Arogancja Obamy

Użycie przez prezydenta Baracka Obamę określenia „polskie obozy koncentracyjne” podczas ceremonii uhonorowania bohatera ruchu oporu Jana Karskiego było symptomem niekompetencji obecnej amerykańskiej administracji w układaniu relacji zagranicznych, zwłaszcza z Polską oraz krajami Europy Środkowej i Wschodniej. Ale jest to również przejaw szerszego problemu dotykającego nie tylko obecnej grupy liberalnych przywódców, ale zasadniczo globalnych elit, które popierają ideę wielokulturowości.

Wyalienowany prezydent
O ironio – ten obraźliwy dla Polaków błąd popełnił człowiek uważany za „najbardziej inteligentnego” w amerykańskiej historii. Amerykańskie media, które nadal wspierają Obamę, podobnie jak wielu wykładowców akademickich, aktorów i artystów, wierzą w nadzwyczajną inteligencję prezydenta i jego administracji, niemal tak jak w prawdy objawione. Wpadka prezydenta na razie nie nadszarpnęła tej wiary. Nawet jeśli administracja USA wystosuje formalne przeprosiny, zwolennicy Obamy znajdą sposób, by usprawiedliwić jego wpadkę, albo zrzucą winę na jakiegoś pracownika administracji niższego szczebla. Ten typ arogancji nie jest niczym nowym dla obecnego prezydenta, który obraża sojuszników Ameryki na całym świecie. Podczas oficjalnej wizyty państwowej Obama dał królowej brytyjskiej Elżbiecie II nagrania swoich przemówień do odsłuchiwania na iPadzie, tak jakby królowa nie miała nic lepszego do roboty, niż słuchać jego wielogodzinnej pustej retoryki.
Nie jest tajemnicą, że Obama i jego współpracownicy starają się propagować kult jego osoby, który jest całkowicie obcy amerykańskiej kulturze politycznej. Ten kult jest również przejawem funkcjonowania idei wielokulturowości, którą popiera Obama i jego administracja. Zwolennicy wielokulturowości tacy jak on są głęboko wyalienowani z ojczystej historii i kultury. Cała życiowa i polityczna droga Obamy jest – jak ją sam opisał – historią outsidera. Postrzega on historię i kulturę jak jego kenijski ojciec i amerykańska matka, z perspektywy swojego miejsca urodzenia – Hawajów, albo Indonezji, gdzie się wychowywał. Dla głosujących na niego w 2008 r. Obama jest uniwersalną postacią, której można przypisać ich własne pragnienia i oczekiwania. Był jak niezapisana strona. Właściwie do dziś jest takim człowiekiem znikąd, całkowitym „kosmopolitą bez korzeni”: chłodnym, „słodkim”, ale oderwanym od rzeczywistości.

Nietolerancyjne multi-kulti
Użycie przez Obamę określenia „polskie obozy śmierci” jest bardzo bolesne dla Polaków i Amerykanów polskiego pochodzenia. Ten ból wynika z realnych historycznych doświadczeń. Cierpienia spowodowane przez niemiecki i komunistyczny terror tak bardzo dotknęły Polaków, że ich skutki odczuwane są do dzisiaj. Dla Obamy i jego współpracowników wyznających idee wielokulturowości te doświadczenia są całkowicie niezrozumiałe. W najlepszym wypadku może je odebrać jako coś osobliwego, a w najgorszym – jako niebezpieczną obsesję z powodu wydarzeń, które oni uznają za zupełnie bez znaczenia. Nie utożsamiając się z żadną historią ani kulturą, nie są w stanie zrozumieć historii i kultury innych.
Zwolennicy wielokulturowości jak Obama wierzą w „tolerancję” dla innych kultur, która w najlepszym wypadku prowadzi do relatywizmu albo redukowania realnych różnic między kulturami i narodami do nieznaczących (w praktyce wszyscy oni traktują zachodnią, europejską i judeochrześcijańską kulturę jak podrzędne pozostałości opisywanego jedynie przez historię ucisku). Wpadka Obamy pokazuje, że taka tolerancja „hoduje” ignorancję.
Wielokulturowość toleruje biernie innych, ale nie rozumie ich. Nieważne, jak teraz administracja Obamy odpowie publicznie na oburzenie Polaków z powodu jego określenia „polski obóz śmierci”, prywatnie będzie traktować polską reakcję z pogardą, zarezerwowaną dla zapatrzonych w przeszłość podrzędnych ludów.
Polacy oraz mieszkańcy innych państw Europy Środkowo-Wschodniej mogą się teraz przekonać, jak mało obecna administracja USA dba o nich i nie traktuje jako partnerów. Zamiast tego wolą podążać za iluzją, że mogą załatwiać interesy z takimi dyktatorami jak Władimir Putin. Polityka zagraniczna Obamy jest oparta na przekonaniu, że Ameryka musi odwrócić się od własnej historii i wartości kulturowych. Złe relacje USA z innymi krajami w przeszłości, ich zdaniem, mogły być spowodowane jedynie utrzymywaniem niewłaściwych związków albo błędami historii, które oni chcieliby jak najszybciej zakopać. Ich zdaniem, jeśli Ameryka uwolni się od bagażu przeszłości, może wykonać „reset” w relacjach z Rosją, Chinami, Iranem czy też innymi dyktaturami i sprawić, że staną się taką samą niezapisaną kartą jak sam Obama.
Ale w realnym świecie nie można tak łatwo zatrzeć różnic między narodami i kulturami. Podstawowe interesy i wywołujące konflikty wartości kulturowe sprawiają, że nigdy nie jest możliwe ustanowienie ciągłych przyjaznych relacji ze wszystkimi. Wyobrażanie sobie, że może być inaczej, może prowadzić do międzynarodowego kryzysu.

