Premier Włoch Mario Monti (2 z prawej), kanclerz Niemiec Angela Merkel (1 z prawej), premier Hiszpanii Mariano Rajoy (1 z lewej ) prezydent Francji Francois Hollande (2 z lewej). (fot.PAP/EPA)

Czy Niemcy są mrówkami, a Europejczycy konikami polnymi

Nie doszło do przełomu na szczycie europejskim, i to mimo zapewnień ze strony premiera Hiszpanii, że nie stać go na finansowanie długu na poziomie wielokrotnie wyższym od stawek niemieckich.

Nie pomogły również apele kolejnej ofiary euro – Włoch, choć premier Monti nawet wymienił prezesa Bundensbanku jako tego, który nie rozumie finansowego mechanizmu jego propozycji. W tym kontekście nie dziwią również słowa Silvio Berlusconiego o „signora Merkel” i stwierdzenie, że „nie byłoby źle, gdyby Niemcy wyszli z euro”. Mimo powszechnej krytyki Niemcy się nie ugięły, a kanclerz Angela Merkel miała wprost oświadczyć, że „póki żyje”, nie będzie uwspólnotowienia długów. Taka postawa spotyka się nawet z krytyką ze strony premiera Luksemburga Jean-Claude´a Junckera, który powiedział: „Częścią problemu jest to, że Niemcy działają tak, jakby byli jedynym cnotliwym krajem na świecie, który musi płacić rachunki za wszystkich. Jest to niezwykle obraźliwe dla innych krajów”. W tym kontekście nie powinno również dziwić nagłośnienie sukcesu unii bankowej, zważywszy, że nie będą nią objęte niemieckie banki oszczędnościowe.

 

Unijny „Titanic”

Sytuacja w UE jest kuriozalna. Podczas gdy na ulicach Aten, Madrytu i Rzymu oburzeni demonstranci oskarżają Berlin o zmuszanie ich państw do bolesnych oszczędności prowokujących recesję, w Niemczech trwa wyczekiwanie na ratyfikację paktu fiskalnego. Ubocznym, mało zauważalnym efektem wprowadzonych rozwiązań jest z jednej strony uzależnienie Europy od niemieckiego procesu decyzyjnego, a z drugiej – dalsza centralizacja państwa niemieckiego kosztem autonomii 16 landów. Jak zauważa Tony Czuczka, dziennikarz z Berlina, kanclerz Angela Merkel, wymuszając na innych dyscyplinę finansową i nie godząc się na euroobligacje, jednocześnie rozumie, że w ramach Niemiec funkcjonowanie optymalnego obszaru walutowego oznacza konieczność dodatkowych transferów fiskalnych i gwarancję dla długów landów. O rozpaczliwej sytuacji mogą świadczyć dramatyczne wyznania ministra spraw zagranicznych Hiszpanii, który porównał Europę do „Titanica”, w którym jeśli Hiszpanie będą tonąć, to na równi z usadowionymi w pierwszej klasie Niemcami. Podobnie Niall Ferguson, historyk z Wielkiej Brytanii, i Nouriel Rubini, amerykański ekonomista, apelują do Niemiec o opamiętanie, postulując proste recepty na kryzys w postaci wzrostu inwestycji infrastrukturalnych w krajach peryferyjnych, w powiązaniu ze wzrostem płac u siebie w celu zwiększenia konsumpcji. W sytuacji, kiedy Niemcy są głównym beneficjentem wprowadzenia euro, uważają, że kiedy to państwo wymusza na krajach UE rezygnację z suwerenności, występuje ryzyko poważnego kryzysu, gdyż wymagania te okażą się nie do zaakceptowania przez innych. A takie działania mają charakter „neokolonialny”.
Niemcy, nie godząc się wspierać finansowo krajów dotkniętych kryzysem, bez koncesji politycznych, nawiązują do antysolidarnościowej polityki, którą stosowały w przeszłości. Zresztą dlaczego mieliby spieszyć z pomocą w sytuacji, kiedy mimo kryzysu zapotrzebowanie na niemieckie produkty powoduje wzrost gospodarczy, bezrobocie jest na rekordowo niskim poziomie od 20 lat i nadal spada, a wyjątkowo niskie koszty obsługi długu pozwalają na dodatkowe wydatki? O ile Chiny, Brazylia i inne kraje wschodzące stoją za wzrostem niemieckiego eksportu, to nawet obecnie eurostrefa jest odbiorcą ponad 40 proc. niemieckiego eksportu. Ponadto Niemcy są głównym beneficjentem obecnego kryzysu z dwóch powodów. Kryzys euro poprawia konkurencyjność sprzedawanych przez nich towarów, a ucieczka kapitałów z krajów peryferyjnych, tak bolesna dla nich, jednocześnie powoduje, że Niemcy pożyczają pieniądze na rynku kapitałowym praktycznie za darmo, gdyż rentowność dwuletnich obligacji ma poziom negatywny i za pożyczanie pieniędzy trzeba dopłacać. O ile bezrobocie młodzieży przekracza poziom 50 proc. w Grecji i Hiszpanii, a 35 proc. we Włoszech, o tyle w Niemczech od 2005 r. stale spada i wynosi poniżej 10 proc. od dwóch lat. Osłabienie euro sprawiło, że eksport niemiecki poza UE wzrósł od 2009 r. o 42 proc., osiągając ponad 420 mld euro, ale w ramach UE jest wyższy o 200 mld euro. Nadwyżka bilansu płatniczego wzrosła dynamicznie w okresie funkcjonowania euro, od 2004 r.

