Zbadamy ten przeciek

Z posłem Jarosławem Zielińskim (PiS), wiceprzewodniczącym Parlamentarnego
Zespołu do spraw Zbadania Przyczyn Katastrofy
Tu-154M, rozmawia Paulina Jarosińska

Tygodnik Tomasza Lisa dotarł do materiału z postępowania przygotowawczego w
sprawie katastrofy smoleńskiej. W publikacji pt. "Zapis śmierci" dokonał
selektywnej obróbki 57 tomów akt, pod z góry założoną tezę

– Zastanawia sam fakt, że te dokumenty zostały udostępnione dziennikarzom.
Przecież znalazły się one w rękach ludzi z konkretnej redakcji i według mnie,
nie jest to przypadek. Takie sytuacje powinny być zawsze wyjaśniane. Jeśli z
prokuratury wyciekają jakieś dokumenty, których treść potem w wybiórczy sposób
jest przekazywana opinii publicznej, to naprawdę nie można mieć złudzeń, że jest
to przypadkowe. Ponadto całą publikację oceniam jako dalszy ciąg dezinformacji,
która na dobrą sprawę ma miejsce od 10 kwietnia. Do obiegu medialnego są
wprowadzane co jakiś czas wyrwane z kontekstu informacje, jakieś poszczególne
wątki, a tak szatkowany przekaz powoduje, że społeczeństwo ma bardzo niejasny i
nielogiczny obraz przyczyn i okoliczności katastrofy. Dotyczy to wielu wątków.

Może Pan podać przykłady?
– W tym miejscu warto wspomnieć choćby o niezwykle ważnej kwestii, jaką była
organizacja lotu rządowego Tu-154M. W publikacji "Wprost" przewija się
informacja, jakoby prezydent się spóźnił na lotnisko, a przecież wszyscy wiemy i
wydaje się, że nie powinno to budzić żadnych wątpliwości, że prezydent nie mógł
czekać na lotnisku w Smoleńsku, nie było tam warunków do tego, aby głowa państwa
mogła tam dłużej przebywać i czekać na uroczystości w Katyniu. To nie było tak,
że prezydent się spóźnił i dlatego samolot później wyleciał. Wszystko zostało
zaplanowane wcześniej, a organizatorzy wizyty i samego lotu uznali, że właśnie
tyle czasu potrzeba, aby samolot na czas wylądował w Smoleńsku. Ten przykład
pokazuje, że mamy do czynienia z manipulacją. Takich wątków celowo
wykoślawianych medialnie jest bardzo wiele. Można tu choćby wspomnieć także o
sprawie obecności funkcjonariuszy BOR na lotnisku Siewiernyj czy o niechętnie
podejmowanym przez media bardzo ważnym wątku przejmowania przez Bronisława
Komorowskiego konstytucyjnych uprawnień prezydenta RP. Nie było jeszcze
oficjalnego stwierdzenia zgonu urzędującego prezydenta, a marszałek już ogłosił
się głową państwa. To świadczy o tym, że marszałek dążył do tego, żeby jak
najszybciej przejąć władzę. To jest niezwykle niepokojące. Istnieje cały szereg
spraw, które są specjalnie uwypuklane medialnie, chociaż nie mają one póki co
potwierdzenia w materiale dowodowym. Myślę tu głównie o rzekomym braku
wyszkolenia pilotów czy o domniemanej obecności w kokpicie gen. Andrzeja
Błasika. Publikacja "Wprost" jest ciągiem dalszym dezinformacji. Składają się na
nią celowo w taki, a nie inny sposób wybrane wątki.

Jak nauczyć się odczytywać tendencyjność tego typu artykułów?
– Moim zdaniem, należy do nich podchodzić bardzo ostrożnie. Swego rodzaju
kampania manipulacyjna trwa w najlepsze już od siedmiu miesięcy. Należy zadać
pytanie: dlaczego ten przeciek miał w ogóle miejsce? Czekamy na wyjaśnienie w
tej sprawie. Nie można przecież nie widzieć jawnej manipulacji, która przebija z
artykułu. Jeśli dalej będzie dochodziło do tego typu "przecieków", to niestety
do niczego dobrego to nie doprowadzi, a jedynie pogłębi obraz chaosu wokół
śledztwa.

Czy mogą to być tzw. przecieki kontrolowane?
– Takie podejrzenie może się nasuwać. Są dwie możliwości: albo jest to właśnie
taki kontrolowany i celowy przeciek, albo jest to niesprawność prokuratury, co
również stawia pod znakiem zapytania prawidłowość i skuteczność jej działań. Z
trudem mogę sobie wyobrazić, że tego typu sensacje nie są przeciekami
kontrolowanymi. Mamy obecnie cały szereg zastrzeżeń, jeśli chodzi o pracę
prokuratury wojskowej, a pojawianie się w mediach takich doniesień jeszcze te
zastrzeżenia potęguje.

