fot. PAP/Radek Pietruszka

J. Ozdoba dla „Naszego Dziennika”: Żyjemy w czasach, w których prawo bywa naginane do potrzeb politycznych, a skrajne środowiska próbują wmówić opinii publicznej, że wszystko można zakwestionować

Mamy tu do czynienia z kolejną próbą – pozbawioną jakiejkolwiek podstawy prawnej – ingerencji w suwerenny system wymiaru sprawiedliwości państwa członkowskiego. Jeśli ktoś w Polsce zamierza się do tego stosować, to wprost łamie Konstytucję RP. Chodzi tu nie o prawo, lecz o ideologię, której celem jest budowa jednego, zunifikowanego państwa europejskiego – scentralizowanego molocha z Brukselą jako politycznym epicentrum. To, co obserwujemy, nie ma nic wspólnego z obroną praworządności. To jest gra o władzę. Próba podporządkowania krajowych sądów politycznym interesom unijnych elit, które już dawno przestały ukrywać, że chcą przekształcić Unię Europejską w coś więcej niż wspólnotę gospodarczą – chcą federalnego superpaństwa, w którym to nie suwerenne narody, lecz urzędnicy w Strasburgu i Luksemburgu będą decydować, co jest „prawem” – mówił Europoseł Prawa i sprawiedliwości, Jacek Ozdoba, w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”.

***

Rafał Stefaniuk: Rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał, że polskie sądy krajowe powinny ignorować orzeczenia Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, ponieważ ta – jego zdaniem – nie spełnia standardów sądu. Choć to na razie tylko opinia, nie ostateczny wyrok, to jednak w przestrzeni publicznej wywołała niemałe poruszenie. Jak Pan to odbiera?

Jacek Ozdoba: To nie jest tylko opinia. To sygnał, który trzeba czytać w szerszym kontekście politycznym. Mamy tu do czynienia z kolejną próbą – pozbawioną jakiejkolwiek podstawy prawnej – ingerencji w suwerenny system wymiaru sprawiedliwości państwa członkowskiego. Jeśli ktoś w Polsce zamierza się do tego stosować, to wprost łamie Konstytucję RP. Chodzi tu nie o prawo, lecz o ideologię, której celem jest budowa jednego, zunifikowanego państwa europejskiego – scentralizowanego molocha z Brukselą jako politycznym epicentrum. To, co obserwujemy, nie ma nic wspólnego z obroną praworządności. To jest gra o władzę. Próba podporządkowania krajowych sądów politycznym interesom unijnych elit, które już dawno przestały ukrywać, że chcą przekształcić Unię Europejską w coś więcej niż wspólnotę gospodarczą – chcą federalnego superpaństwa, w którym to nie suwerenne narody, lecz urzędnicy w Strasburgu i Luksemburgu będą decydować, co jest „prawem”. Trzeba jasno powiedzieć: w polskim porządku prawnym obowiązuje zasada nadrzędności Konstytucji, a nie opinii zagranicznych ekspertów, jakkolwiek by się nazywali. Próba narzucania takich rozwiązań z pominięciem naszej Ustawy Zasadniczej to droga donikąd – i bardzo niebezpieczny precedens. Jeśli dziś TSUE może arbitralnie podważać status legalnie powołanych sędziów, to jutro może uznać za nieważne każdy inny organ, który nie spełnia ideologicznego „wzorca brukselskiego”. Na to nie może być zgody.

Z jednej strony organizacja wymiaru sprawiedliwości to kompetencja krajowa, z drugiej – Bruksela coraz śmielej zagląda nam przez ramię, ingerując w sądownictwo. Jak pogodzić suwerenność z unijnym dyktatem? Czy da się połączyć ogień z wodą?

Zacznijmy od podstaw: należy działać zgodnie z obowiązującym prawem, a ono w Polsce jasno mówi, że opinia rzecznika generalnego TSUE nie ma żadnej mocy wiążącej.

Skąd ta coraz bardziej nachalna presja, żeby podporządkować nasze prawo krajowe, na czele z Konstytucją, dyrektywom z Brukseli?

