Kompromis w sprawie in vitro?

O niektórych skutkach rezygnacji z troski o życie

O. Ryszard Hajduk CSsR

Żyjemy w trudnych czasach. Zwłaszcza dla ludzi wierzących współczesna epoka określana mianem postmodernistycznej to czas wielkiej próby. Nieustannie bowiem są bombardowani komunikatami w stylu: „Kościół jest nienowoczesny, chce innym narzucać swoją ideologię, wtrąca się do polityki…”. Pod naporem tego rodzaju obiegowych opinii deprecjonujących Kościół łatwo ludziom wierzącym ulec pokusie rezygnacji z Chrystusowej prawdy na rzecz tzw. nowoczesnego humanizmu, który absolutyzuje ludzką wolność i czyni z człowieka ostateczną instancję orzekania o tym, co jest prawdą i dobrem. Przed tego rodzaju próbą stają polscy katolicy dzisiaj, gdy trwa dyskusja na temat metody zapłodnienia pozaustrojowego in vitro i jej zalegalizowania.

W dyskusji nad prawnym uregulowaniem kwestii metody zapłodnienia in vitro pojawia się jak magiczne zaklęcie słowo „kompromis”. Z wypowiedzi autorów projektu wynika, że ma być on zawarty pomiędzy katolikami, którzy zgodnie z nauczaniem Kościoła domagają się całkowitej delegalizacji zapłodnienia in vitro, a zwolennikami rozwiązań maksymalnie liberalnych. Co ciekawe, pojawiają się nawet głosy, że ci pierwsi z powodu swego radykalizmu daleko odchodzą od nauczania Jana Pawła II!

Kompromis prowadzi do załatwienia jakiegoś sporu na drodze ustępstw, a więc domaga się odejścia od wyznawanych przez siebie zasad i wartości, aby można było osiągnąć jakieś praktyczne korzyści. Tak rozumiany kompromis staje się synonimem oportunizmu, który charakteryzuje się brakiem określonych, niezmiennych zasad nadających stały kierunek ludzkiemu postępowaniu. Postawa oportunistyczna z kolei nieodparcie kojarzy się z propagowanymi w dobie postmodernizmu relatywizmem i utylitaryzmem etycznym, które prowadzą do uznania „antykoncepcji, sterylizacji, aborcji, a nawet eutanazji za przejaw postępu i zdobycz wolności, natomiast postawę bezwarunkowej obrony życia ukazują jako wrogą wolności i postępowi” („Evangelium vitae”, nr 17).

Czy katolicy winni zrezygnować z radykalizmu i wierności prawdzie, a przyłączyć się do oportunistów, którzy głoszą kompromis z liberalizmem w walce o tak istotne sprawy, jak godność człowieka i poszanowanie życia ludzkiego? Odpowiedź jest jasna: Nie! Jezus nie mówi o sobie: „Ja jestem kompromisem”, ale: „Ja jestem prawdą” (J 14, 6)! On jest Tym, który „głosił Boże orędzie odważnie i bezkompromisowo” („Communio et progressio”, nr 11). Naśladując bezkompromisowość Jezusa i pozostając wiernym prawdzie, „chrześcijanin musi być świadomy, iż należy do mniejszości i że powinien być w opozycji do tego, co oczywiste, dobre, logiczne. Jednym z najpilniejszych zadań chrześcijanina jest odzyskanie zdolności do stawiania oporu temu, co niesie obiegowa kultura”1.

