Czas na „ostateczną normalizację”

Rosja cały czas traktuje relacje z Polską w kategoriach sparingu.
Nieustannie musimy zabiegać w Moskwie o korzystne dla siebie decyzje lub
odpierać rosyjskie naciski. Presja narasta, co pokazało zatrzymanie Ahmeda
Zakajewa.

Minął zaledwie rok od słynnego spaceru Donalda Tuska i Władimira Putina po
sopockim molo oraz upłynęło pięć miesięcy od tragicznej katastrofy lotniczej pod
Katyniem, a ministrowie spraw zagranicznych Polski i Rosji w czasie ostatnich
rozmów w Warszawie opowiedzieli się za "ostateczną normalizacją" i ożywieniem
relacji obu państw. Na czym może polegać "ostateczna normalizacja", trzy
tygodnie później przekonał się Ahmed Zakajew, premier rządu czeczeńskiego na
uchodźstwie. 17 września, a więc w rocznicę agresji sowieckiej na Polskę,
policja zatrzymała czeczeńskiego polityka w związku z międzynarodowym listem
gończym wystawionym przez Federację Rosyjską. To prawdziwy chichot historii, że
w tym samym czasie, gdy prokuratura przesłuchiwała bojownika o wolność
Czeczenii, prezydent Bronisław Komorowski wręczał odznaczenia państwowe
obywatelom innych państw zasłużonym dla wolności Polski.

Kontrolowana konfrontacja

Po kilkugodzinnym przesłuchaniu prokuratura skierowała do sądu wniosek o
nałożenie na Zakajewa czterdziestodniowego aresztu. Sąd oddalił to żądanie,
powołując się na status uchodźcy zatrzymanego. "Faktem niekwestionowanym jest
udzielenie Zakajewowi statusu uchodźcy przez Wielką Brytanię" – uzasadnił swoją
decyzję sędzia Piotr Schab. Jednocześnie dodał, iż "niepodważalne jest, że
decyzja władz jednego z państw członkowskich skutkuje w tej mierze
odpowiedzialnością całej Unii Europejskiej". Unia Europejska, w tym i Polska, ma
prowadzić wspólną politykę wobec azylantów i status uchodźcy przyznany w jednym
kraju członkowskim powinien być respektowany w innym. W jakim więc celu
zatrzymywano Zakajewa, skoro "niekwestionowany fakt" przyznania statusu uchodźcy
stwierdzono na podstawie przedstawionych sądowi dokumentów? Przecież te same
dokumenty sprawdzał zapewne polski konsulat, wydając Zakajewowi wizę. Tym
bardziej że w grudniu 2007 roku rząd uznał Zakajewa za osobę prywatną, a
oburzenie ówczesnego rzecznika prasowego rosyjskiego MSZ Michaiła Kamynina
publicznymi wystąpieniami czeczeńskiego lidera potraktowano w Polsce jako
nieporozumienie.
Tuż przed zatrzymaniem Zakajewa premier Donald Tusk zadeklarował, że "będziemy
podejmowali decyzje zgodnie z naszym wyczuciem polskiego interesu, przyzwoitości
i sprawiedliwości, a nie spełniali oczekiwania kogokolwiek". Potwierdził swoje
stanowisko, gdy trwało już przesłuchanie, mówiąc w Brukseli, że "strona rosyjska
nie może liczyć na decyzje polskie, które by ją satysfakcjonowały". Dla kogo
więc było przeznaczone całodniowe przedstawienie z udziałem policji, prokuratury
i sądu, nie mówiąc już o mediach, ekspertach i politykach, jeśli jego rezultat
był z góry przesądzony? Czyżby rzeczywiście chodziło o umiejętne przeprowadzenie
kontrolowanej konfrontacji z Rosją – jak uważa Aleksander Smolar – tak aby nie
zadrażniać stosunków z Rosją, ale jednocześnie bronić wolności emigrantów
politycznych? To, co z punktu widzenia Warszawy mogło wydawać się kontrolowaną
konfrontacją, z punktu widzenia Moskwy było elementem ciągłego sparingu. Polska
nieustannie musi zabiegać w Moskwie o korzystne dla siebie decyzje lub odpierać
rosyjskie naciski. Tym razem presja była znacznie silniejsza niż w 2007 roku.
Wtedy krytycznie o wizycie Zakajewa w Polsce wypowiadał się rzecznik prasowy
rosyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Teraz stała się ona przedmiotem
zainteresowania ministra Siergieja Ławrowa. Również ambasador Rosji w Polsce
Aleksander Aleksiejew zapowiedział na konferencji prasowej, że Rosja zażąda
ekstradycji Ahmeda Zakajewa, anonsując jednocześnie przyjazd prezydenta Dmitrija
Miedwiediewa do Polski przed końcem tego roku. Ambasador zaznaczył, że wizyta
prezydenta Federacji Rosyjskiej w Polsce "nie jest zwykłym wydarzeniem" i dodał,
że musi to być "szczególna wizyta", biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z
"początkiem nowego rozdziału w stosunkach między Moskwą a Warszawą". Nie ma
pewności, czy Rosjanie wiążą obie kwestie: kontrolowaną konfrontację z Polską w
sprawie Zakajewa i planowaną wizytę prezydenta Miedwiediewa, ale
najprawdopodobniej konfrontacja nie wypadła najlepiej, skoro ambasador
Aleksiejew już w sobotę stwierdził, że wizyta prezydenta Miedwiediewa "nie jest
przesądzona". Zatrzymanie Zakajewa przez policję nie było więc gestem
wystarczającym i Warszawa nadal powinna zabiegać o wizytę upragnionego gościa.

