fot. Joanna Hadam

Dr A. Levatino dla „Naszego Dziennika”: Kiedyś wykonywałem aborcje, dziś uświadamiam ludziom, że to okrutne zabójstwo

W ciągu swej praktyki przeprowadziłem ponad 1200 aborcji. Nie mogę w żaden sposób zadośćuczynić za życie choćby jednego spośród dzieci, które zabiłem. Od 40 lat wraz z żoną czynimy, co tylko możemy, by uratować życie innych dzieci. Wiem o przypadkach, gdy nasze świadectwo wpłynęło na innych lekarzy, żeby zaprzestali wykonywania aborcji – powiedział dr Anthony Levatino, ginekolog-położnik, który zaprzestał wykonywać aborcje, w rozmowie z Beatą Falkowską dla „Naszego Dziennika”.

Tzw. aborcja przed Pana przemianą i całkowitym wycofaniem się z jej wykonywania była stałą częścią Pana praktyki lekarskiej. Przeprowadził Pan ponad 1200 tzw. aborcji. Zdawał Pan sobie sprawę, co dzieje się podczas zabijania nienarodzonych dzieci, szczególnie późnej?

Wielu obrońców życia sądzi, że zdoła nakłonić zwolenników aborcji do zmiany zdania, mówiąc im po prostu, co dzieje się podczas takiego zabiegu. Jako lekarz, bardzo dobrze wiedziałem, co dzieje się podczas aborcji, gdy je wykonywałem. W pełni rozumiałem, że to żywa istota ludzka jest rozrywana na kawałki, ale po prostu mnie to nie obchodziło. Z jednej strony myślę, że to samo można powiedzieć o większości osób, które poddają się aborcji. Niektóre może czynią to z niewiedzy, ale w większości wypadków tak nie jest. Może czują w związku z tym pewien dyskomfort, lecz czynniki, które skłaniają je do decyzji o aborcji, są od niego silniejsze. W ostatecznym rachunku po prostu ich to nie obchodzi. Nawet jeśli mówią, że jest inaczej, nie zmienia to efektu końcowego. Z drugiej strony wiele osób, które deklarują się jako zwolennicy prawa do aborcji, nie ma pojęcia, co dzieje się z dzieckiem nienarodzonym w trakcie tej procedury. Omówienie jej krok po kroku, ze szczegółami, może im uświadomić, czym naprawdę jest aborcja, i może czasami zmienić opinię takiej osoby. W moich wystąpieniach publicznych często opisuję szczegółowo aborcję metodą D&E, wykonywaną w drugim trymestrze ciąży. Wyjaśniam to mniej więcej tak: wyobraź sobie, że jesteś ginekologiem-położnikiem optującym za wolnym wyborem, tak jak ja kiedyś byłem. Twoja dzisiejsza pacjentka ma 17 lat i jest w 20. tygodniu ciąży. Jej macica sięga do pępka. Od dwóch tygodni pacjentka czuje już ruchy dziecka, które jest wielkości twojej dłoni, od czubka środkowego palca do nadgarstka. Taki jest wzrost dziecka w 20. tygodniu, nie licząc nóżek. Czasem, przy późnych aborcjach, ciałka były większe. Na początek za pomocą cewnika ssącego odsysasz płyn owodniowy, który otaczał dziecko i je chronił. Następnie używasz dużego zacisku chwytającego, zwanego zaciskiem Sophera, by oderwać rączki i nóżki. Potem tym samym zaciskiem wyrywasz kręgosłup, jelita, serce i płuca. Główka dziecka na tym etapie jest mniej więcej wielkości śliwki. Chwyta się ją w kleszcze i miażdży. Wiesz, że zrobiłeś to prawidłowo, jeśli przez szyjkę macicy wydostaje się biała substancja. Był to mózg dziecka. Potem usuwasz kawałki czaszki. Czasem patrzy na ciebie maleńka twarzyczka. Widziałem ciałko każdego dziecka, na którym dopuściłem się aborcji.