W tym kontekście należy sobie postawić jeszcze jedno ważne pytanie: Kim są ci, którzy zostali wybrani przez społeczeństwo, aby zasiadać w parlamencie i ustanawiać sprawiedliwe, a więc szanujące ludzką godność prawa? Z wypowiedzi ludzi, którzy lansują kompromis, wynika, że większość z nich to liberałowie, czyli w naszym konkretnym przypadku – odrzucający naukę Kościoła zwolennicy stosowania in vitro. W przeciwnym wypadku nie trzeba byłoby mówić o jakimś kompromisie, gdyż walczyć o kompromis może tylko ktoś, kto nie posiada wystarczającej przewagi, aby w toczonym fair pojedynku odnieść zwycięstwo nad oponentem. Skoro więc trzeba zawierać w parlamencie kompromis w sprawie ustawy o in vitro, oznacza to, że w polskim Sejmie katolicy poważnie traktujący swoją przynależność do Kościoła są w mniejszości i dlatego nie mają możliwości odrzucenia lub całkowitego zniesienia „prawa wewnętrznie niesprawiedliwego” („Evangelium vitae”, nr 73). Jeśli tak jest, to wówczas przedwyborcze deklaracje wielu dzisiejszych posłów i senatorów, mówiące o ich przywiązaniu do Kościoła należy uznać za zwykły trick obliczony na pozyskanie głosów ludzi, którzy przywiązują wielką wagę do wierności nauce Chrystusowej.


Przed otwarciem puszki Pandory


Ustawa dopuszczająca stosowanie metody zapłodnienia in vitro w opinii jej zwolenników posiada wielką wartość, gdyż wypełnia lukę istniejącą obecnie w polskim prawie, a także jest wyrazem humanizmu i troski o obronę życia. Innymi słowy – lepiej zgodzić się na ustawę, która nie respektuje nauczania Kościoła zawartego np. w niedawno ogłoszonej instrukcji Kongregacji Nauki Wiary „Dignitas personae”, niż nie posiadać w tej dziedzinie żadnych regulacji prawnych. Albo też – chociaż trudno dopatrzyć się w proponowanej ustawie wierności nauczaniu Kościoła, to jednak należy ją przyjąć, gdyż z czasem mogłyby się pojawić jeszcze gorsze rozwiązania legislacyjne.

Tego rodzaju sformułowania przypominają zasadę „mniejszego zła”, zgodnie z którą, aby obronić się przed złem, można popełnić grzech, dokonując wyboru właśnie jakiegoś „mniejszego zła”. Tymczasem zło zawsze pozostaje złem, a człowiek wcale nie jest zmuszony wybierać tylko między złymi rozwiązaniami. W żadnej sytuacji człowiek nie musi popełniać grzechu, gdyż zawsze może wybrać dobro. Poza tym zło rodzi zło. Osławione „mniejsze zło” w postaci stanu wojennego stało się przyczyną cierpień niezliczonej rzeszy Polaków i doprowadziło do śmierci przynajmniej stu ludzi. Należy się spodziewać, że ewentualne przyjęcie ustawy dopuszczającej stosowanie metody in vitro jako „mniejsze zło” również wywoła lawinę nieszczęść, których charakter i rozmiar trudno do końca przewidzieć.

Z całą pewnością można już jednak dzisiaj stwierdzić, że nie ma nic gorszego od sytuacji, gdy człowiek próbuje zająć miejsce Boga. To człowiek decyduje wówczas, kiedy istota ludzka ma prawo do życia i zasługuje na szacunek. Dlatego zwolennicy in vitro nie mogą zgodzić się z nauką Kościoła, zgodnie z którą istota ludzka „od pierwszej chwili swojego istnienia, a więc od utworzenia się zygoty, wymaga bezwarunkowego szacunku” („Dignitas personae”, nr 4). Dla nich ludzki embrion to nie człowiek, a więc „coś”, czym nie warto się przejmować, gdyż nie odczuwa cierpienia. Wtedy każda istota ludzka, jeśli nie cierpi, może stać się przedmiotem eksperymentów bez jakichkolwiek ograniczeń. Tego rodzaju myślenie może pewnego dnia zaowocować tym, że brak wrażliwości na ból stanie się podstawą do orzekania, czy człowiek może jeszcze żyć, czy już nie.

In vitro sprawia, że człowiek staje się towarem. Metoda ta prowadzi do „konsumpcyjnego kanibalizmu”, gdyż umożliwia ona człowiekowi spełnienie swoich marzeń jako konsumentowi, który nabywa dla siebie dziecko jak jakiś „produkt wykonany na zamówienie”. Dziecko przestaje być traktowane podmiotowo jako dar Boga, a staje się w rękach człowieka ofiarą pełniącą funkcję „żywej zabawki”, która ma mu urozmaicić życie. Szczególnie jaskrawo można dostrzec ten problem na Zachodzie, gdy ktoś, kto dawno przekroczył sześćdziesiąty rok życia, korzysta z metody in vitro, aby „sprawić” sobie potomstwo. Egoizm zaślepia wtedy ludzi do tego stopnia, że zapominają o swojej kondycji i kruchości życia, przez co narażają dziecko na brak właściwej opieki i wychowania.

