fot. pixabay.com

Hotelarze i restauratorzy walczą o przetrwanie

Po czterech miesiącach lockdownu w Danii ponownie otwarto restauracje. Tymczasem w Polsce długi majowy weekend dla branży turystyczno-hotelarskiej i gastronomicznej będzie – potocznie mówiąc – stracony, choć był zazwyczaj początkiem sezonu. W tym roku już wiadomo, że co najmniej do 3 maja obowiązuje nakaz zamknięcia lokali i hoteli. Jak długo jeszcze polscy mali przedsiębiorcy będą w stanie ponosić koszty lockdownu? – pyta Karolina Goździewska na łamach „Naszego Dziennika”.

Właściciele mazurskiego ośrodka położonego nad malowniczym jeziorem w środku lasu już zwracają wpłacone zaliczki na poczet wesel i okolicznościowych przyjęć. [czytaj więcej]

„Pierwsze przyjęcia komunijne miały się odbyć 2 maja. Nie wiemy, co dalej. Młodzi planujący ślub już drugi rok z rzędu przekładają terminy rezerwacji sali, bo koniecznie chcą mieć duże wesele, a to uniemożliwiają obecne ograniczenia” – mówi menedżer mazurskiego ośrodka.

Aby się ratować, planują wprowadzić jedzenie na wynos. Ośrodek ma już zatrudnionych kilka osób na pełnym etacie, by podnieść jakość usług, organizuje też szkolenie dla kucharek przez kucharza z Sopotu. To wszystko pociąga ogromne koszty, a wpływów brakuje.

„Jest to duży problem i wielka niewiadoma, a trudno znaleźć alternatywę dla takiej działalności” – podkreśla właściciel firmy.

Podobnego zdania jest kierownik podkarpackiego ośrodka – restauracji i hotelu, który w minionych latach działał cały rok, mając w zasadzie pełne obłożenie. Przez okres zimowy firma zatrudniająca 20 osób dostarczała posiłki regeneracyjne dla robotników. Sprzedaż utrudnia lokalizacja. Ośrodek oddalony jest od Rzeszowa, a transport mniejszej ilości zamówień podnosi zbytnio koszty. Trudno też o alternatywne zajęcie dla 20 pracowników z pewną niepełnosprawnością.

„Liczymy na dochody z organizacji przyjęć komunijnych. Jeśli nie będziemy mogli otworzyć restauracji, to planujemy catering, choć dla nas to dodatkowe utrudnienie” – zauważa kierownik podkarpackiego ośrodka.

Pan Paweł od lat prowadzi w Zakopanem pensjonat i karczmę, przygotowuje też catering. Zatrudnia 15 osób, a w sezonie 20. Kiedy ogłoszono lockdown i nakazano zamknięcie hoteli, stanął przed koniecznością reorganizacji.

„Pracownicy mają mniejszą liczbę godzin. Zatrudnienie pozwolił utrzymać właśnie catering. Kelnerki przekwalifikowały się na pomoce kuchenne, a kierowcy na pizzermanów. Nie zarabiamy, ale przychody starczają na utrzymanie i pokrycie rachunków. Skorzystaliśmy też z pierwszej i drugiej tarczy rządowej. Mamy nadzieję, że karczma i pensjonat zaczną w końcu na siebie zarabiać. W ubiegłym roku w czasie zniesienia obostrzeń mieliśmy pełne obłożenie” – opowiada pan Paweł. Zaznacza, że nie widzi możliwości, by zająć się np. budowlanką.

Pani Joanna od sześciu lat prowadzi biuro pielgrzymkowe. Wcześniej pracowała m.in. w korporacji. Teraz też bywają dni, kiedy zastanawia się, czy nie szukać innej pracy. W ubiegłym roku udało się jej zorganizować trzy pielgrzymki, choć jeszcze w styczniu miała zamówienia na organizację 23. By przetrwać, skorzystała z tarczy antykryzysowej. Środki czerpała też z oszczędności.

W 2019 roku za gwarancję bankową płaciła 4,5 tys. zł, wystarczało też zabezpieczenie w postaci majątku, jaki posiada. W grudniu 2020 roku okazało się, że oprócz majątku i opłaty za gwarancję musi wpłacić ubezpieczycielowi dodatkowe sumy.

„Musiałam znaleźć kogoś, kto zabezpieczy mi gwarancje ubezpieczeniowe swoim majątkiem, wystawiając weksel na 500 tys. zł, wpłaci kaucję 50 tys. zł, na którą musiałam zaciągnąć pożyczkę, i to dopiero dało mi gwarancję. Jeśli ktoś nie ma takich zabezpieczeń, nie ma możliwości prowadzić biura” – dzieli się pani Joanna.

