Ani Boga, ani szatana?
Dobro nie tylko należy czynić, ale wymaga ono także obrony. Nie wystarczy
zatem zgłosić swoje poparcie dla obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej
zmierzającej do całkowitej delegalizacji zabijania nienarodzonych. Trzeba jej
dzisiaj bronić, również intelektualnie. Odezwały się bowiem wpływowe głosy
przeciwników tego rozwiązania prawnego, i to także z obrębu wspólnoty
katolickiej. Na łamach "Tygodnika Powszechnego" pani redaktor Józefa Hennelowa
zarzuca zwolennikom nowej ustawy – eliminującej trzy istniejące "wyjątki" w
prawnej ochronie nienarodzonych – postulowanie przemocy wobec ciężarnych kobiet
przy pomocy środków prawnych, a zatem stosowanie metod totalitarnych:
"Bezwzględny nakaz "ratowania" [życia nienarodzonych – przyp. M.Cz.] oznacza
przede wszystkim żądanie adresowane do rodziców, a dokładniej: do matki.
Faktycznie brzmi ono: "musisz". Ty, nie ja, ja tylko "ratuję", bo żądam i chcę
kary za odrzucenie mojego żądania".
Na ten poważny zarzut należy odpowiedzieć, zwłaszcza jeśli się jest w gronie
owych 600 tysięcy inicjatorów obywatelskiego projektu ustawy. Zbycie milczeniem
tego zarzutu posługiwania się przemocą byłoby przyznaniem się do winy. Polscy
katoliccy intelektualiści, którzy jeszcze nie zareagowali – mając możliwość
działania – albo zatem nie czytają "TP", albo też zajęli modną dzisiaj postawę
określoną na Jasnej Górze przez ks. abp. Mieczysława Mokrzyckiego jako "nie chcę
słyszeć". Jeśli zatem redaktor Józefa Hennelowa nie ma racji, to automatycznie
jeszcze nie jesteśmy bohaterami moralności…
W diagnozie propozycji nowej ustawy antyaborcyjnej, postawionej przez redaktor "TP",
najpierw razi wyłączenie z obrębu głównego zainteresowania osobą nienarodzonego
dziecka i zamachu na jego życie. Zaś sytuacje owych trzech wyjątków
dopuszczających aborcję traktuje się jako heroiczne zmaganie kobiety jakoby
tylko z sobą samą, z jakimś problemem tylko jej samej dotyczącym ("Każdy jednak
problem wynikający z potrzeby ochrony przed tym zamachem musi uwzględnić fakt,
że nie jest to zamach czynników zewnętrznych, uruchomionych przez osoby trzecie
(…), lecz decyzja wynikająca z "nie" samej matki dziecka, powiedzianego jej
własnemu macierzyństwu"). Tutaj zdaje się leżeć ciężar argumentacji red.
Hennelowej, chociaż domniemywa ona także możliwość jakichś niecnych intencji w
głosie owych 600 tysięcy sygnatariuszy obywatelskiego projektu lub jego
inicjatorów. Pozostawić jednak na uboczu należy te domysły i podejrzenia,
ponieważ cudze intencje są zawsze niedostępne z zewnątrz. Obiektywnym i
najważniejszym elementem opisywanej sytuacji jest fakt, że rozważany przez panią
Hennelową przypadek aborcji eugenicznej zawsze dotyczy nie jednej, ale dwóch
osób. Każdą z nich prawodawca powinien chronić, a zatem nie zezwalać na tylko
instrumentalne traktowanie. Cóż to za władza w państwie, która chroni tylko
niektórych, a nie chroni wszystkich? Cóż to za sprawiedliwa władza, która
najpierw nie chroni najsłabszych? Nic zatem dziwnego, że już w 1993 r., w czasie
tworzenia ustawy aborcyjnej, z argumentacją ówczesnej posłanki Hennelowej
polemizował śp. ks. prof. Tadeusz Styczeń. Głośny był wtedy nie tylko sposób jej
głosowania w Sejmie (wprost poparła wprowadzenie tzw. wyjątków w prawnej
ochronie życia nienarodzonych; ta decyzja nie jest tym samym, co ostateczne
poparcie całej "kulawej" ustawy, ale oznacza znalezienie się "w narożniku" za
przyczyną nacisku proaborcyjnych posłów), ale także obrona tego rozwiązania, z
powołaniem się na wypowiedź ks. Prymasa Józefa Glempa. Do dzisiaj zresztą red.