Innym nieszczęściem, które związane jest ze stosowaniem metody in vitro, jest zabijanie dzieci poczętych z przyczyn „kosmetycznych”. Okazuje się, że w Wielkiej Brytanii spośród 200 tys. aborcji przeprowadzanych każdego roku setki uzasadniane są wykrytymi u dzieci podczas badań prenatalnych drobnymi wadami, jak np. „zajęcza warga”, rozszczep szczeliny podniebienia czy szpotawa stopa (notabene dają się one bez większych trudności operacyjnie usunąć). Tego rodzaju postępowanie ludzi wobec dzieci nienarodzonych przypomina selekcję, której dokonywali hitlerowcy w czasie drugiej wojny światowej w obozach koncentracyjnych.

To okrutne podejście do dzieci nienarodzonych da się w niejednym przypadku powiązać z możliwością skorzystania z zapłodnienia in vitro, które pozwala na przebadanie embrionów i wykorzystanie w celach rozrodczych tylko tych „najzdrowszych”, „najsilniejszych”, „najlepszych”, aby mogło przyjść na świat dziecko „bez usterek”. Wówczas też dokonywana jest selekcja, podczas której pozostałe „słabsze” embriony zamraża się jako „materiał” użyteczny do badań eksperymentalnych lub skazuje na śmierć. A wszystko to już nie tylko po to, aby otrzymać upragnione potomstwo, ale by posiadać „dziecko-cud”2.

Społeczeństwo, które promuje in vitro, powraca do idei stworzenia „rasy doskonałej”. Dzieci stają się produktem ludzkiej wyobraźni i przedmiotem realizacji ludzkich marzeń. Ci, którzy inwestują w ich powstanie, oczekują spodziewanych rezultatów w postaci nadzwyczajnych talentów i wielkich sukcesów osiąganych przez potomstwo. Tego rodzaju mentalność zagraża ludzkiej wolności i prawu człowieka do swobodnego rozwoju. Pojawia się ponura wizja przyszłości, której kształt nadawać będą „doskonali ludzie” zaprojektowani, wyprodukowani i jak automaty zaprogramowani przez ludzi. Tak się dzieje wówczas, gdy zabraknie Ewangelii życia – Chrystusowej prawdy, która jako jedyna naprawdę wyzwala i czyni człowieka szczęśliwym.


Rodzina – „gatunek” zagrożony


W ostatnim Liście pasterskim Episkopatu Polski na Niedzielę Świętej Rodziny czytamy, że „ataki na małżeństwo i rodzinę stają się z każdym dniem coraz silniejsze i coraz bardziej radykalne zarówno na płaszczyźnie ideologicznej, jak i w sferze prawodawstwa”. W krajach o wysokim stopniu uprzemysłowienia rodzina jest bardzo mocno zagrożoną strukturą społeczną. Przeżywa ona wyraźny kryzys, do powstania którego przyczyniają się liczne czynniki kulturowe, społeczne i polityczne. „Godzą one w różnej mierze w prawdę i godność osoby ludzkiej, przy czym podają w wątpliwość – wypaczając ją – samą ideę rodziny. Wartość nierozerwalności małżeństwa jest coraz bardziej lekceważona; żąda się prawnego uznania związków faktycznych oraz zrównania ich z prawomocnym małżeństwem; próbuje się akceptować wzorce związku dwóch osób, w których różnica płci nie odgrywa istotnej roli” („Ecclesia in Europa”, 90).