Z żalem podkreśla, że wysokie opłaty nie przystają do pogarszającej się kondycji biur pielgrzymkowych po roku funkcjonowania praktycznie bez możliwości organizowania wyjazdów. Co najgorsze, warunki, na jakich gwarancje wydawałby bank, były jeszcze bardziej restrykcyjne. Zażądano 350 tys. zł kaucji.

„Nie dają nam pracować, zamykają wszystko, dają jakieś dotacje, a z drugiej strony takie horrendalne obciążenia. W tym czasie miałam dwa telefony z propozycją zakupu biura. Odbieram te działania jako celowe, by nas, przedsiębiorców z branży pielgrzymkowej i turystycznej, wykończyć” – twierdzi pani Joanna, która mimo licznych trudności stara się organizować pielgrzymki do Medziugorie.

„Do Medziugorie jeżdżą teraz tylko Ukraińcy i Polacy. Pielgrzymki są na granicy opłacalności, bo grupy są bardzo małe. Ale owoce duchowe – ogromne. Dlatego nie chcę z nich rezygnować. Po ostatniej pielgrzymce jeden z pątników zdecydował się zawrzeć sakrament małżeństwa po latach życia w konkubinacie. Dla takich decyzji warto ponosić trud” – dzieli się pani Joanna.

Pan Sławomir prowadzi w Zakopanem dwie pasmanterie. Do czasu pandemii sklepy miały rację bytu. Jednak wraz z upadkiem turystyki i wprowadzeniem zakazu imprez zainteresowanie góralskimi materiałami czy wstążkami drastycznie spadło.

„Zatrudniam nadal dwóch pracowników, tych samych od 32 lat, są już w wieku przedemerytalnym i trudno im o inną pracę. Skorzystałem ze zwolnienia ze składek ZUS i pożyczki. Teraz moja firma nie zakwalifikowała się na pomoc w ramach rządowej tarczy, czego nie rozumiem. Zostałem bez pomocy. Działamy na kredyt” – mówi pan Sławomir.

Zakopane ze względu na brak ruchu turystycznego jest puste, a do sklepu dziennie przychodzą trzy-cztery osoby, tymczasem opłaty trzeba ponosić.

„Wszystko drożeje, łącznie z surowcami. Najniższa pensja krajowa poszła w górę, a nam dochód spadł do 10-20 proc. sprzed czasu pandemii. Sprzedaż internetowa przy stosunkowo tanich produktach w ogóle nie wchodzi w grę” – dzieli się pan Sławomir. Dodaje, że nie ma też pomysłu na inny biznes.

Jak mówią eksperci, w najtrudniejszej sytuacji są małe firmy zatrudniające do 50 osób. Wiele z nich w ogóle nie otrzymało wsparcia w ramach rządowych tarczy. Większe mają jeszcze tzw. poduszki finansowe, pytanie jednak, jak długo mogą z nich korzystać.

„Nasze wskaźniki gospodarcze nie wyglądają najgorzej, bo produkcja, budowy i część usług cały czas działają normalnie. Tymczasem nie ma właściwie przedsiębiorcy, na którego lockdown by nie oddziaływał” – tłumaczy Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców.

W Polsce przed lockdownem mieliśmy około 70 tys. restauracji, 30 tys. fryzjerów i kosmetyczek, 38 tys. firm z szeroko pojętego przemysłu spotkań i wydarzeń, 11 tys. obiektów noclegowych, 650 obiektów handlowych (każdy z kilkudziesięcioma najemcami), 2,5 tys. klubów fitness, 700 kin, ponad 700 basenów, 188 teatrów. Wszystkie te firmy albo są zamknięte, albo działają z bardzo dużymi ograniczeniami. Na razie wiele z nich jeszcze nie ogłosiło upadłości, ale bez perspektywy szybkiego powrotu do działalności liczba zamykanych firm z tych branż może lawinowo rosnąć, co pociągnie za sobą wzrost bezrobocia.

„W kryzysie zawsze lepiej radzą sobie podmioty z większą poduszką bezpieczeństwa, czyli raczej kapitał zagraniczny niż krajowy. Podmioty, które dostały pomoc od państwa, wciąż mają szanse na przetrwanie. Nie mogą jednak w nieskończoność być zamknięte, a więc konieczny jest szybki koniec lockdownu, inaczej z rynku mogą zniknąć małe i średnie firmy, a ich miejsce zajmą korporacje” – tłumaczy rzecznik. I dodaje, że zna przypadek, kiedy właściciel dyskoteki założył firmę kurierską. Przebranżowienie jednak nie jest wcale takie proste, ponieważ liczba branż jest ograniczona.

Karolina Goździewska/„Nasz Dziennik”

drukuj