Banały i drzemki polityków?

Jednym z przejawów doskwierającego współczesnemu człowiekowi
zwątpienia w możliwości ludzkiego rozumu i elementarnie dobrej woli w życiu
społecznym jest mnożąca się w astronomicznym tempie twórczość prawna
parlamentów. Już strach wyjść z domu bez uważnego przestudiowania odpowiedniej
ustawy, np. wtedy, kiedy zmuszeni zostajemy do spotkania z przedstawicielem
służby zdrowia. Takie same lęki musi przeżywać lekarz idący wykonywać
„świadczenia zdrowotne”, jak dzisiaj ustawowo obliguje się mówić, zgodnie z
duchem i literą Kodeksu Hammurabiego odnośnie do relacji lekarz – pacjent. Także
dzisiaj trzeba się przed owymi „świadczeniami” zapoznać, między innymi z ustawą
o zawodach lekarza i lekarza dentysty oraz ustawą o prawach pacjenta i rzeczniku
praw pacjenta. Bez tych uważnych studiów zarówno pacjent, jak i lekarz mogą mieć
poważne kłopoty z wymiarem sprawiedliwości.

Najpierw jednak musimy pokonać znużenie i niechęć wobec kontynuowania
rozpoczętej lektury tych dokumentów, co pewnie zwiodło tych, którzy już tyle lat
(od 1996 roku, odnośnie do pierwszej z tych ustaw) wytrzymują bez protestów
narzucone nam łańcuchy wspólnego życia. Czyżbyśmy już byli kajdaniarzami, którym
z tego powodu już nie wadzą jakieś dodatkowe obroże, kłódki i zamki bez kluczy?
Tuż na wstępie zapoznania się „prawami” i „obowiązkami” obojga podmiotów
„świadczeń zdrowotnych” dowiadujemy się bowiem, „że pacjent ma prawo do
świadczeń zdrowotnych odpowiadających wymaganiom aktualnej wiedzy medycznej”.
Zaraz jednak gasi się wzbudzone nadzieje człowieka chorego informacją, że w
sytuacji „ograniczonych możliwości udzielania odpowiednich świadczeń
zdrowotnych” pacjent ma prawo „do przejrzystej, obiektywnej, opartej na
kryteriach medycznych procedury ustalającej kolejność dostępu do tych
świadczeń”. Przypominamy sobie w ten sposób gorzką prawdę, że trzeba cierpliwie
czekać w kolejce po „usługi zdrowotne”, nawet ad calendas graecas, bo nawet
Salomon miał ograniczone możliwości rozdzielania upragnionych przez wszystkich
dóbr. Czy jednak warto było poświęcić chociaż minutę pięknego, ale krótkiego
życia na tworzenie takich ustawowych banałów?
Lepsze epoki naszej historii
nie traciły czasu na głupstwa, jak to widać w niezwykle oszczędnych
reglamentacjach prawnych klasycznych Aten. Pozostały po nich jednak nie śmieci,
ale nieprzemijający dorobek, który rzuca na kolana kolejne pokolenia. Zamiast
jednak wstać i podjąć to dziedzictwo, zazwyczaj pozostajemy w roli widzów i
turystów niż twórczych kontynuatorów tej tradycji, żniwiarzy kulturowego
zasiewu. Mnożymy zatem nie tylko architektoniczny, literacki i filozoficzny
koszmar, ale także banały prawne.
Zapisując prawem rzeczy banalne, nie tylko
wyrażamy nasze znużenie rzeczywistością, czyli koniec końców własną płyciznę,
ale tym szumem lejącej się wody zagłusza się już niewątpliwe zbrodnie. Z tego
pewnie powodu świat polskiej medycyny tak długo wytrzymuje z ustawą o zawodzie
lekarza. Jesteśmy zdziwieni tą drzemką, kiedy tylko przypomnimy sobie
Hipokratesa i jego szkołę – z nakazem posłuszeństwa własnemu sumieniu,
niezależnie od jakichkolwiek zewnętrznych nacisków i własnej korzyści. Wszystko
to zapisano w nieśmiertelnej przysiędze Hipokratesa. Dzisiejsze kodeksy medyczne
nie dorastają do tego poziomu, co widać chociażby w postulowanym w przywołanych
polskich dokumentach absolutnym zakazie zachowania tajemnicy zawodowej przez
lekarzy. Zapis ten pełni funkcję tylko dekoracyjną, bo tuż po jego sformułowaniu
zwalnia się lekarza z jego zachowania, jeśli tego zażyczy sobie jakieś
ustanowione „prawo”. Czyżby świat polskiej medycyny już się do tej „usługowości”
każdorazowej władzy przyzwyczaił? Typowym przecież obrazkiem z korytarzy
szpitalnych, miejsc słyszalnych dla wszystkich przechodzących, jest widok
przybyłych chorych, którzy głośno udzielają informacji na temat intymnych
szczegółów swoich okołozdrowotnych spraw.
Ale nie tylko obowiązku zachowania
tajemnicy lekarskiej nie traktuje się dzisiaj dostatecznie poważnie. W ustawie o
zawodzie lekarza (art. 39) usypiająco gwarantuje się lekarzom prawo do tzw.
klauzuli sumienia, czyli prawo do działania w pracy zgodnie z własnym sumieniem.
Tu zaraz istotnie jednak ogranicza czy wręcz znosi się owo prawo i obowiązek
(ślubowany przez starożytnych greckich lekarzy składających przysięgę
Hipokratesa) żądając, aby lekarz „wskazał realną możliwość” uzyskania żądanych
przez klienta „świadczeń zdrowotnych (…) u innego lekarza lub w innym
zakładzie opieki zdrowotnej”. Tego jakoby wysokiego poziomu moralnego nie mogli
osiągnąć lekarze w III Rzeszy, którym już nie zagwarantowano „prawa” do
przekazania ściganych Żydów innym esesmanom, już gotowym wypełniać zobowiązania
o chronieniu supremacji aryjskiej rasy, ale musieli własnoręcznie wypełniać
nakazy rasistowskiego „prawa”. Nasi lekarze muszą tylko poszukać kata gotowego
wypełniać zlecone wyroki.
Jeszcze przed wakacjami – w 2008 roku – pewien
poseł indagowany przez „Nasz Dziennik” zapewniał, że zaraz po wakacjach wreszcie
zaskarży ustawę o zawodzie lekarza do Trybunału Konstytucyjnego za jej
niezgodność z wyrażoną w polskiej Konstytucji gwarancją respektowania sumień
obywateli, a zatem także sumień lekarzy. Jakoś jednak nie mogę się doczekać
realizacji tej obietnicy. Czyżbyśmy w tym czasie zasnęli ze znużenia?

Marek Czachorowski

drukuj