Zdani na siebie i ludzi dobrej woli
Mieszkańcy dwóch rolniczych osiedli – tarnobrzeskiej Wielowsi w
województwie podkarpackim i sandomierskiego Koćmierzowa w województwie
świętokrzyskim – wciąż borykają się ze skutkami powodzi. Ich dobytek uległ
zniszczeniu w 80 procentach, a mimo to czują, że państwo o nich zapomniało.
Dotąd nie otrzymali pomocy finansowej na odbudowę domów, a wysoki poziom wód
często uniemożliwia im rozpoczęcie remontów.
Minęło już dwa i pół miesiąca od powodzi, a mimo upalnego lata woda, choć
odprowadzana kanałem do Wisły oraz usuwana za pomocą pomp, nadal stoi w różnych
miejscach Wielowsi. Wciąż zalane są piwnice większości domów, co stanowi
zagrożenie dla ich fundamentów. Duża część z nich nadaje się jedynie do
rozbiórki. Bardzo zniszczony został również zabytkowy klasztor Sióstr
Dominikanek oraz tamtejszy cmentarz. Choć znikły już z ulic i podwórek ogromne
ilości śmieci, które naniosła woda, to na zalewisku przy ul. Grobla, w starym
korycie Wisły, stale utrzymuje się nieznośny fetor.
Nie lepiej przedstawia się sytuacja w Koćmierzowie, w którym w maju Wisła
przerwała wał opaskowy, zalewając Sandomierz i okolice. Podczas drugiej fali
powodziowej rzeka naniosła tysiące ton piasku i śmieci. Zniszczenia są ogromne,
zwłaszcza w części położonej bliżej wału. Zapadnięte, zasypane piaskiem domy i
zabudowania gospodarcze, zdewastowane podwórka, sady i pola, a przed domami
zniszczony sprzęt domowy i gospodarczy. Znikła zabrana przez wodę asfaltowa
droga. Nic nie przypomina tu zielonego, pełnego sadów i upraw, tętniącego
niegdyś życiem osiedla.
Byle zdążyć przed zimą
Koło domów krzątają się głównie mężczyźni sprzątający posesje i remontujący
swoje domy. Trudne warunki bytowe, zwłaszcza brak kuchni, łazienek, które uległy
zniszczeniu, a wcześniej brak wody i elektryczności, spowodowały, że matki z
małymi dziećmi, osoby starsze i chore musiały opuścić swoje domostwa. Tymczasowo
przebywają u rodzin, znajomych, w domach opieki społecznej, internatach,
akademikach.
O swoim losie powodzianie mówią z goryczą, z trudem powstrzymując łzy. Niektórzy
do tej pory nie mogą sobie poradzić z załamaniem psychicznym. – Jesteśmy jedynym
rozlewiskiem w Polsce, które znajduje się w tak tragicznej sytuacji. Mój dom
nadal stoi w wodzie. Mury są tak nasiąknięte, że nie wiem, czy fundamenty
wytrzymają. Nie mam pieniędzy, by zatrudnić fachowców do remontu, a na
rzeczoznawcę trzeba czekać miesiącami. Jesteśmy bezradni, gdyż państwo o nas
zapomniało – mówi zdesperowany mieszkaniec ul. Warszawskiej w Wielowsi. – Od 25
lat odprowadzam podatki, co powinno być dla mnie gwarantem uzyskania pomocy w
trudnej sytuacji. Nie wyciągam do nikogo ręki po kromkę chleba, ale po pomoc,
która nam się należy – dodaje rozgoryczony.
Trwa lato, a mieszkańcy zalanych terenów już czują oddech zimy na plecach. Nie
wymagają dużo. Często chodzi o remont centralnego ogrzewania czy wymianę okien
po to, by móc spokojnie przetrwać zimę.
Pan Janusz wraz z synem zdołali ocalić z powodzi jedynie trochę ubrań. Ich domy
uległy zniszczeniu, podobnie warsztat stolarski, narzędzia i sprzęt rolniczy. –
Dzięki zgromadzonym wcześniej oszczędnościom remontujemy szybko poddasze, żeby
było gdzie mieszkać. Stanowimy łącznie cztery rodziny: ja z żoną, córka (w
ciąży) z mężem i z dzieckiem, syn z żoną i z dziećmi oraz nasza sąsiadka pani
Mieczysława. Na razie przebywamy u rodziny i znajomych – opowiada pan Janusz.
Jak mówią mieszkańcy, miasto zorganizowało kilkudniową pomoc przy sprzątaniu i
remontach, ale obecnie każdy szuka wsparcia we własnym zakresie. – Na razie
dostaliśmy 6 tysięcy złotych zasiłku, natomiast nie otrzymaliśmy jeszcze pomocy
pieniężnej na remont czy odbudowę domu – wyjaśnia pan Janusz. – Materiały
bierzemy u znajomego ze składu budowlanego "na słowo", ale zaległy rachunek
wynosi już ponad 10 tysięcy złotych. Zarówno on, jak i ja czekamy na decyzję o
przyznaniu pieniędzy, żebym mógł zapłacić. Wszystko idzie tak wolno – martwi się
pan Janusz. – Komisja rządowa była pod koniec lipca, a rzeczoznawca z PZU
zaledwie tydzień wcześniej. Chyba jeszcze nikt nie dostał decyzji w sprawie
pomocy na odbudowę – dodaje syn pana Janusza.
