Za gwiazdą betlejemską
Jakoś tak nagle wszystko ucichło… Cały przedświąteczny pośpiech, gwar, gorączka zakupów, strojenia choinek i świątecznych stołów przygasły. Pasterkowy wieczór, a potem poranek Bożego Narodzenia ma swój niezwykły urok. Inna to radość od tej obwieszczonej światu podczas Rezurekcji, cichsza, pokorniejsza – bo Dziecię śpi. „Nie budźcie Go ze snu” wolimy raczej szeptem zanucić. Jest obecne w sercach jakieś niezwykłe uczucie: podniosłości i niepowtarzalności, nawet w tych, którzy na co dzień niespecjalnie się Panu Bogu „naprzykrzają”. Czy tak było i 2000 lat temu? Trudno powiedzieć. Ludzie bawili się, świętowali w gospodach w Betlejem spotkania po latach, obficie lało się wino, gwar wylewał się na zewnątrz drzwiami i oknami. Jakby tylko ten jeden wieczór się liczył…
Minęły dwa tysiąclecia. Co się zmieniło na świecie? Można by rzec, że wszystko, ale to chyba nie do końca prawda. Pozostał człowiek, jego tęsknoty i niespełnienia. Pozostało wewnętrzne wołanie. Można nazywać siebie ateistą, agnostykiem, liberałem, wolnomyślicielem, kpić sobie ze wszystkiego, co wymyka się rozumowi, ale przecież nie sposób uciec od siebie. Pozostawić swoją duszę? Zwlec ją jak wężową skórę? Przecież to niemożliwe… Milkną w Boże Narodzenie i ich serca. Ta cisza niepokoi. Stawia znaki zapytania. Woła. – Dlaczego Dziecko? – pyta. – Cóż to za Bóg, który staje się człowiekiem – zostawia „śliczne niebo, obiera barłogi”? Tyle pytań „dlaczego?” rodzi się w gwiaździstą noc – także w tę, kiedy jedna gwiazda staje się przewodniczką.
Nie wolno ulegać presji zbyt łatwego szukania odpowiedzi na te pytania i zadowalania się byle czym. Iluzją, podzielaną zarówno przez wierzących, jak i niewierzących jest fakt, iż mówienie o Bogu może być czymś absolutnie łatwym. Łatwo jest zamykać wielkie słowa i deklaracje w formuły i kolędy – trudniej uczynić je cząstką swojego życia. Boże Narodzenie jest takim bardzo „ryzykownym” dniem. Girlandy świerkowe, złocisto-papierowe aniołki, dostojny cherubin kiwający główką (a ostatnio nawet grający kolędę!) ku uciesze małej Kasi czy Bartka, który do skarbonki wrzuci monetę, gliniany Józef, Miarami i Dziecię w kołysce – to wszystko jest piękne, wzruszające – ale pozostawione tylko sobie, wyprane z głębi, pachnące „lipą”. Pamiętam, że kiedyś jeszcze jako dziecko zajrzałem z tyłu za żłóbek – jego skomplikowana konstrukcja, plątanina desek, drutu, kabli spinających wszystko, zupełnie nie „niebiańsko”, na długo popsuła mi sentymentalny obraz widoczny od frontu.
O Bożym Narodzeniu nie da się mówić łatwo. To jest prawda, która powinna przyświecać zarówno każdemu świątecznemu kaznodziei, jak i temu, kto się będzie pochylał nad Dziecięciem. Nie wystarczy zaśpiewać kolędę, a potem dać się znów pochwycić rytmowi czasu, jego szaleńczemu pędowi i zapomnieć szybko smak wigilijnego opłatka. Z faktu, że Bóg stał się człowiekiem, musi coś wynikać! Dobrze, że święta mają swoją pociągającą, magiczną siłę – ale trzeba mieć odwagę wstąpić na ów „wyższy stopień” przyjaźni z Jezusem. Rezygnacja z niej nigdy bowiem nie prowadzi na głębię, a jedynie na mętną płyciznę.
Dojrzewanie do przyjęcia pełni prawdy o Wcieleniu Syna Bożego wymaga czasu. Szkodliwe są tu wszelkiego rodzaju „ułatwienia”, spłycenia. Dramatyczne jest trywializowanie prawdy o Bogu, który sam jest głębią rzeczywistości, a nie tylko „przedmiotem poznania”, ponieważ w ten sposób nigdy się Go nie spotka. Nie ma Betlejem bez Golgoty, sentymentalnego kołysania młodej Miriam bez przeszywającego krzyku z krzyża: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił!”, i Jej bolesnego trwania u jego podstawy; ciszy stajenki i milczenia Wielkiej Soboty, gdy całemu światu wydawało się, że Bóg umarł. Kto próbuje oddzielać od siebie te wydarzenia, nic nie zrozumiał. Nie pojmie wydarzenia betlejemskiego ten, kto nie czuje solidarności z bólem świata, kto nie pokona w sobie pokusy zatrzymania się na tej słodko-sentymentalnej prawdzie o swoim Zbawicielu.
Chylimy dziś kornie czoła przed Dziecięciem. Przed młodziutką Miriam i Józefem czcigodnym. Dołączamy się do anielskich chórów, do pasterzy zadziwionych jasnością i obwieszczoną im nowiną. Bożego Narodzenia nie można przegapić. To wielka szansa na to, by odkryć swoje szczególne wybranie, zrozumieć swoją cielesność, śmiertelność i całe swoje życie. Dlatego mamy tyle problemów nierozwiązanych, tyle dróg zagubionych, ponieważ nie dochodzi do rozwiązania owego zasadniczego problemu, jakim jest prawdziwe spotkanie się z Bogiem w Jezusie Chrystusie – takie, które wstrząśnie całą egzystencją, poruszy do granic, zmieni ogląd wszechświata. To spotkanie jest możliwe – trzeba tylko chcieć. Nieprzypadkowo wejście do Bazyliki Narodzenia Chrystusa ma tak wąskie i niskie przejście. Nie wejdzie tam nikt, kto się nie pochyli. Inaczej nie można… Potrzebna jest wszystkim cisza. Nie zakłócajmy jej. Niech trwa jak najdłużej. Bóg przychodzi…
Marcin Jasiński