To klasyczna strategia salami – stopniowe odcinanie suwerenności, plasterek po plasterku. Mamy do czynienia z próbą przekształcenia UE w jedno zcentralizowane superpaństwo, i to bez zmiany traktatów. Odbywa się to metodą faktów dokonanych – poprzez decyzje, które nie mają podstawy prawnej. To właśnie one pozwalają tworzyć nowe „kompetencje” unijnych instytucji, mimo że nigdy nie zostały im one formalnie przekazane. Mówiąc obrazowo: to tak, jakby sąd – sam z siebie – uznał, że od dziś ma prawo pisać ustawę albo zmieniać Konstytucję, bo tak mu się podoba. Sędziowie TSUE i ich rzecznicy, zamiast pilnować prawa, stali się jego politycznymi kreatorami. To groźne, bo to już nie sądy, ale coś w rodzaju trybunału rewolucyjnego, który ma ambicję przejąć stery w Unii i ręcznie sterować państwami członkowskimi. W imię czego? W imię „praworządności”, która dla wielu w Brukseli oznacza tylko jedno: róbcie, co wam każemy, albo będziecie „niedemokratyczni”. I co ciekawe – ta ingerencja budzi sprzeciw nie tylko w Polsce. Niemcy również, i to bardzo stanowczo, bronią prymatu swojej Konstytucji. Tyle że u nas, w odróżnieniu od Berlina, mamy polityków, którzy nie tylko nie bronią polskiego porządku prawnego, ale wręcz go atakują. Mam tu na myśli obóz rządzący, koalicję, która zamiast stać na straży suwerenności, robi wszystko, aby oddać kompetencje państwa narodowego w ręce unijnych urzędników. To nie tylko naiwność – to polityczny sabotaż.

Rzecznik generalny TSUE w swojej opinii stwierdził jasno: „Jeśli chodzi o losy prawne orzeczenia wydanego przez ten organ [Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych], sąd krajowy jest zobowiązany pominąć je lub – jeśli okaże się to konieczne dla zapewnienia – i uwaga! – pierwszeństwa prawa Unii w danym kontekście proceduralnym – uznać je za niebyłe”. Brzmi jak sądowy zamach na suwerenność.

Dokładnie tak. To nie jest żadna interpretacja prawa – to próba jego brutalnego obejścia. Wszystko zmierza do jednego celu: podporządkowania państw narodowych brukselskiej centrali. Ale warto pamiętać, że ten proces nie jest nieodwracalny. Każdy mechanizm da się zatrzymać – zarówno politykę przymusowej relokacji nielegalnych migrantów, jak i próby demontażu polskiego wymiaru sprawiedliwości. Kluczowe pytanie brzmi: w którą stronę pójdzie Polska? I tu dochodzimy do fundamentalnego wyboru – bo mamy dziś dwie wizje kraju. Z jednej strony Polska niepodległa, silna, decydująca samodzielnie o swoim bezpieczeństwie, o kształcie armii, systemie energetycznym i polityce imigracyjnej. Z drugiej strony Polska zdegradowana do roli unijnego landu, pozbawiona realnej decyzyjności, podporządkowana centralnym dyrektywom, które ktoś tworzy w gabinetach bez kontaktu z rzeczywistością. Kraj, który nie panuje już ani nad własnymi granicami, ani nad własnym prawem, a armią zarządza nie rząd, tylko polityczny showman pokroju Rafała Trzaskowskiego. To nie są ani political fiction, ani retoryczne przerysowania – to alternatywy, przed którymi dziś stoimy. I niech nikt nie ma złudzeń: decyzję podejmą Polacy. Ale muszą wiedzieć, że głosując, nie wybierają między lewicą a prawicą. Wybierają między państwem narodowym a unijnym landem.

Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych to ta, która rozstrzyga o ważności wyborów. Czy biorąc pod uwagę dzisiejszy kurs polityczny TSUE, istnieje ryzyko, że decyzją opartą na unijnej opinii będzie można unieważnić choćby wybory prezydenckie?

W sensie czysto prawnym? Oczywiście, że nie. Nie ma podstaw, aby jakakolwiek opinia unijnego rzecznika mogła zdetonować ważność demokratycznych wyborów w Polsce. Ale żyjemy w czasach, w których prawo bywa naginane do potrzeb politycznych, a skrajne środowiska próbują wmówić opinii publicznej, że wszystko można zakwestionować, jeśli tylko „europejskie wartości” tak każą. I wtedy – mimo że to absurd – taki scenariusz może być podjęty jako polityczna gra, mająca na celu podważenie zaufania obywateli do instytucji państwowych. W grze może być wszystko – od fałszywego kwestionowania mandatu prezydenta, po próby wyeliminowania lidera opozycji przez instrumentalne wykorzystanie sądów. Mamy do czynienia z niebezpiecznym modelem, który już znamy – z Rumunii czy z niektórych epizodów polityki francuskiej. Cel? Skazanie kandydata niewygodnego dla establishmentu. Tyle że u nas nie ma na to przyzwolenia – ani społecznego, ani konstytucyjnego.

Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”

drukuj