Jak młody lekarz „uczy się” przeprowadzania tzw. aborcji, czy to ma miejsce już w czasie studiów?

– Wprowadzenie do aborcji i same procedury aborcyjne często są wykładane na uczelniach medycznych, choć nie wszędzie. Studenci nie mają prawa wykonywać zabiegów medycznych, więc rzadko, jeśli w ogóle, dokonują aborcji. Często zachęca się ich do obserwowania tych zabiegów, mogą też wykonywać czynności wspomagające, takie jak pomiar ciśnienia krwi, ale samej procedury w znacznej większości przypadków przeprowadzać nie mogą. A jednak fakt, że studenci medycyny przyglądają się aborcji, służy pewnemu celowi: znieczula ich i zwiększa prawdopodobieństwo, że sami w przyszłości także będą ją przeprowadzać. Natomiast lekarze rezydenci, którzy skończyli już studia medyczne, uczą się wykonywać aborcje tak samo jak uczą się wszystkich innych zabiegów: poprzez wykonywanie ich, najpierw pod nadzorem, potem samodzielnie.

Co wpłynęło na Pana myślenie o tzw. aborcji jako młodego adepta medycyny, który przecież powinien ratować życie, a nie je niszczyć?

– W 1976 r., gdy ukończyłem studia medyczne, byłem w swym myśleniu zdecydowanie pro-choice. Uważałem, że jest to decyzja, którą wypracowuje kobieta ze swoim lekarzem, i nikt, nawet ojciec dziecka, nie ma w tej kwestii nic do powiedzenia. Wiele osób w sposób teoretyczny identyfikuje się po stronie prawa do życia lub do wolnego wyboru, ale aborcja nie dotyczy bezpośrednio ich własnego życia. Kiedy jednak jest się ginekologiem i opowie się za „prawem” do wyboru, to już nie jest mglista deklaracja. Lekarz musi wtedy zdecydować, czy naprawdę będzie dokonywał aborcji. I ja postanowiłem to robić. Byłem przekonany, że to słuszna decyzja.

Pan i Pana koledzy ginekolodzy naprawdę wierzyliście, że pomagacie kobietom? A może najważniejsze w takich sytuacjach jest to, że na tzw. aborcji można dobrze zarobić?

– Moi koledzy i ja niewątpliwie uważaliśmy, że robimy to, co jest „słuszne”. Z jednej strony mówienie, że ludzie dopuszczają się aborcji po prostu dla pieniędzy, to byłoby uproszczenie. Z drugiej strony w połowie lat 80., przeprowadzając aborcje, zarabiałem w kwadrans od 200 do 800 dolarów. 800 dolarów w połowie lat 80. odpowiada mniej więcej 2300 dolarów dzisiaj. Wykonawszy 3 aborcje, mogłem w niecałą godzinę zarobić więcej niż zarobiłbym, zapewniając opiekę położniczą jednej pacjentce w ciągu 10 miesięcy, po których mógłby nastąpić trudny poród, obciążony wielkim ryzykiem odpowiedzialności prawnej. Ryzyko odpowiedzialności prawnej za przeprowadzenie aborcji w niczym nie przypomina zagrożenia, wobec którego staje każdy ginekolog-położnik, przyjmując poród. W Europie nie jest to istotny czynnik, ale w Stanach Zjednoczonych ma ogromne znaczenie.

Jedno dziecko ratujesz, drugie zabijasz – takie funkcjonowanie lekarza to duchowa i moralna schizofrenia. Co wzbudziło Pana pierwsze wątpliwości, że aborcja jest czymś złym?

