Zamiast pomóc – milczeli
Powiedzieć życiu TAK
Mam na imię Henryka, pragnę opowiedzieć o moim życiu i konsekwencjach aborcji.
Mając 23 lata, urodziłam pierwsze dziecko. Lekarze powiedzieli, że teraz musi być przerwa pięciu lub więcej lat, nim pojawi się następne. Niestety, bardzo szybko zaszłam w kolejną ciążę. Byłam przerażona. I co teraz? Moja wiara w Boga była raczej tradycyjna (jak u większości ludzi): co niedziela należy iść do Kościoła, przyjmować kolędę, chrzcić dzieci, posyłać je do I Komunii Świętej.
Podjęłam szybko decyzję, poszłam do lekarza. Pani doktor, nic nie mówiąc, wypisała zlecenie na „zabieg” (tak jak receptę na leki od bólu głowy). Od swoich bliskich nie usłyszałam też żadnego sprzeciwu, po prostu milczeli.
Młody lekarz bez słowa wykonał „zabieg” – morderstwo za moim przyzwoleniem. Potem się zaczęło: żal, smutek, przygnębienie i rozpacz, że nie mam dziecka pod sercem. Nie umiałam normalnie funkcjonować. Byłam u spowiedzi, ale to nie pomogło. Któregoś dnia, w chwili rozpaczy, klęcząc w kościele, powiedziałam: „Boże, proszę Cię, daj mi następne dziecko, bo nie mogę żyć normalnie, mam pustkę w sercu i pod sercem”.
Zaszłam w ciążę. Nie chodziłam do kontroli do lekarza. Dopiero przed rozwiązaniem poszłam jeden czy dwa razy. W swoim czasie urodził się chłopiec, piękny, duży, zdrowy. Byłam szczęśliwa, ale nie do końca. Zrozumiałam, że poprzednie dziecko też urodziłoby się zdrowe, a gdyby nawet nie, to przecież jest to moje dziecko. Pozostał żal do rodziców, męża, moich bliskich, lekarki i lekarza wykonującego „zabieg”. Nie umiałam im wybaczyć, mimo spowiedzi ciągle ta myśl wracała.
Dziś mam już 55 lat i dopiero kilkanaście lat temu pozbyłam się tego obciążenia, modląc się za wszystkich i prosząc Pana Boga, aby dał mi łaskę przebaczenia. Zabijając dziecko, zabijamy też duszę, kaleczymy nasze sumienie. Nie pozbywamy się kłopotu, on dopiero się zaczyna, zaczyna się koszmar w naszym życiu. Strażak idzie w ogień, w płomienie, nie myśląc, że może stracić wzrok, ulegnie wypadkowi czy straci życie. Idzie odważnie, bo wie, że w płomieniach jest dziecko i pragnie je uratować. A jak ja postąpiłam? Jak postępujemy my, polskie kobiety, modlące się i wierzące w Boga? Jaka jest nasza wiara? Czy wierzymy, że Bóg może wszystko, że jest największym lekarzem, że należy ufać i z odwagą strażaka stawić czoło przeciwnościom?
Niech ten mój smutny przykład będzie ostrzeżeniem, że za zabójstwo ponosimy odpowiedzialność wszyscy, nie tylko matka, która w chwili rozpaczy nie wie, co czyni. Na wszelkie zamachy na życie odpowiedzmy modlitwą, duchową adopcją poczętych dzieci. Niech w każdej rodzinie zostanie otoczona modlitwą kobieta w stanie błogosławionym. Niech polskie kobiety nie zabijają dzieci, nie ranią sumień, a w trudnościach i przeciwnościach uciekają się do Boga.
Henryka
