Zaniedbanie czy osobista niechęć
Kiedy Rosjanie ujawnili, że w raporcie MAK znajdzie się informacja o
alkoholu we krwi gen. Andrzeja Błasika, zareagował tylko Edmund Klich. Tak
przynajmniej on sam twierdzi. I zarzuca Stanisławowi Żurkowskiemu, innemu
członkowi komisji Jerzego Millera, bierność w tej sprawie.
Chodzi o spotkanie grupy polskich specjalistów z członkami Międzypaństwowego
Komitetu Lotniczego (MAK) z końca października 2010 roku. Rosjanie referowali
wówczas przygotowywany projekt raportu z badania katastrofy samolotu Tu-154M z
10 kwietnia 2010 roku. Już wtedy padła informacja, że Rosjanie chcą ogłosić, że
we krwi gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych, stwierdzono obecność
alkoholu. Protestować miał tylko Edmund Klich, wówczas akredytowany przy MAK. Na
spotkaniu obecny był też dr inż. Stanisław Żurkowski, członek komisji ministra
Jerzego Millera, który jednak nie zareagował. "Tak, siedział tam. Rosjanie
zapowiedzieli wtedy, że w raporcie będzie informacja o alkoholu we krwi gen.
Błasika. Ja w tej sprawie protestowałem, a Żurkowski nawet słowem w tej sprawie
nie pisnął. Nie był zbyt aktywny. Tak pilnował polskich interesów" – relacjonuje
Edmund Klich. W notatkach poczynionych 20 października 2010 r. Klich tak opisał
ten fragment spotkania: "Zwróciłem również uwagę na to, że ze względu na fakt,
że Pan generał Andrzej Błasik był pasażerem i nie siedział za sterami samolotu,
nie powinno się wpisywać do raportu informacji o zawartości alkoholu w jego
krwi". Co istotne, Klich nie podważał samej wiarygodności ustaleń Rosjan, choć
ci przez ponad tydzień nie mogli nawet zidentyfikować ciała generała. Zatem tego
rodzaju wnioski były nieuzasadnione i niepoparte materiałem dowodowym.
Milcząca misja
Stanisława Żurkowskiego do Rosji wysłał Tadeusz Jarmuziewicz, wiceminister
infrastruktury. Jak twierdzi Klich, miał on obserwować, "czy przekazanie raportu
odbywa się zgodnie z załącznikiem 13 i czy nie są przy tym naruszane interesy
Rzeczypospolitej". Klich odebrał rolę Żurkowskiego bardzo osobiście i uznał, że
ten poleciał do Moskwy patrzeć mu na ręce. Później akredytowany chciał zobaczyć,
co ów obserwator napisał w sprawozdaniu, ale ten odmówił, twierdząc, że zostanie
ono złożone na ręce wiceministra. W ocenie Klicha, wyjazd Żurkowskiego to
"kolejne pieniądze podatnika wyrzucone".
Akredytowany nie kryje osobistej urazy do Żurkowskiego – wyrzuca mu zbędną
drobiazgowość, powolną pracę czy brak wizji funkcjonowania Państwowej Komisji
Badania Wypadków Lotniczych, którą Żurkowski kierował przed Klichem – a
oddelegowanie Żurkowskiego do wyjazdu do Moskwy traktuje jako złośliwość
ministra Millera, który wiedział o złych relacjach panujących między ekspertami.
Jak opisuje, w samolocie w drodze na spotkanie w MAK traktowali się jak
powietrze, w Moskwie Żurkowski nie podał Klichowi ręki, a kiedy "ktoś" z komisji
Millera polecił zabrać Żurkowskiego na spotkanie w MAK, Klich odparł, że nie
wie, "po co on tu przyleciał, ale nie ma problemu, zabiorę go, jeśli tylko
wyjdzie na czas przed hotel". Wzajemna niechęć obu panów nie jest tajemnicą.
Żurkowski w styczniu br. tuż po powołaniu Klicha na drugą kadencję jako
przewodniczącego PKBWL zażądał cofnięcia jego wyznaczenia na członka komisji.
Zarzucał mu m.in. brak profesjonalizmu i nieudolną politykę informacyjną.
Wytoczył też Klichowi proces o zniesławienie, ale sąd umorzył to postępowanie,
uznając wypowiedzi Klicha za dopuszczalne opinie.
W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Stanisław Żurkowski ze spokojem przyjął
kolejną krytykę Klicha, a zarzuty o bierność uznał za nie na miejscu. – Moją
rolą nie było zabieranie głosu. Osobą do kontaktów z Rosjanami, zgodnie z
załącznikiem 13, był Edmund Klich i to wszystko, co mogę na ten temat powiedzieć
– podkreślił.
Pytany, czy Klich rzeczywiście protestował w sprawie oskarżeń rzucanych na gen.
Błasika, przyznał, że nie pamięta już, jak dokładnie przebiegało spotkanie w
MAK, i dodał, że nie jest wykluczone, iż pewne szczegóły związane z tą kwestią
znalazły się w sprawozdaniu z wyjazdu, jakie przygotował po tym spotkaniu dla
wiceministra Jarmuziewicza. – Skoro Edmund Klich twierdzi, że protestował, to
może i protestował. To była bardzo długa dyskusja, trwająca kilka godzin –
dodał. Żurkowski nie chciał też szerzej komentować ocen Klicha co do celowości
jego wyjazdu do Moskwy i uznał, że tę kwestię mógłby ocenić szef komisji
minister Jerzy Miller oraz wiceminister infrastruktury Tadeusz Jarmuziewicz. –
To oni są od oceniania, czy te pieniądze były wyrzucone, czy też nie.
Przypuszczam, że gdyby moje sprawozdanie było niesatysfakcjonujące, to już dawno
miałbym rozmowę z prokuratorem, a być może i sprawę sądową. Mam nadzieję, że w
tym kraju marnowanie pieniędzy podatnika jest jeszcze karalne – zaznaczył.
Żurkowski nie wykluczył, że oceny akredytowanego "teoretycznie" mogą wynikać z
osobistej niechęci, choć przyznał, że dziwi go taka postawa Klicha. W ocenie
Żurkowskiego, gdyby nie zaproszenie do pracy w PKBWL, jakie skierował do Edmunda
Klicha po jego odejściu z wojska, to ten byłby "leśnym dziadkiem, a nie zastępcą
przewodniczącego, a następnie przewodniczącym PKBWL". – Nie rozumiem tego
człowieka. Nie jestem psychologiem ani psychiatrą. To trzeba pytać pana płk. dr.
Jana Wilka, on prawdopodobnie rozgryzł Edmunda Klicha [dr Wilk, szef Kliniki
Psychiatrycznej 10. Wojskowego Szpitala Klinicznego w Bydgoszczy – miał określić
osobowość Klicha jako niestabilną – przyp. red.]. Patrzę na to ze zdziwieniem,
jako kolejny przypadek życiowy, który mi się trafił, i nie zamierzam tego
komentować – dodał.
Marcin Austyn