– W czasie kiedy w ramach mojego kształcenia medycznego uczyłem się wykonywać aborcje w pierwszym i drugim trymestrze, poznałem i poślubiłem moją żonę. Jak wiele młodych małżeństw chcieliśmy mieć własne dzieci. Prędko odkryliśmy, że dotyczy nas problem niepłodności, żona po prostu nie zachodziła w ciążę. Po intensywnych badaniach powiedziano nam, że nie jest zbyt prawdopodobne, żeby kiedykolwiek mogła drogą naturalną począć dziecko. Podjęliśmy wtedy starania o adopcję i szybko przekonaliśmy się, że jest bardzo niewiele dzieci, które można by adoptować. Zrozumiałem, że jako aborcjonista przyczyniam się do tego problemu. Nie ustawaliśmy w staraniach o adopcję i w ciągu tego okresu zakiełkowały we mnie pierwsze wątpliwości, co do wykonywania aborcji. Zaczynałem się wtedy czuć, jakbym po prostu wyrzucał dzieci do kosza. Na tym etapie nie uważałem jeszcze, że aborcja jest zła sama w sobie, ale miałem swoje własne, osobiste powody, by żywić wobec niej wątpliwości. W końcu udało nam się adoptować dziewczynkę, którą nazwaliśmy Heather. Pomimo wcześniejszych przewidywań w miesiąc potem moja żona zaszła w ciążę, mieliśmy więc córeczkę i synka, z różnicą wieku zaledwie 10 miesięcy. Skoro już mieliśmy dzieci, wszelkie wątpliwości, co do wykonywania aborcji wyparowały mi z głowy i wróciłem do jej wykonywania jak gdyby nigdy nic.

Przełomem w podejściu do tzw. aborcji okazał się tragiczny wypadek Pana córeczki – Heather.

– Dokładnie na dwa miesiące przed swoimi szóstymi urodzinami Heather zginęła w wypadku samochodowym. Dosłownie umarła nam na rękach, w ambulansie. Każdy, kto ma dzieci, może sądzić, że wie coś o tym, jak mogliśmy się czuć, ale zapewniam Panią, że nikt, kto sam przez to nie przeszedł, nie ma o tym pojęcia. I mam nadzieję, że nigdy się nie dowie. Ale co człowiek robi po katastrofie? Pochowa swoje dziecko, weźmie trochę wolnego, a potem stara się wrócić do życia. Kilka tygodni po śmierci Heather pokazałem się w szpitalu. Miałem przeprowadzić aborcję metodą D&E, w drugim trymestrze. Zacząłem procedurę, jak zwykle, i wyrwałem rączkę czy nóżkę, długości kilku cali. Wpatrzyłem się w nią, trzymając ją w zacisku, i dostałem mdłości. Kiedy się już jednak zaczęło aborcję, nie można przerwać. A wykonując ją, trzeba „trzymać rachunek”: upewnić się, że wyjęło się obie rączki, obie nóżki i wszystkie części ciała, bo jeżeli coś zostanie, pacjentka może dostać infekcji lub krwotoku, lub może nawet umrzeć. Więc dokończyłem i tę aborcję, ale po raz pierwszy w ciągu swojej praktyki lekarskiej naprawdę patrzyłem na stos części ciała, który właśnie zrobiłem z żywego dziecka. Nie widziałem już wspaniałego „prawa” tamtej kobiety do wyboru. Nie widziałem 800 dolarów, które właśnie zarobiłem w kwadrans i nie mogłem dostrzec w sobie tego cudownego lekarza, który pomaga „kobiecie z kłopotem”. Widziałem tylko czyjegoś synka czy też córeczkę. Dotarło do mnie, że ta pacjentka – mówię oczywiście w przenośni, nie dosłownie – przyszła do mnie i wręczyła mi 800 dolarów za zabicie swojego synka lub córeczki, a ja byłem właśnie taką osobą, zdolną bez skrupułów przyjąć te pieniądze i powiedzieć: „Oczywiście, zrobię to”.

Mówił Pan, że czuł się wówczas jak płatny zabójca i nie chciał nim już dłużej być…

– Najpierw zupełnie wycofałem się z późnych aborcji, a wkrótce potem zupełnie zaprzestałem ich wykonywania.

Kiedy wraz z żoną zaangażował się Pan w ruch pro-life, straciliście wszystkich przyjaciół. Jak zmieniło się Pana życie po zaprzestaniu przeprowadzania tzw. aborcji?