 

przekraczając co roku poziom 100 mld, będąc lustrzanym odbiciem deficytu, który notowały kraje peryferyjne eurostrefy. Nic dziwnego, że gdy analizujemy bilanse banku centralnego Niemiec w systemie Target2, to zauważamy, że od roku 2007 Niemcy odnotowały ponad 600-miliardową nadwyżkę euro, podczas gdy w sumie pozostałe nadwyżkowe kraje (Finlandia, Holandia i Luksemburg) miały ją na poziomie dwukrotnie niższym. Równocześnie zobowiązania krajów peryferyjnych (Włoch, Hiszpanii, Irlandii, Grecji i Portugalii) urosły do rekordowego poziomu prawie 900 mld euro. Gdyby wszystkie kraje eurostrefy chciały zastosować postulowane przez Niemcy działania polegające na ograniczeniu konsumpcji i zwiększeniu eksportu, to nie byłoby nikogo, kto mógłby kupić tę nadwyżkę. Dlatego również George Soros wprost oskarża Niemcy o kolonializm, stwierdzając, że kanclerz Angela Merkel, wymuszając na partnerach UE pakt fiskalny bez redukowania ryzyka krajów peryferyjnych, „sprawi, że Niemcy staną się centrum imperium i umieści „peryferie” w pozycji podporządkowanej na stałe”.

 

Eurobajka

Coraz trudniej jest opinii publicznej zrozumieć aktualne zachowanie Niemiec. Kanclerz skarbu Wielkiej Brytanii George Osborn wprost posunął się do sugestii, że dążenie do wywołania kryzysu euro ma na celu doprowadzenie do szoku opinii publicznej w celu uzyskania aprobaty dla działań, których w innym przypadku nie można byłoby przeprowadzić. W sytuacji ewidentnego załamania finansowego eurostrefy i jej systemu bankowego należy się zastanowić nad głębszymi przyczynami jej dysfunkcjonalności i braku adekwatnej reakcji ze strony jej głównego beneficjenta. Warto rozważyć przyczyny propagowania absurdalnych opinii, którymi zwłaszcza epatują gazety niemieckie, w tym wpływowy „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Niedawno na pierwszej stronie „FAZ”, oceniając kraje południa Europy, stwierdził, że „błędnie mylą strefę euro z rajem, w którym dobrobyt przychodzi bez ciężkiej pracy”.
Wydaje się, że łatwiej będzie można zrozumieć naszego zachodniego sąsiada, jeśli zanalizuje się wypowiedź Thomasa Steffena, sekretarza stanu w niemieckim ministerstwie finansów, na konferencji w Brukseli, którą przytoczyli na łamach „Wall Street Journal” („Germany Grapples With Role In Rescue”) Vanessa Fuhmans i Matthew Karnitschnig. Otóż w odpowiedzi na krytykę, że Niemcy są zbyt powolne, aby pomóc swoim sąsiadom, wezwał on kraje południa Europy, aby raczej wzięły swój los we własne ręce, opowiadając bajkę o pracowitej mrówce i beztroskim koniku polnym. „Pan Steffen nie powiedział jednak publiczności, jak się bajka skończyła: Kiedy nadeszła zima, głodujący konik polny błaga mrówkę o żywność. Besztając konika polnego za jego bezczynność, mrówka odwraca się plecami i czołga dalej”. Ale ta historia opowiadana w kraju peryferyjnym strefy euro ma całkiem inną narrację. W miesiącach letnich to mrówka byczyła się w ciepłym klimacie, a konik polny, ciężko pracując na życie, umilał jej czas śpiewem. Jednak kiedy nadszedł kryzys, zachwiał on dotychczasowym podziałem pracy między owadami. Hierarchicznie zorganizowane mrówki posłuchały się swojej królowej i podczas letnich wakacji odpoczywają przy śpiewie swoich bezrobotnych mrówek w mrowisku. I chociaż muzyka ta nijak się ma do jakości śpiewu konika polnego, to pozwala mrówkom łagodniej przeżyć kryzys. A konik polny musi się przekwalifikować i słuchać poleceń mrówek, jeśli chce dostać kredyt na zimę.

 

Teraz Niemcy

Na tym tle szokujące musi się wydawać, że połowa Niemców w sondażu zorganizowanym przez telewizję ZDF uznała, że wspólna waluta jest dla nich niekorzystna. Prawie 80 proc. z nich jest przeciwnych emisji euroobligacji, mimo iż – jak napisał „Wall Street Journal” – realizacja postulatów niemieckich oznacza, że „Niektóre południowe kraje europejskie czekają lata recesji i agonii, aby przywrócić ich międzynarodową konkurencyjność”.
Dzieje się tak dlatego, że o ile po II wojnie światowej Niemcy temperowały swoje polityczno-ekonomiczne zapędy, aby odbudować zaufanie partnerów, o tyle teraz uważają, że nie muszą. Jak opisuje to Ulrike Guérot z Berlina: „Próbujemy utrzymywać ową narrację działania dla Europy, ale nie można jej porównywać do motywującej siły, jaką miały wspomnienia wojny, holokaustu i zagrożenia sowiecką dominacją”. W efekcie pogłębiającego się kryzysu, zamiast spodziewanego upadku euro, możemy zatem mieć skok do przodu w kierunku znacznie głębszej integracji. Wszystko zmierza w kierunku powstania scentralizowanego molocha europejskiego pod egidą Niemiec, pod wielokrotnie eksponowanym przez kanclerz Merkel hasłem: „Więcej Europy, nie mniej Europy”, w której pozostałe kraje będą musiały po prostu „odrobić [zadaną] pracę domową”.

 

 

Autor jest absolwentem IESE, byłym prezesem Urzędu Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów i zastępcą szefa Kancelarii Sejmu, autorem programu gospodarczego PiS z 2005 roku.

drukuj