tłum. Mariusz Bober

 

***

Obama ubolewa

 

Nie było oficjalnego wystąpienia amerykańskiego prezydenta ani wspólnej deklaracji Polski i Stanów Zjednoczonych przeciw używaniu terminu „polskie obozy śmierci”


Prezydent Barack Obama po fatalnej gafie, jaką popełnił podczas wręczania pośmiertnego Medalu Wolności Janowi Karskiemu, napisał w odpowiedzi na list prezydenta Bronisława Komorowskiego, że „ubolewa” z powodu popełnionego błędu i zgadza się, że „ten moment stanowi okazję do zapewnienia, by to i przyszłe pokolenia znały prawdę”. Padło też zdanie: „Nie było polskich obozów śmierci”. W opinii prezydenta Bronisława Komorowskiego i jego współpracowników, odpowiedź, jaka nadeszła z Waszyngtonu, to sukces polskich władz. – Dobrze, że Barack Obama wycofuje się jednoznacznie ze swoich słów. Jednak trudno uznać za sukces Polski, że wymusiliśmy wyprostowanie krzywdzących opinii i słów – ocenia poseł Krzysztof Szczerski (PiS). Przypomina, że laudacja wygłoszona w Waszyngtonie była formalnym wystąpieniem prezydenta, w którym jego współpracownicy dopuścili się użycia tego rodzaju określenia. – Trudno mówić tutaj o sukcesie, bo to nie kończy sprawy – podkreśla były wiceszef MSZ. Jak dodaje, oczekiwałby również ze strony MSZ i prezydenta Komorowskiego stanowczego stanowiska na temat fałszywych ocen dotyczących II wojny światowej, jakie pojawiają się w Rosji. – Łatwo napinać mięśnie wobec sojusznika, ale kłamstwo katyńskie jest także powielane na terenie Rosji. Tutaj również prezydent powinien w końcu zareagować, by na kłamstwo katyńskie reagować z równą mocą jak na kłamstwo oświęcimskie – podkreśla.
W środę amerykański prezydent, mówiąc o bohaterskim kurierze polskiego podziemia Janie Karskim, który w czasie II wojny światowej bezskutecznie alarmował Zachód o zagładzie Żydów, powiedział, że „został przeszmuglowany do getta warszawskiego i polskiego obozu śmierci”. Oczywiście chodziło o niemiecki obóz przejściowy w Izbicy, gdzie Karski się przedostał, żeby na własne oczy zobaczyć, jak traktowani są przetrzymywani tam Żydzi. W liście nadesłanym wczoraj do Warszawy Obama zaznaczył, że Polacy bardzo cierpieli w czasie II wojny światowej, podczas „brutalnej okupacji nazistowskiej”. Obama chętniej posługuje się określeniem „naziści”, jedynie raz tłumacząc, że chodzi o Niemców okupujących Polskę i prowadzących politykę eksterminacji ludności polskiej, w tym polskich Żydów. Z listu prezydenta Stanów Zjednoczonych wynika więc, że to „naziści” wymordowali 6 mln polskich obywateli, w tym 3 mln polskich Żydów podczas holokaustu, a także że to „naziści” chcieli dokonać eksterminacji polskiego Narodu i zniszczenia polskiej kultury. Amerykański prezydent docenił podziemny opór jako przejaw wielkiego heroizmu i odwagi w dziejach świata. Bronisław Komorowski, komentując odpowiedź Obamy, ocenił, że będzie ona ważnym elementem w walce o prawdę historyczną. – Poprzez list Polska zyskała ważnego sojusznika w walce z niesprawiedliwymi określeniami – zapewnił prezydent. Komorowski powiedział, że z satysfakcją przyjmuje bardzo szybką reakcję Obamy na jego list. I zaznaczył, że nie wierzy, iż Obama, mówiąc o „polskich obozach śmierci” podczas pośmiertnego uhonorowania Jana Karskiego Medalem Wolności, miał złe intencje.
– To, co się wydarzyło w ostatnich dniach, oraz odpowiedź prezydenta Stanów Zjednoczonych, może okazać się, w moim przekonaniu, bardzo ważnym momentem w walce o prawdę historyczną – powiedział Komorowski podczas konferencji prasowej. Wyraził przekonanie, że władze i instytucje państwa polskiego, ze szczególnym wskazaniem na resort spraw zagranicznych, potrafią odpowiednio wykorzystać deklarację prezydenta Stanów Zjednoczonych w dalszej, skutecznej walce o wykorzenienie mylących, bolesnych i nieprawdziwych określeń funkcjonujących w języku publicznym poza Polską.
Co ciekawe, marszałek Sejmu Ewa Kopacz przyznała, że jest trochę zaskoczona wyborem przez prezydenta USA formy przeprosin. – Milionom Polaków żyjących w Polsce i nie tylko w Polsce nie zaszkodziłoby, jeśliby Obama do swojego błędu odniósł się publicznie – mówiła Kopacz. W jej opinii, byłoby stosowniejsze i nie byłoby to żadną ujmą, gdyby słowa, których prezydent USA użył w liście, padły z jego ust. – Wielcy politycy, polscy politycy potrafili się przyznać do błędu, przepraszać – tłumaczyła. Zdaniem Szczerskiego, formuła przyjęta przez Obamę to efekt działań polskiego prezydenta. – Prezydent Komorowski przyjął formę listu. Polska nie domagała się odpowiedzi w formie wystąpienia publicznego i Obama z tego skorzystał – powiedział Szczerski.

Maciej Walaszczyk

drukuj