– Kilka miesięcy po tym, jak zaprzestałem wykonywania aborcji, zostaliśmy z żoną zaproszeni na kolację pro-life. Był to mój pierwszy kontakt z obrońcami życia. W niczym nie przypominali osób, których spodziewałbym się tam spotkać. Znali się na medycynie, na prawie. Dobrowolnie i ofiarnie poświęcali swój czas, by powstrzymać to, co uważali za najgorsze pogwałcenie praw człowieka w naszych czasach. Wywarło to na nas silne wrażenie i przyłączyliśmy się do tej grupy. Kiedy zaczęliśmy z żoną działać w ruchu obrony życia, straciliśmy wszystkich „przyjaciół”, jakich wcześniej mieliśmy. Telefon przestał dzwonić i strumień zaproszeń wysechł, ale Bóg w swej dobroci wypełnił nam życie nowymi przyjaciółmi, spośród obrońców życia. Ci ludzie, nigdy nas nie osądzając, uczyli nas, co to znaczy być pro-life.

Działalność pro-life traktuje Pan jako rekompensatę za lata wykonywania tzw. aborcji?

– W ciągu swej praktyki przeprowadziłem ponad 1200 aborcji. Nie mogę w żaden sposób zadośćuczynić za życie choćby jednego spośród dzieci, które zabiłem. Od 40 lat wraz z żoną czynimy, co tylko możemy, by uratować życie innych dzieci. Wiem o przypadkach, gdy nasze świadectwo wpłynęło na innych lekarzy, żeby zaprzestali wykonywania aborcji.

Na czym koncentruje się Pana obecna aktywność w ruchu pro-life?

– Od niemal 40 lat wraz z żoną przemierzamy cały kraj, a także inne kraje, wspierając organizacje obrońców życia, zwłaszcza ośrodki opieki nad kobietami w ciąży, które są w trudnej sytuacji, w ich pracy na rzecz uchronienia dzieci, jak również rodziców, przed aborcją. Bo aborcja dotyka nie tylko dziecka, lecz także całej rodziny.

Zaangażowanie w ruch pro-life zaprowadziło Pana na plan filmu „Unplanned” („Nieplanowane”), w którym zagrał Pan lekarza aborcjonistę. Jakie momenty w tych wieloletnich działaniach na rzecz życia szczególnie zapadły Panu w pamięć?

– Ponieważ jestem zaangażowany w ruch pro-life od prawie 40 lat, zbyt wiele jest takich momentów, bym mógł je wymienić. Przytoczę tylko kilka. Udział w corocznym marszu na rzecz życia w Waszyngtonie wraz z setkami tysięcy obrońców życia i przemawianie do nich. Poznanie wielu bohaterów tego ruchu, takich jak: prof. Bernard Nathanson, Alveda King, o. Frank Pavone i wielu innych. Pomoc w zebraniu, z biegiem lat, milionów dolarów na ośrodki dla kobiet w ciąży w trudnej sytuacji i inne inicjatywy sprzyjające życiu. Działalność w radzie Amerykańskiego Stowarzyszenia Ginekologów i Położników Pro-Life i wiele innych… Jedna aktywność pociąga za sobą kolejną, a skończy się to, gdy przejdę na drugą stronę.

W USA należy Pan do grupy lekarzy – byłych aborcjonistów. Czy w Stanach Zjednoczonych przybywa takich lekarzy?

– Wielu lekarzy kiedyś zostało aborcjonistami, ale potem, z biegiem lat, porzuciło tę praktykę. Liczba lekarzy przeprowadzających aborcje w Stanach Zjednoczonych znacznie spadła. Blisko 85 proc. ginekologów-położników w naszym kraju odmawia jej wykonywania. Wielka presja, z jaką dziś forsuje się aborcję medyczną, zwaną też farmakologiczną, to właśnie próba obycia się bez udziału lekarzy, ponieważ do jej zainicjowania przez podanie pigułki nie potrzeba umiejętności chirurgicznych. Problem w tym, że wiele osób przepisujących pigułki poronne nie jest lekarzami lub nie ma kwalifikacji do zajęcia się komplikacjami, jakie mogą wystąpić. Pacjentki odsyła się w takich wypadkach na oddział ratunkowy, by tam inni lekarze je leczyli. Nazywa się to porzucaniem pacjentek.