Hennelowa twierdzi, że Prymas, określając ustawę z 1993 roku jako "krok we
właściwym kierunku", miał na myśli udzielone przez posłankę poparcie dla aborcji
w trzech sytuacjach (proszę sprawdzić w dokumentach sejmowych). W tekście
zamieszczonym w "Niedzieli" w 1993 roku ks. prof. Styczeń – zawodowo zajmujący
się etyką – wyjaśnił, jak należy interpretować wypowiedź ks. Prymasa, twierdząc
zatem, że "pani Hennelowa stosuje wyraźnie selektywną, wybiórczą wykładnię Jego
wypowiedzi, wypaczając ją w duchu utylitaryzmu sankcjonującego stosowanie
niemoralnych środków dla dobrych celów". Obowiązek identyfikacji owego
wypaczenia ma zaś wynikać "zarówno z respektu dla etyki i jej elementarnych
wymagań (…), jak i z respektu dla (…) dezinformowanych tą konfuzją
katolickich adresatów wypowiedzi Pani Posłanki. Nie wolno dopuścić do tego, by
im na poczet rzekomej katolickości etyki zabierał ktoś (…) samą etyczność
etyki, czyli po prostu etykę". Sposób uprawiania zaś polityki przez posłankę
określił jako "amoralny makiawelizm polityczny".
Dzisiaj ks. prof. Styczeń już nie jest w stanie stawić się na polskim placu boju
o demokrację, ale pewnie oczekuje, iż tysiące jego uczniów, słuchających jego
wykładów z etyki w KUL, podniesie jego miecz i będzie dalej bronić demokracji
przeciwko "makiawelizmowi politycznemu". Miarą demokracji – przypomniał ks.
prof. Styczeń w swoim słynnym powiedzeniu, jednak krytykowanym przez ks. Józefa
Tischnera – jest bowiem nienarodzony czy też stosunek do nienarodzonych. Brak
jego prawnej ochrony oznacza właściwie totalitarne wypaczenie demokracji. Dziwią
zatem ostatnie ataki na o. Tadeusza Rydzyka ze strony między innymi jednego z
felietonistów "Uważam Rze", którego zdaniem oczywistym znakiem tego, że
współczesna Polska nie jest państwem totalitarnym, jest pozostawienie na
wolności słynnego redemptorysty. W państwie totalitarnym jakoby znalazłby się w
więzieniu. Tymczasem nie to jest kryterium rozpoznawczym państwa totalitarnego.
Możliwe jest ono bez więzień, łagrów i sądowych mordów, jak to widzimy w "Nowym
wspaniałym świecie", prezentującym ulepszoną wersję totalitaryzmu wobec starej
jego odmiany posługującej się siłą. Dzisiaj też niektórym wcale nie potrzeba
policyjnej pały, aby czujnie kontrolowali swoje wypowiedzi wedle panujących
wytycznych i woli rozdawców rozmaitych grantów. Z jakich innych powodów nawet w
obrębie katolickiej wspólnoty panuje dzisiaj wymowne milczenie wobec głośnego
usprawiedliwiania oczywistej zbrodni i zboczeń? Obyśmy zatem nie znaleźli się po
śmierci w tym miejscu wieczności – jak to opisał Dante w "Boskiej komedii"
(dziękuję pewnemu kaznodziei za ten cytat) – które przeznaczone zostało dla
tych, do których nie tylko Bóg, ale także szatan nie zechce się przyznać.
Marek Czachorowski
