Ziemia jest, ale na sprzedaż

Decyzja władz Wilna o ratowaniu budżetu poprzez sprzedaż wolnych
działek w mieście może oznaczać, że pogrzebane zostają nadzieje naszych rodaków
na odzyskanie ziemi bezprawnie im zagrabionej w czasach Związku
Sowieckiego.

W ubiegłym tygodniu władze w Wilnie jasno dały Polakom do zrozumienia, że
kwestia restytucji mienia nie zostanie dla nich pozytywnie rozstrzygnięta.
Tonący w długach samorząd miasta Wilna zamierza bowiem łatać dziurę w budżecie,
sprzedając wolne działki, które już dawno temu powinny zostać oddane naszym
rodakom – informuje „Kurier Wileński”. Polacy mieszkający na Litwie, którzy od
20 lat bezskutecznie walczą o zwrot swoich ziem, nie kryją oburzenia.
W
ubiegłym tygodniu wileński magistrat poinformował, że zamierza sprzedać łącznie
do 220 ha ziemi o wartości rynkowej ok. 320 mln litów (ok. 376 mln zł). Dzięki
uzyskanym ze sprzedaży pieniądzom zamierza łatać olbrzymią dziurę budżetową, do
której sam doprowadził poprzez nieumiejętne gospodarowanie i dopuszczanie się
licznych nadużyć. Oblicza się, że na chwilę obecną zadłużenie miasta wynosi już
ponad 700 mln litów (ok. 812 mln zł). Jeśli więc plan pójdzie po myśli władz
miasta, ich samorząd wzbogaci się o 50 proc. wartości od sprzedanej ziemi.
Drugie 50 proc. zasili bowiem budżet państwa. Samorząd miasta Wilna wstępnie
oblicza, że dzięki sprzedaży jeszcze w tym roku może zarobić ok. 40 mln litów.
Tymczasem ponad 6 tys. Polaków, którzy od niemal 20 lat zabiegają o zwrot swojej
ojcowizny zabranej im przez władze sowieckie, załamują ręce. Decyzja władz
miasta Wilna może bowiem definitywnie przekreślać ich nadzieje na odzyskanie
ziem rodowych. Nasi rodacy mieszkający na Litwie stracili już wszelką nadzieję
na jakiekolwiek – nawet symboliczne – rekompensaty pieniężne.
Do tej pory
swoją własność odzyskało zaledwie nieco ponad 13 proc. z 6 tys. byłych
właścicieli ziem w Wilnie. Oznacza to, że Wilno jest na szarym końcu wypełniania
procesu reprywatyzacji, gdyż pozostałe rejony albo go kończą, albo go już kilka
lat temu zakończyły.
Czekający na zwrot mienia właściciele podkreślają, że
zapowiedź władz o zamiarze wystawienia ziem na sprzedaż najlepiej pokazuje, iż
ziemie te są i wystarczy podzielić je na działki na rekompensatę dla byłych
właścicieli. Tam zaś, gdzie nie byłoby to możliwe – np. z przyczyn
topograficznych, ziemia ta mogłaby faktycznie być sprzedawana, przy czym
przynajmniej część pieniędzy ze sprzedaży powinna trafiać na rekompensaty
pieniężne dla byłych właścicieli nieruchomości, gdyż to o ich interesy
należałoby wreszcie zadbać w pierwszej kolejności. Podobnego zdania jest polski
poseł do Sejmu Republiki Litewskiej Leonard Talmont. – Dopóki ziemia nie jest
zwrócona jej prawowitym właścicielom, dopóty nie może być mowy o jej sprzedaży.
Jeżeli bowiem w taki sposób sprzedaje się ziemię, to trzeba nazwać to po imieniu
„kradzieżą w białych rękawiczkach” – podkreśla poseł w rozmowie z „Naszym
Dziennikiem”. – Niegospodarności władz nie można łatać kosztem prawowitych
właścicieli tych ziem. Tak nie może być – zauważa poseł Talmont. – To
niesłychane, że władze miasta, nie doprowadziwszy do końca reformy zwrotu ziem,
już planują jej sprzedaż. Ziemia może być sprzedawana dopiero wówczas, gdy
wpierw wszystko zostanie zwrócone właścicielom – dodaje nasz rozmówca. Tymczasem
jak podkreśla w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” prezes Związku Polaków na Litwie
Grzegorz Sakson, samorząd mógłby tworzyć na wolnej ziemi parcele na rekompensaty
dla byłych właścicieli, jednak w tym przypadku najczęściej zwycięża interes
finansowy miasta.
Tymczasem na pomyśle władz zarobią przede wszystkim
właściciele ziem, do których przylegają wolne działki przeznaczone na sprzedaż,
gdyż będą mogli dokupić przylegające do nich parcele. Warunek jest jeden:
działki wystawione na sprzedaż nie mogą przekraczać 6 arów. Ale jak pokazuje
historia, i to nie jest problemem dla „przedsiębiorczych” Litwinów, którzy
wiedzą, co, gdzie i jak załatwiać… Jak informuje „Kurier Wileński”,
korzystając z możliwości dokupienia ziemi, niektórzy właściciele posiadłości
mogą nawet podwoić swoją posiadłość, przy czym w wielu takich przypadkach
dochodzi do nieprawidłowości. Schemat takiego działania jest prosty, pod
warunkiem, że obok posesji kupującego jest większy obszar wolnej ziemi. W takim
przypadku właściciel dokupuje najpierw działkę dopuszczalnej wielkości 6 arów, a
po zakończeniu transakcji powtarza proces „dokupienia” kolejnych kilku arów.
Faktycznie nie powinno do tego dochodzić, ale urzędnicy miejscy kontrolujący ten
proces często przymykają na to oko – podkreśla gazeta.

Marta Ziarnik

drukuj