Poziom wody wciąż wysoki
Państwo Kuchtowie mieli szklarnię i dziesięć tuneli pod uprawę kwiatów. Trzy są
tak zalane, że nie można do nich wejść. Straty z powodu zniszczeń przez powódź
wynoszą około pół miliona złotych. Nie zdążyli sprzedać kwiatów, popłynęła
ziemia ogrodnicza zgromadzona w dużych pakach. – Woda w suterenach domu sięga do
pasa. Nie wiem, czy budynek jeszcze będzie się nadawał do zamieszkania. W środku
grzyb, śmierdzi, natomiast nikt nic nie robi z tą wodą. Dzisiaj dwie pompy
pracowały cały dzień i woda w ogóle nie zeszła. Komisji rządowej jeszcze u mnie
nie było. Z tyłu, za gospodarstwem, leżą niesprzątnięte martwe świnie. Urzędnicy
rozkładają ręce, jeden do drugiego odsyła. Nie mają kompetencji, żeby pomóc –
opisuje swoją dramatyczną sytuację pan Kuchta.
Trudności z rozpoczęciem remontu klasztoru i budynku szkolnego mają również
siostry dominikanki, ponieważ woda w piwnicach wciąż sięga na wysokość 40
centymetrów. – Podobnie jak wszyscy w okolicy nie możemy osuszyć budynków, bo
poziom wód gruntowych jest cały czas wysoki i nie ma nadziei, że woda odpłynie.
Mamy więc prośbę, żeby ktoś przystąpił do melioracji, do udrożnienia rowów, żeby
woda zaczęła odpływać. Nie tylko ludność wielowiejska pomogłaby przy tym, ale
znaleźliby się sponsorzy – deklaruje s. Beata Talek, przełożona sióstr
dominikanek w Wielowsi.
Z samarytańską pomocą
Pomimo trudnej sytuacji siostry od dwóch miesięcy niosą pomoc powodzianom.
Przygotowują codziennie trzysta obiadów dla mieszkańców Koćmierzowa, a także dla
najbardziej potrzebujących osób w Wielowsi oraz zaangażowanych w pomoc w
usuwaniu skutków powodzi. Rozdają dary pozyskane z innych ośrodków w Polsce i
zgromadzeń, jak: żywność, łóżka, kołdry, odzież, sprzęt domowy. Przekazały np.
40 pralek. A przede wszystkim obdarzają dobrym słowem, uśmiechem, modlitwą. Z
pomocą przychodzą również księża i osoby świeckie, rodziny. Ksiądz Bogdan
Piekut, proboszcz parafii katedralnej w Sandomierzu, wraz z sandomierską Caritas
zorganizował kolonie dla dzieci powodzian.
Mieszkańców obu osiedli odwiedzał ksiądz biskup Edward Frankowski, przywożąc
dary. Z jego inspiracji utworzony został Społeczny Komitet na rzecz Osób
Poszkodowanych przez Powódź. – Staramy się działać we wszystkich kierunkach,
zwłaszcza pomocy materialnej dla ludzi, w sprawie umocnienia wałów,
zabezpieczenia przed powodzią – objaśnia pan Janusz Kozioł. W środę u
najbardziej poszkodowanych w Koćmierzowie państwa Gospodarczyków pracowała przy
porządkowaniu domu i obejścia grupa przyjezdnych sióstr zakonnych. Takie gesty
najbardziej podnoszą na duchu umęczonych i zrezygnowanych.
Co dalej?
Naprawa tymczasowego wału opaskowego w Koćmierzowie jest już na ukończeniu. Jak
informuje Jacenty Czajka, kierownik sandomierskiego oddziału Świętokrzyskiego
Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych, odbudowa stałego wału może potrwać nawet
do końca roku. Jego zdaniem, powinien być podjęty rządowy program odbudowy
zabezpieczenia przeciwpowodziowego, same samorządy nie dadzą sobie z tym rady.
Wojewoda świętokrzyski Bożentyna Pałka-Koruba powiadomiła, że zasiłki na
odbudowę domów powodzian w wysokości 100 tysięcy złotych będą mogły być
rozliczone jeszcze w przyszłym roku, należy jednak uzgodnić termin rozliczenia z
ośrodkiem pomocy społecznej. Na pieniądze już wydatkowane trzeba przedstawić
rachunki do końca roku budżetowego. Rząd przygotowuje również specjalny program
pomocy finansowej dla rolników, którzy stracili swoje uprawy w powodzi.
Wszystko to jednak zbyt długo trwa. Rozgoryczeni mieszkańcy twierdzą, że czują
się wyczerpani psychicznie i fizycznie, zapadają na różne choroby, w tym
reumatyczne, a jeśli zima będzie obfita w śniegi, to na wiosnę znów przyjdzie do
nich woda. Od początku powodzi mają wrażenie, że zostali pozostawieni sami
sobie. Czy doczekają deklarowanych rządowych programów przeciwpowodziowych i
zabezpieczeń? Jak na razie czas gra na ich niekorzyść.
Alicja Trześniowska