Z Gazpromem w tle

Doniesienia z Warszawy, oprócz Moskwy, miały zapewne jeszcze jednego ważnego
odbiorcę – Komisję Europejską, która kilka godzin po zatrzymaniu zasugerowała
Warszawie decyzję korzystną dla Ahmeda Zakajewa. W rozesłanym do mediów
oświadczeniu Komisja podkreśliła co prawda, że rozstrzygnięcie należy do
polskiego sądu, ale przypomniała Polsce międzynarodowe zobowiązania i zasady
wspólne dla wszystkich krajów Unii. Powołując się na Europejską Konwencję Praw
Człowieka i Kartę Praw Podstawowych, Komisja stwierdziła, że nie można wydalić
osoby do kraju, w którym groziłyby jej prześladowania, nieludzkie traktowanie
oraz tortury. Wyraziła przy tym nadzieję, że pod uwagę zostaną wzięte wszystkie
okoliczności i przypomniała decyzję Wielkiej Brytanii z 2003 roku, przyznającą
Zakajewowi status uchodźcy. Tym samym Bruksela po raz kolejny zwróciła uwagę
Warszawie na konieczność przestrzegania w relacjach z Rosją zasad wspólnych dla
całej Unii. Uprzednio uczyniła to w związku z kontraktem gazowym. Trudno
powiedzieć, jakie wnioski z tej sytuacji wyciągnięte zostały w stolicach państw
europejskich, ale kontrolowana konfrontacja z Rosją pokazała, że w Brukseli
zrodziły się obawy, czy Warszawa pamięta o wspólnych europejskich zasadach, gdy
w grę wchodzi "ostateczna normalizacja".
Dokładnie w tym samym czasie premier Donald Tusk powtórzył deklarację, że
kontrakt z Gazpromem, zablokowany przez Komisję Europejską, odpowiada interesom
Polski. Oświadczenie wiązało się z rozpoczęciem w Moskwie rozmów między
przedstawicielami polskiego rządu, Gazpromu oraz Komisji Europejskiej. Choć, jak
podało Ministerstwo Gospodarki, toczyły się one "w sprzyjającej" atmosferze, nie
ustalono niczego konkretnego, zapowiadając kolejną turę negocjacji. Nie wiadomo,
jakie są przyczyny takiego stanowiska premiera w sprawie kontraktu gazowego.
Ponieważ umowa w obecnym kształcie utrwali monopol gazowego giganta na kolejne
30 lat, powinniśmy mówić raczej o "ostatecznej normalizacji" relacji z
Gazpromem, a nie z Rosją, której polityka zagraniczna podporządkowana jest
zresztą eksportowym interesom giganta gazowego.
W ten sposób w ciągu kilku ostatnich dni odsłoniły się przed naszymi oczyma
zręby konstrukcji przenikliwie nazwanej przez ministrów spraw zagranicznych
Polski i Rosji "ostateczną normalizacją". Jej fundament stanowi niekorzystna dla
Polski umowa rządu z Gazpromem. Zatrzymanie Zakajewa pokazało, że Polska jest
państwem specjalnej troski, któremu Bruksela musi przypominać o konieczności
przestrzegania praw człowieka. Elementami tej konstrukcji są także prace nad
raportem końcowym Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego oraz przygotowania do
wizyty byłego szefa rady nadzorczej Gazpromu, który obecnie zajmuje stanowisko
prezydenta Rosji.

Prof. Włodzimierz Marciniak

Autor jest politologiem, pracownikiem naukowym Instytutu Studiów Politycznych
PAN, Wyższej Szkoły Biznesu – National Louis University w Nowym Sączu oraz
Szkoły Głównej Handlowej. Zajmuje się problematyką współczesnej Rosji.

drukuj