„Tzw. aborcja jest dla kobiet całkowicie bezpieczna” – jak odniesie się Pan do tego hasła ruchów aborcyjnych?

– Wszelkie twierdzenia, że aborcja jest zupełnie bezpieczna, z punktu widzenia medycyny można włożyć między bajki. Każdy zabieg medyczny niesie ze sobą pewne ryzyko, a każda aborcja zabija niewinną istotę ludzką. Im bardziej zaawansowana ciąża, w której się ją przeprowadza, tym większe ryzyko dla matki. Obecnie oferuje się na wielką skalę aborcję farmakologiczną i usuwa się prawne zabezpieczenia, które miały chronić pacjentki. Kobietom przepisuje się pigułki poronne bez badania, nawet bez wizyty u „personelu medycznego” (którym nie zawsze jest lekarz). Więcej kobiet będzie cierpieć z powodu niezdiagnozowanych ciąż pozamacicznych i niezdiagnozowanych konfliktów serologicznych, które mogą wpłynąć na ich przyszłe ciąże, i innych problemów. Nigdy nie poznamy prawdziwej skali tych komplikacji. Jednym z niezatartych w mojej pamięci momentów związanych z aborcją jest ten, gdy przeprowadzając ją metodą D&E w 18. tygodniu ciąży, gdzie odrywa się zaciskiem Sophera części ciała dziecka, przedziurawiłem macicę matki i wyciągnąłem kawałki jej jelita.

Wyraźnie podkreśla Pan, że w sprawie tzw. aborcji nie ma kompromisu. W jaki sposób tzw. aborcja niszczy wszystkich zaangażowanych w nią i całe społeczeństwa, które ją akceptują?

– Nikt nie zdoła obliczyć, ile aborcja w całości kosztowała społeczeństwo. W samych Stanach Zjednoczonych poddano jej ponad 60 milionów dzieci, a na całym świecie miliardy. To znaczy, że tak wielu chłopcom i dziewczynkom nigdy nie dano zobaczyć wschodu czy zachodu słońca. Życie ich matek i ojców zostało nieodwracalnie zmienione. Nigdy się nie dowiemy, ilu przywódców, naukowców, artystów i innych ludzi aborcja pozbawiła możliwości życia.

Nigdy nie możemy zrezygnować z promowania postawy pro-life?

– Wszystko, cokolwiek ktoś może zrobić w tej sprawie, to słuszne działanie. Uświadamianie opinii publicznej, czym naprawdę jest aborcja i na jakie problemy naraża matki i ojców, to przedsięwzięcie warte wysiłku. Niezależnie od tego, w jak trudnej sytuacji nie znalazłaby się matka, jest bardzo ważne, żeby wiedziała, iż może dać swojemu synkowi czy córeczce coś, czego nikt inny im nie da: szansę życia.

Czy obecnie prowadzi Pan jeszcze praktykę medyczną?

– Jestem już na emeryturze, gdy chodzi o aktywną praktykę lekarską, ale prowadzę wykłady z endokrynologii i medycyny rozrodczej dla studentów pierwszego i drugiego roku.

Dziękuję za rozmowę.

Beata Falkowska/„Nasz Dziennik”

drukuj

Drogi Czytelniku naszego portalu,
każdego dnia – specjalnie dla Ciebie – publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła i naszej Ojczyzny. Odważnie stajemy w obronie naszej wiary i nauki Kościoła. Jednak bez Twojej pomocy kontynuacja naszej misji będzie coraz trudniejsza. Dlatego prosimy Cię o pomoc.
Od pewnego czasu istnieje możliwość przekazywania online darów serca na Radio Maryja i Tv Trwam – za pomocą kart kredytowych, debetowych i innych elektronicznych form płatniczych. Prosimy o Twoje wsparcie
Redakcja portalu radiomaryja.pl