twórcy procesu norymberskiego stwierdzili, że jest coś ważniejszego niż prawo stanowione, jest nim prawo naturalne, które mówi poprzez sumienie każdego człowieka: czyń dobro, a unikaj zła. I na podstawie tego najbardziej pierwotnego doświadczenia moralnego, które jest pierwsze w odniesieniu do wszelkiego prawa stanowionego przez człowieka, można było osądzić zbrodniarzy hitlerowskich.

Ale potem szybko o tym zapomniano. Dziś nadal, także w Polsce, mamy ów pozytywizm prawny. Nie dziwmy się więc, że wyroki zapadają takie, jakie zapadają. Trudno przy tym nie dostrzec, że nadal obecne sądownictwo jest powiązane z bardzo określoną częścią społeczeństwa nastawionego liberalnie i lewicowo. Marsz przez sądy dokonywał się w Polsce od 1945 roku. On się bynajmniej nie zakończył, dzisiaj przyjmuje coraz to nowe kształty. Ja nie chcę, oczywiście, osądzać wszystkich sędziów pracujących w sądownictwie polskim, bo to byłoby bardzo niesprawiedliwe. Ale mówię o pewnym nastawieniu, jakie jest, patrząc na treści wydawanych wyroków, choćby w sprawie tzw. parad równości.

Wspomnieliśmy o marszu ideologicznym przez prawo i sądy, czy teraz czas na marsz przez edukację i zniszczenie poprzez demoralizację młodego pokolenia?

– Ten marsz przez edukację już istnieje, tylko my nie zdajemy sobie z tego do końca sprawy. Jeśli będziemy na ten marsz obojętni, to staniemy się winnymi tego nieszczęścia, które funduje się na naszych oczach małym dzieciom i dorastającej młodzieży. Milcząc, stajemy się współwinni, tak jak współwinni byli Niemcy, dopuszczając Hitlera do władzy w sposób jak najbardziej demokratyczny.

Nie wolno nam milczeć. Bo to jest tak, jakbyśmy godzili się na duchowe szkody zadawane najbardziej bezbronnym dzieciom. Starsi są po to, aby chronić dzieci. Kościół jest też po to, żeby być głosem tych, którzy są krzywdzeni. Jeżeli będzie milczał, to będzie sprzeniewierzał się swojemu posłannictwu. A wtedy, zgodnie z tym, co powiedział Pan Jezus, „kamienie wołać będą”.

Czy nie czas odwołać się do słów Prymasa Tysiąclecia: „Non possumus”?

– Ksiądz kardynał Stefan Wyszyński, w niedługim już czasie błogosławiony Kościoła katolickiego, uczy nas myślenia głęboko zakorzenionego w pamięci, w tradycji Narodu, który ocalał dzięki temu, że był związany z Kościołem. Swoje związanie z Bogiem i z Kościołem nasz Naród wyrażał na zewnątrz poprzez miłość do Matki Najświętszej. Prymas Wyszyński do tego programowo się odwoływał i na tym budował nadzieję na przyszłość. Podobnie jak św. Jan Paweł II wierzył, że nawet wobec najcięższych prób i cierpienia Pan Bóg w swojej Opatrzności nie pozostawi nas samymi. A zwycięstwo będzie wtedy, kiedy będziemy trwać. Tutaj odwołam się do słów ks. kard. Augusta Hlonda, często powtarzanych przez św. Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego: „Zwycięstwo, jeśli przyjdzie, to przyjdzie przez Maryję”. W tym kontekście znowu wraca waga modlitwy różańcowej, czyli rozważania razem z Matką Bożą całej Ewangelii, całego życia Pana Jezusa.

Nasze dzisiejsze „non possumus” polega na tym, że musimy powiedzieć zdecydowane i jednoznaczne „nie” ideologiom niszczącym człowieka i Naród, takim jak gender czy LGBT. Bo po raz kolejny chodzi o to, czy przeżyjemy jako ludzie ze swą osobową godnością, czy przeżyjemy jako Kościół, czy przeżyjemy jako Naród, który w całej swojej historii od samego początku związany jest z chrześcijaństwem, z Chrystusowym Krzyżem. Jeśli chcemy przeżyć jako Polska, jako Naród, to musimy trwać przy Chrystusie. Jasnogórskie Śluby Narodu Prymasa Tysiąclecia ciągle są dla nas zadaniem i ciągle są dla nas aktualne.

Dziękuję za rozmowę.

Sławomir Jagodziński, „Nasz Dziennik”

drukuj