Kryzys rodziny prowadzi do wzrostu zachowań społeczno-patologicznych. Prawie każde odbiegające od normy zachowanie, począwszy od złych wyników w szkole i przedwczesnego zakończenia nauki szkolnej poprzez używanie narkotyków i przestępstwa kryminalne, aż po otyłość i problemy psychologiczne, zdecydowanie częściej pojawia się u dzieci z rodzin rozbitych lub niepełnych aniżeli u dzieci wychowywanych przez oboje rodziców w normalnej rodzinie. Dzieci z rodzin rozbitych dwukrotnie częściej przerywają naukę w szkole i wydają na świat potomstwo przed ukończeniem 20. roku życia. Sześć razy mocniej doskwiera im ubóstwo i trzy razy częściej cierpią z powodu problemów emocjonalnych i zakłóceń w zachowaniu. O wiele łatwiej wpadają w konflikt z prawem i o wiele trudniej przychodzi im zbudować relację opartą na zaufaniu, prowadzić stabilne życie małżeńskie i regularnie wykonywać pracę zawodową. Na ogół nie odnoszą one w życiu takich sukcesów, jak dzieci wywodzące się z pełnych rodzin. Zanik tradycyjnych rodzin nie przyczynia się więc do rozwoju społeczeństwa, ale sprzyja patologii społecznej3.

Propagowanie metody in vitro jako sposobu zaspokojenia pragnienia potomstwa z pewnością nie uzdrowi polskich i nie tylko polskich rodzin. Gdy zaprzeczająca godności człowieka metoda in vitro wpływa na kształtowanie relacji małżeńskich i rodzinnych, trudno o to, by rodzina mogła skutecznie pełnić funkcję najważniejszego miejsca, w którym dokonuje się przekaz autentycznych wartości4. Jak można bowiem ze stosowaniem tej metody pogodzić takie tradycyjne wartości rodzinne, jak: miłość, czułość, stałość, dobroć, usłużność, bezinteresowność i ducha ofiary („Familiaris consortio”, nr 36)? Jak można przekazać miłość dziecku, które nie jest owocem miłości i aktu małżeńskiego, ale procedury technicznej stosowanej w laboratorium („Dignitas personae”, nr 16)? Jak nauczyć dziecko takiego korzystania z wolności, aby podarować siebie innym, gdy jego istnienie ma zaspokoić czyjeś pragnienie posiadania? Jak nauczyć dziecko ofiarności i wspaniałomyślności, gdy samemu jego przyjściu na świat towarzyszą pobudki egoistyczne i utylitarystyczne?

Dlatego też zamiast przekonywać o wzniosłości kompromisu w sprawie metody in vitro, politycy należący do Kościoła katolickiego więcej uwagi winni poświęcić temu, co dzisiaj w życiu społecznym najważniejsze, a więc rodzinie. Nie od metody zapłodnienia pozaustrojowego zależy przyszłość społeczeństwa, ale od zdrowej, bezpiecznie rozwijającej się rodziny, w której rodzą się i dojrzewają jego obywatele. Samo wydanie potomstwa na świat to jeszcze nie wszystko. Świadoma swojej misji, otoczona troską państwa i nieskażona mentalnością konsumpcyjną rodzina gwarantuje, że przychodzące w niej na świat dzieci otrzymają dobre wychowanie, które pozwoli im dojrzale i odpowiedzialnie korzystać ze swojej wolności. To one są dla państwa i społeczeństwa prawdziwym „kapitałem”, który należy otoczyć wszechstronną troską. Dlatego trzeba inwestować nie w amoralne metody sztucznego zapłodnienia, ale w rodzinę, gdyż bez niej człowiek nie może urzeczywistnić siebie i nauczyć się „bogatszego człowieczeństwa” („Gaudium et spes”, nr 52).

1 Raport o stanie wiary. Z ks. kard. J. Ratzingerem rozmawia V. Messori, Kraków – Warszawa 1986, s. 99.

2 Vom Wunschkind zum Wunderkind, „Christ in der Gegenwart” 39 (2007), s. 4.

3 R. Inglehart, Modernisierung und Postmodernisierung. Kultureller, wirtschaftlicher und politischer Wandel in 43 Gesellschaften, Frankfurt a. M. 1998, s. 402-403.

4 Abp R. Marx, Das Kapital. Ein Plädoyer für den Menschen, München 2008, s. 215.

drukuj