Zdefiniować Rosję
Najsłynniejszy polski, a bodajże europejski znawca Rosji, następująco
charakteryzował samych Rosjan: "Dusza Rosjanina, jeśli nie każdego, to prawie
każdego jest przeżarta bakcylem nienawiści i niepokoju w stosunku do każdego
wolnego Polaka i do idei wolnej Polski. Oni są łatwi i zdolni do uczucia
wielkiej nawet przyjaźni i będą was kochać szczerze i serdecznie, jak rodzonego
brata, do chwili, nim nie poczują, że w sercu swoim jesteście wolnym człowiekiem
i boicie się ich miłości, w której dominującym pierwiastkiem jest żądza opieki
nad wami, inaczej mówiąc – władzy". Autorem tej ponadczasowej definicji był nie
kto inny tylko Józef Piłsudski – ojciec polskiej wolności, wielki wódz, mąż
stanu, ale także wybitny intelektualista i pisarz polityczny. Ta charakterystyka
jest aktualna również obecnie, kiedy stosunki na linii Warszawa – Moskwa weszły
w nową fazę.
Pojednanie oraz ocieplenie stosunków z Moskwą było priorytetem polityki
zagranicznej gabinetu Tuska na długo przed 10 kwietnia 2010 roku. Najpierw
wizyta szefa polskiego rządu w Moskwie, potem słynna pogawędka z premierem Rosji
na molo w Sopocie, wreszcie uroczystości z udziałem Putina w Katyniu oraz gesty
i słowa rzekomego szczerego współczucia, które usłyszeliśmy po katastrofie
Tu-154 – wszystkie te wydarzenia mogły świadczyć o nowym etapie w relacjach
odwiecznych wrogów. Jednak różnica między postawą Warszawy a Moskwy była
zasadnicza: o ile Rosjanie, z precyzją godną szachowego arcymistrza, "zagrali"
Polską w ramach geostrategicznego projektu zbliżenia z Unią Europejską, o tyle
premier Tusk, a także nowy prezydent Komorowski sprawiali niekiedy wrażenie
ludzi odurzonych ideą pojednania. Nagle rurociąg Nord Stream przestał być
problemem, nagle usłyszeliśmy, że łupkowe "kopalnie" mogą na nas sprowadzić
katastrofę ekologiczną, dowiedzieliśmy się także, że uzależnienie od dostaw gazu
ze Wschodu potrwa kolejnych 30 lat. Prezydent Komorowski dał pretekst mediom, by
pisały o końcu sojuszu Polski i Gruzji, a rząd z opóźnieniem reagował na
zaniedbania Moskwy w sprawie śledztwa smoleńskiego. Wszyscy zaczęli chodzić
wokół rosyjskiego niedźwiedzia na paluszkach.
I oto niedźwiedź ostrzegawczo zamruczał, na razie tylko zamruczał, a nie
zaryczał. Ambasador rosyjski w Warszawie Aleksandr Aleksiejew nawiązał do
najgorszych tradycji ambasady sowieckiej z czasów PRL. To tutaj właśnie przy
warszawskiej ulicy Belwederskiej rezydowali wielkorządcy przysłani z Moskwy.
Bowiem ambasadorzy Związku Sowieckiego nie byli zwyczajnymi dyplomatami, ale
właśnie wielkorządcami Polski. "Wizyta prezydenta Dmitrija Miedwiediewa w Polsce
nie jest jeszcze potwierdzona, a decyzja Sądu Okręgowego w Warszawie w sprawie
Ahmeda Zakajewa jest zasmucająca" – komentował w sobotę rosyjski ambasador w
Polsce Aleksandr Aleksiejew. Mimo że równocześnie ambasador Rosji zapowiada, iż
kwestia czeczeńskiego polityka nie obciąży stosunków polsko-rosyjskich, to
trudno nie odnieść wrażenia, że właśnie teraz są one testowane i być może
ponownie będą schładzane.
Trudno przypuszczać, aby zupełnie niedawno przybyły rosyjski dyplomata mógł
samodzielnie, bez instrukcji z Kremla, straszyć Polaków metodą kija i marchewki:
jeżeli będziecie ulegli, grzeczni i pokorni, to nasz prezydent będzie raczył
zaszczycić was wizytą. Ale jeżeli nie, to Jewo Wielicziestwo, nasz car XXI
wieku, zbuntowanej Warszawy nie odwiedzi. Zdaje się taka właśnie była logika
skandalicznej wypowiedzi dla polskich mediów ambasadora Aleksiejewa.
W tradycji rosyjskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej od czasów carskich i
sowieckich istnieje pojęcie "maskirowka". To idiom, który nie da się
przetłumaczyć dosłownie. Maskirowka to m.in. zacieranie śladów, udawanie innych
planów, niż są one naprawdę, stosowanie polityki drugiego i trzeciego dna,
kłamstwo, podstęp, prowokacja. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że właśnie te
metody stosuje Kreml także wobec Polski na obecnym etapie rzekomego pojednania i
ocieplenia. Istotą tej polityki jest próba odebrania Polsce suwerenności
przynajmniej w ograniczonym stopniu, a także izolacja i neutralizacja Polski na
arenie międzynarodowej, w UE, w NATO. Sprawa śledztwa po katastrofie z 10
kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem ukazuje już nie złą, ale najgorszą wolę Rosjan.
Przecież nadal nie chcą nam udostępnić podstawowych (!) danych na temat
okoliczności katastrofy samolotu, w którym zginął prezydent i elita
Rzeczypospolitej. Wrak samolotu nadal leży w Smoleńsku, chociaż stanowi własność
państwa polskiego. Rosjanie nie tylko nie chcą go zwrócić, ale szczątki samolotu
niszczeją na deszczach i słońcu, tak aby później nie można było odnaleźć
ewentualnych śladów prowadzących do przyczyn katastrofy. Rosjanie nie chcą się
nawet zgodzić na przykrycie wraku brezentem lub zwyczajną folią. To tak wygląda
pojednanie?!
W 1934 roku składał oficjalną wizytę w Moskwie minister spraw zagranicznych RP
Józef Beck. Była to pierwsza w historii oficjalna wizyta szefa polskiej
dyplomacji w Rosji. Z tej okazji minister Beck brał udział w licznych
bankietach, a w słynnym moskiewskim Teatrze Wielkim odbyła się gala operowa z
udziałem pięciu tysięcy widzów. Kiedy orkiestra zagrała "Mazurka Dąbrowskiego",
publiczność zaczęła tak klaskać, że polski hymn był bisowany, i to nawet
trzykrotnie! Pięć lat później Rosja sowiecka brutalnie na Polskę napadła.
Józef Szaniawski