Dopiero pełny zapis nagrań i parametrów z "czarnych skrzynek" będzie mógł dać
odpowiedź na pytanie, czy gen. Błasik w ogóle był w kokpicie rządowego samolotu
– to tłumaczy również prokuratura wojskowa. Ale jak widać, ten fakt nie
przeszkadza w wytwarzaniu lawiny dezinformacji�

– Oczywiście, że tak. Spekulacje związane z obecnością gen. Błasika są póki co
tylko insynuacjami, ponieważ nie znajdują one potwierdzenia w dowodach. Są to
tylko hipotezy. Znamienne jest to, że spośród wielu różnych hipotez właśnie te
są najchętniej lansowane. Treść tych 20 punktów publikacji "Wprost" jest
kontynuacją insynuacji, które od początku pojawiają się w celu wywołania
określonych skojarzeń w opinii publicznej. Powielane w kółko tezy o rzekomym
braku wyszkolenia pilotów, rzekomym spóźnieniu prezydenta itp. mają na celu
głównie odwrócenie uwagi od naprawdę ważnych kwestii, kluczowych dla całego
śledztwa. Jeśli chodzi o czarne skrzynki, to niepokojące jest to, że ciągle ich
nie mamy, jak również nie mamy oryginalnych nagrań, a zostały nam przekazane
jedynie kopie, i to niepełne. Nie wiadomo, czy oryginalne nagrania czarnych
skrzynek nie zostały poddane jakimś modyfikacjom. Przy założeniu, że nie,
oczywiste jest, że dopiero pełny i autentyczny zapis czarnych skrzynek i
wszystkich parametrów lotu może dać spójny obraz tego, jak wyglądały ostatnie
minuty lotu. Jednakże ten kluczowy dowód cały czas jest w rękach Rosjan, tak
samo jak wrak samolotu. Polska prokuratura ma jedynie to, co łaskawie chce jej
przekazać strona rosyjska. Jak możemy odnieść się do raportu MAK, skoro nie mamy
kluczowego materiału dowodowego? To wszystko składa się na chaotyczny obraz
budzący ogromny niepokój. Pytanie – komu zależy na tym, aby śledztwo było w taki
sposób prowadzone. Obóz rządzący obecnie Polską nie dąży do wyjaśnienia przyczyn
katastrofy smoleńskiej, nie ma takiej woli.

Może te zaniedbania próbuje się przyćmić właśnie takimi przeciekami? Czy nie
mamy do czynienia z przedziwnym sprzężeniem: gdy tylko pojawiają się zarzuty pod
adresem polskich władz, błyskawicznie wypływają na wierzch doniesienia, które
mają na celu odwrócenie od tego uwagi i narzucenie interpretacji, że za
katastrofę odpowiedzialne są osoby, które w niej zginęły?

– Takie wrażenie jest niestety nieodparte. Być może również czas ukazania się
artykułu we "Wprost" nie jest przypadkowy. Ostatnio opinia publiczna dowiedziała
się o kolejnych zaniedbaniach władz – chociażby sprawa już przeze mnie
wspomniana pospiesznego trybu przejmowania obowiązków głowy państwa przez
ówczesnego marszałka. Również kolejne spotkania naszego zespołu przynosiły coraz
gorszy obraz tego, co się działo przed 10 kwietnia, tego dnia i później.
Powtarzanie jak mantry skandalicznych insynuacji o tym, że pasażerowie Tu-154M
są odpowiedzialni za katastrofę, jest niezwykle niepokojące. Do dziś nie wiemy,
dlaczego piloci do ostatnich sekund lotu byli tak spokojni – to przecież można
odczytać ze stenogramów. Jakie dane otrzymywali oni o położeniu samolotu?
Dlaczego tak mało uwagi zwraca się na kwestię prawidłowości obsługi lotniska w
Smoleńsku? Trwa jakaś absurdalna dyskusja na temat tego, czy lotnisko w
Smoleńsku ma charakter wojskowy, czy cywilny, jak również czy sam lot był
wojskowy, czy cywilny, co chwila są uwypuklane jakieś podrzędne kwestie, a nie
analizuje się i nie docieka istoty problemu. W elementarnych sprawach cały czas
zasiewane są jakieś niezrozumiałe wątpliwości.

Jakimi kwestiami będzie zajmował się w najbliższym czasie zespół
parlamentarny?

– Będę proponował, abyśmy zajęli się publikacją "Wprost" i okolicznościami
przecieku z prokuratury. Będziemy jednak przede wszystkim kontynuować spotkania
z rodzinami. Ich relacje wnoszą bardzo dużo. Zamierzamy kontynuować prace nad
ustalaniem okoliczności, jakie towarzyszyły przygotowaniom do wizyty i jej
organizacji oraz postępowaniem wyjaśniającym i samym śledztwem, które budzą
wiele zastrzeżeń. Poza tym będziemy dążyć do spotkania rodzin z premierem
Donaldem Tuskiem. Na tym bardzo zależy bliskim ofiar. Chcą polskiemu premierowi
zadać bardzo ważne pytania, a jego obowiązkiem jest udzielić na nie wiarygodnych
odpowiedzi.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj