Z wrogiem władzą dzielić się nie wolno
Rozmowa z Januszem Rożkiem, żołnierzem Batalionów Chłopskich i Armii Krajowej ps. „Róg”, uczestnikiem Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, założycielem pierwszego w Polsce Komitetu Samoobrony Chłopskiej Ziemi Lubelskiej
Jak zaczęła się Pana współpraca ze środowiskami opozycyjnymi?
– Zimą, na przełomie 1976 i 1977 r., słuchając Radia Wolna Europa, dowiedziałem się, że w Warszawie istnieje Komitet Obrony Robotników. Potraktowałem go jako ruch niepodległościowy i postanowiłem nawiązać kontakt. Pojechałem w tym celu do Warszawy, ale w książce telefonicznej nie znalazłem adresu Jacka Kuronia, a tylko jego nazwisko pamiętałem. Pokręciłem się trochę po Warszawie i wróciłem do domu z niczym. Ale na wiosnę, może to był kwiecień, w Wolnej Europie powiedzieli, że powołany został Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Podano skład tego ruchu. Wymieniono tam m.in. Mariana Piłkę i o. Ludwika Wiśniewskiego z Lublina. Pomyślałem, że kogo jak kogo, ale tego duchownego to muszę znaleźć. Pojechałem do Lublina, odszukałem go i powiedziałem, że chcę współpracować z ruchem. Dostałem od o. Ludwika dwa numery pisma „Opinia” i adres, pod którym raz w tygodniu odbywały się spotkania. Było to na ul. Hutniczej 20 u Zdzisława Jamrożka. Zacząłem chodzić na te spotkania.
Nie traktowano Pana podejrzliwie?
– Nie, a przynajmniej nikt nie dawał tego po sobie poznać. ROPCiO był ruchem jawnym. Jego uczestnicy nie kryli się ani ze swoimi spotkaniami, ani z poglądami. Nie było konspiracji. Z Warszawy przyjeżdżał Kazimierz Janusz, Leszek Moczulski i inni. Po tych spotkaniach z ROPCiO zacząłem działać na wsi. Otrzymywałem niezależną prasę, zapraszałem ludzi na spotkania najpierw do mnie, później na Kajetanówkę.
Czego dotyczyły te spotkania?
– Na wsi trwała wtedy silna agitacja za ustawą emerytalną, a ja przeciwstawiałem się jej w wersji, jaką wprowadzali komuniści. Na oficjalnym spotkaniu w byłej szkole w Górnym zabrałem głos i zarzuciłem władzy, że za pomocą tej ustawy po raz kolejny zamierza skolektywizować wieś, gdyż rolnik, żeby uzyskać emeryturę, musi pozbyć się ziemi. Mówiłem, że władza daje przywileje PGR-om i spółdzielniom produkcyjnym kosztem rolnika indywidualnego. Zbierałem też podpisy pod petycją, żeby w radiu i telewizji była transmitowana Msza Święta. O tym głównie rozmawialiśmy z rolnikami na spotkaniach.
Co na to bezpieka?
– Już na drugi dzień po tym wystąpieniu w szkole przyszedł do mnie gliniarz i „zaprosił” na posterunek do Milejowa. Tak zaczęły się szykany. Ale ja na to nie zwracałem uwagi i robiłem zebrania w bliższej i dalszej okolicy, m.in. w Wólce Łańcuchowskiej, w Ciechankach Łańcuchowskich, Ostrówku, Maryniowie. Zaczęli do mnie przyjeżdżać Marian Piłka, Anna Bojarowa, Leszek Moczulski, Henryk Wujec i inni, którzy występowali na takich zebraniach.
Władze zaczęły nas dusić składkami, a my postanowiliśmy, że nie będziemy ich płacić. Później zrobiliśmy strajk mleczny. Nie odstawialiśmy mleka do mleczarni w Piaskach. Ale dla nas to też nie był interes na dłuższą metę, bo nie było co z tym mlekiem robić. Po domach zaczęli chodzić komornicy, czasem w towarzystwie milicjantów, żeby egzekwować należności za składki, których nie płaciliśmy.
Czy formułowaliście jakieś postulaty polityczne pod adresem władz?
– Co prawda interesowały nas główni
e sprawy dyskryminacji chłopów, ale nikt nie miał wątpliwości, że jak coś wtedy było niezależne od komunistycznej władzy, to musiało mieć charakter polityczny.
Jak doszło do powstania pierwszego w Polsce Komitetu Samoobrony Chłopskiej?
– To było w czasie tego protestu mlecznego. Władza wzmagała naciski, a my chcieliśmy się jakoś zorganizować. Pojechałem do Warszawy i poprosiłem Kuronia i innych opozycjonistów o pomoc. Na wieś przyjechało wtedy z Warszawy kilku znanych członków KOR, m.in. Ludwik Dorn, Wiesław Kęcik, Jan Józef Lipski. Jak ludzie zobaczyli, że przyjechali goście z Warszawy, zaczęli zjeżdżać się do lasu w Ostrówku. Koło południa było już tam ok. 200 osób. Długo dyskutowaliśmy, a potem powołaliśmy Komitet Samoobrony Chłopskiej Ziemi Lubelskiej; do władz weszli przedstawiciele ok. 16 wsi. Ja zostałem członkiem prezydium. Podjęliśmy uchwałę, że chcemy rozmawiać z władzami o sytuacji rolników. Już w nocy Wolna Europa podała, że powstał komitet i kto wszedł w jego skład.
Co na to władze?
– Początkowo nic. Ale za tydzień zwaliło się do nas mnóstwo ZOMO, milicji, ubeków. Widać ich było na każdej dróżce. Sprawdzali samochody na drodze. Ja wtedy akurat pojechałem do Lublina sprzedać kapustę i starałem się wracać okrężną drogą, ale i tak mnie namierzyli. Zaczęły się ciężkie czasy, bo gnębili nas na każdym kroku. Bez przerwy przesłuchania, rewizje, zatrzymania. Zerwali mi nawet w domu podłogi i rozwalili piec kaflowy.
Został Pan zmaltretowany na posterunku MO w Milejowie, a ubecy, którzy to zrobili, dostali niedawno wyroki więzienia.
– Do tego pobicia doszło dlatego, że oni widzieli, iż rewizje, szpiegowanie, kolegia, a nawet próby przekupstwa nie skutkują, więc postanowili mnie złamać, zastraszyć fizycznie. Komendant tutejszego posterunku policji, Rachwalczyk, który potem przeszedł do SB, bił mnie z prawdziwą pasją. Straciłem przytomność, a gdy się ocknąłem, siedziałem pokrwawiony na korytarzu posterunku.
Jak udało się Panu przechytrzyć bezpiekę, dzięki czemu prawie po 30 latach możliwe stało się skazanie Pana oprawców?
– Na tych zebraniach opozycyjnych trochę nas szkolili, co robić w takich sytuacjach. Bezpieka miała takie metody, że jak kogoś pobili, to później trzymali przez 48 godzin, potem wypuszczali i znów z ulicy zgarniali na 48 godz. I tak czekali, aż się zagoi. Dlatego po pobiciu siedziałem bardzo cicho. Przyszedł nawet płk Ryszard Trąbka, oglądali mnie wspólnie z Rachwalczykiem. Widać uznali, że mnie złamali, całkowicie przestraszyli, bo jeszcze tego samego dnia wypuścili z posterunku. Nie poszedłem do domu, bo bałem się, że mnie po drodze zgarną. Zresztą nie wiem, czy po tym biciu doszedłbym do domu. Zanocowałem u kuzyna i rano pojechałem do Lublina do zakładu medycyny sądowej. Gdy dostałem zaświadczenie o stanie zdrowia, pojechałem do Warszawy. Tam Kuroń skierował mnie do mec. Steinsbergowej, która napisała mi zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Złożyłem je w prokuraturze wojewódzkiej w Lublinie. Ubecy chcieli odwrócić kota ogonem i oskarżyć mnie o awanturę w banku, bo to stamtąd wyprowadzili mnie na posterunek i tam pobili. Ale w banku było wielu ludzi i awantury nikt nie widział. Z braku świadków sprawę umorzyli. Po 30 latach prokuratura IPN wróciła do tej sprawy i sprawiedliwości stało się zadość.
W czasie tego procesu jeden z byłych ubeków zeznał, że bezpieka miała też plany przejechania Pana samochodem…
– Gdzieś koło października 1978 r., a więc już po tym pobiciu, chcieli mnie na siłę wciągnąć do samochodu. Myślałem, że już będzie ze mną koniec, bo wokół nie było żywego ducha, ponieważ wszyscy ludzie poszli na drugi koniec wsi przywitać obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Ale na szczęście, zanim mnie wepchnęli do samochodu, pojawiły się na drodze dwie osoby i ubecy mnie puścili.
Jakie były dalsze losy Komitetu Samoobrony Wiejskiej?
– Gdzieś tak w listopadzie ubekom udało się groźbami, szykanami i rewizjami nakłonić ludzi z naszego komitetu do zrezygnowania z działalności. Mnie na to spotkanie nie zaprosili, bo na pewno bym ich przekonał, żeby niczego nie podpisywali. Sam nie zrezygnowałem z działalności. Gdzieś tak na przełomie lutego i marca 1979 r., w nocy z wtorku na środę, jeszcze z kilkoma chłopakami udekorowaliśmy ulotkami i napisami antykomunistycznymi targowisko w Piaskach. Nie złapali nas, ale następnej nocy „nieznani sprawcy” potłukli mi szyby w szklarni. Wymarzła mi wtedy kapusta, pomidory i inne uprawy.
W 1980 r. powstała „Solidarność”. Co to oznaczało dla ruchu chłopskiego?
– W końcu lat 70. SB zaangażowała w działania przeciw nam duże siły, które cały czas przebywały na naszym terenie i paraliżowały szerszą działalność. Gdy powstała „Solidarność”, ulżyło nam. Wtedy pojawiło się tyle ognisk oporu, że SB z konieczności musiała się rozproszyć i wynieść z naszej okolicy. W tym czasie zaczęliśmy organizować się w związek. Było kilka ośrodków. Zaczęły się przepychanki, targi, aż wreszcie na zjeździe zjednoczeniowym w Poznaniu połączyliśmy się i przyjęliśmy nazwę „Solidarność” Rolników Indywidualnych. Byłem we władzach związku, w prezydium.
Po wprowadzeniu stanu wojennego został Pan internowany, a z „internatu” trafił Pan do więzienia. Czym się Pan tak „zasłużył”?
– Do więzienia trafiłem za odezwę do żołnierzy. Napisałem, żeby rzucili komunę i przyłączyli się do nas. Kartkę podrzuciłem żołnierzowi, on dał dowódcy, a ten „szczurowi”, czyli ubekowi. Zrobili dochodzenie. Wpadłem, bo porównali charakter pisma z mojego listu do domu, z tym na kartce z odezwą. Zaaresztowali mnie. Przewieźli mnie najpierw do Stargardu, a potem do Koszalina, gdzie miała odbyć się rozprawa. Pamiętam, że w czasie przesłuchania prokurator powiedział mi, że wolałby być na moim miejscu. Ale nie przeszkodziło mu to oskarżyć mnie przed sądem. Dostałem trzy lata. W więzieniu w Szczecinku klawisze złośliwie wsadzili mnie do celi z sadystą, który zabierał mi jedzenie i dusił mnie. Protestowałem i w końcu mnie przenieśli. Warunki polepszyły się, gdy trafiłem do Wrocławia, gdzie było więzienie dla politycznych.
Czy zwolniono Pana bez żadnych warunków?
– Chcieli żebym podpisał tzw. lojalkę, czyli zobowiązanie do przestrzegania prawa obowiązującego w PRL. Zdecydowanie odmówiłem. Zagrozili, że mnie nie wypuszczą na amnestię. Potem specjalnie odizolowali mnie od kolegów, żebym ich nie buntował. Z tego, co wiem, to moja sprawa trafiła ponownie do sądu w Bydgoszczy i tam zdecydowano, żeby mnie wypuścić bez lojalki. Siedziałem około roku, z tym że miałem trochę przerwy na leczenie.
Czy bezpieka proponowała Panu kiedykolwiek współpracę?
– Były takie podejścia, ale bardzo delikatne. Znając mnie bliżej, uznali, że i tak na coś takiego nie pójdę i nie było sensu próbować.
A w Pana otoczeniu byli agenci?
– Bardzo wielu donosiło. Często było tak, że umawialiśmy się gdzieś na zebranie, przychodzimy, a tam już czekała na nas ubecja. Kiedyś zaplanowaliśmy manifestację, a oni przed wyznaczoną datą przyjechali do mnie do domu, zakuli w kajdanki i dosłownie wywlekli z domu do samochodu. Po tych kajdankach dostałem niedowładu rąk. Kilku kapusiów udało mi się już wtedy namierzyć.
Czy należy ujawniać tajnych współpracowników bezpieki? Czy to ważne, aby Polacy poznali, kto za komuny był bohaterem, a kto zdrajcą?
– Uważam, że tak. To uzdrawia moralnie społeczeństwo. Zgrzeszyłeś, donosiłeś, musisz za to odpowiedzieć. Nie ma innego wyjścia. Co, grubą kreskę znowu postawić? [śmiech]. To już przerabialiśmy. Trochę za późno się tym zająłem, ale już złożyłem w IPN wniosek i teraz czekam na dostęp do swoich teczek.
W latach 70. kontaktował się Pan zarówno z ROPCiO, jak i z KOR. Do której z tych organizacji było Panu bliżej?
– Oczywiście, ja trzymałem z ROPCiO, bo tam sprawa niepodległości była jasno stawiana. Byłem z nim w stałym kontakcie i w porozumieniu głównie z ludźmi z ROPCiO organizowałem na wsi spotkania. Ale trzeba powiedzieć, że bardziej operatywny był KOR. Co z tego wynikało, że komuś z ROPCiO przekazałem jakąś informację? Nic, głucha cisza. A Kuroniowi powiedziało się coś, a tu już Wolna Europa krzyczała o tym na całą Polskę. Trzeba było z tego korzystać.
ROPCiO nie miał dostępu do rozgłośni polskich na Zachodzie, blokowano mu przekazywanie informacji. Pan znał dobrze Jacka Kuronia?
– Znałem go dość dobrze. Czułem do niego nawet pewną sympatię w przeciwieństwie do Michnika. Ale on, co tu dużo mówić, był różowy. I taki bardziej internacjonalista niż polski patriota. Podobnie zresztą jego ojciec. Ja zaś byłem wychowany w domu w duchu patriotyzmu. Mój ojciec był peowiakiem, walczył z bolszewikami i tak jak dla niego, tak i dla mnie zawsze najważniejsza była niepodległość Polski. Dlatego w czasie okupacji niemieckiej walczyłem w oddziałach BCh i AK. Nigdy się z poglądami Kuronia nie identyfikowałem. Zresztą kiedy obaj byliśmy posłami, Kuroń powiedział mi, że nam jest nie po drodze. I to prawda, mnie z nim nie było po drodze.
Jak Pan przyjął porozumienie zawarte przy Okrągłym Stole?
– Najpierw była Magdalenka. Okrągły Stół był tylko doszlifowaniem uzgodnień z Magdalenki. Moim zdaniem, to porozumienie nie wypływało z naszej wewnętrznej sytuacji, ale z wyraźnej porażki ideologicznej, gospodarczej, technologicznej i militarnej Związku Sowieckiego w konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Wobec utraty gwarancji bezpieczeństwa od Gorbaczowa nasi komuniści zdecydowali się na porozumienie z „Solidarnością”. Tylko że w tej rozgrywce między „Solidarnością” a komunistami to komuniści byli reżyserami, a statystami ludzie „Solidarności”.
Pan nie uczestniczył w tych rozmowach?
– Przed Okrągłym Stołem myśmy już w zasadzie odtworzyli związek. Ale z Magdalenką i Okrągłym Stołem nie chciałem mieć nic wspólnego.
A proponowano Panu?
– Trzeba było samemu zgłaszać chęć, a ja tego nie zrobiłem.
Różnice wyszły na jaw, gdy był Pan posłem X kadencji Sejmu. Nie chciał Pan realizować porozumień z Magdalenki i sprzeciwiał się wyborowi gen. Jaruzelskiego na prezydenta…
– Rzeczywiście robiłem, co mogłem, żeby temu zapobiec, ale nie udało mi się. W czasie spotkania Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego z Wałęsą jako jedyny członek OKP zwróciłem się do niego z propozycją, żeby stanął do wyborów na prezydenta razem z Jaruzelskim. Wałęsa nie ustosunkował się do tego wtedy na zebraniu ani później. Na spotkaniu OKP z prof. Andrzejem Stelmachowskim, który relacjonował nam rozmowy z generałami Kiszczakiem i Jaruzelskim, spytałem profesora wprost, czy generałowie grozili szabelką. Odpowiedział, że tak. Stelmachowski przekazał nam, że w czasie głosowania jedynym kandydatem na prezydenta będzie Jaruzelski, a my w tym czasie wyjdziemy do kuluarów, żeby nie głosować. Zdenerwowałem się wtedy i powiedziałem: skoro brak wam odwagi, to ja jestem gotów kandydować na prezydenta RP, żeby tylko nie został nim Jaruzelski.
Ale nie kandydował Pan…
– Koledzy posłowie już nawet chcieli zbierać podpisy, bo trzeba było ich mieć 150. Ale mnie głównie chodziło o danie przykładu innym, o niedopuszczenie do wyboru Jaruzelskiego. Wiedziałem i nie kryłem tego, że z wrogiem władzą dzielić się nie wolno.
Czyli kwestionował Pan przedstawiany społeczeństwu jako „historyczny” kompromis zawarty przy Okrągłym Stole…
– Uważałem, że jeśli w Magdalence jeszcze nie wiedziano tak naprawdę, kto był silniejszy, to po wyborach wszystko było jasne. Totalnie przegrali je komuniści. Trzeba było to wykorzystać, gdyż w polityce liczy się aktualny układ sił. Gdyby Wałęsa miał trochę oleju w głowie, to po wyborach powiedziałby Jaruzelskiemu: kandyduję na prezydenta razem z panem, a jeśli wygram, gwarantuję panu, Kiszczakowi i może jeszcze kilku innym amnestię. A jeśli pan będzie chciał użyć szabelki, to niech pan się zastanowi, przeciwko komu się ona może obrócić. Jestem przekonany, że Jaruzelski nie odważyłby się użyć siły i przyjąłby te warunki. Wałęsa miał szansę, ale jej nie wykorzystał. Ze mną nie musiał się liczyć, ja nie byłem figurą w OKP. Figurami byli wtedy Kuroń, Michnik, Geremek. To byli doradcy Wałęsy. Może gdy do końca wyjaśni się sprawa TW „Bolka”, to rzuci na te decyzje jakieś nowe światło. Zobaczymy…
Pamięta Pan to głosowanie?
– Było imienne, a ja oczywiście głosowałem przeciwko Jaruzelskiemu. Dzieliłem wtedy pokój poselski z Waldemarem Pawlakiem. Przekonywałem go, żeby zagłosował przeciw Jaruzelskiemu. Ale zagłosował „za”. A zdecydował jeden głos.
Co, Pana zdaniem, dawała wtedy Wałęsie i obozowi „Solidarności” władza prezydencka?
– Twierdziłem, że nasz prezydent to tak naprawdę nasza władza. Przede wszystkim prezydent ma zwierzchnią władzę nad wojskiem, co wtedy było najważniejsze. Gdyby Wałęsa w 1989 r. został prezydentem, to dekretem mógłby przeprowadzić uzupełniające wolne wybory. Wtedy miałby swój parlament. Mógłby wprowadzić silne rządy prezydenckie, uzdrowić gospodarkę. W takim trudnym momencie historycznym to było bardzo ważne.
Ale później mieliśmy prezydenturę Lecha Wałęsy i nie jest ona dobrze oceniana.
– Rzeczywiście, Wałęsa nie dorósł do tej roli, w jakiej się znalazł po 1989 roku. Był za mały, dziś zresztą też jest małym człowiekiem. Nie dorósł do prezydentury, do tego zadania, tej misji, tych szans, jakie miał. Zmarnował je.
Jakie znaczenie dla solidarnościowego zrywu miał organizowany przez Pana bunt chłopów spod Milejowa?
– Przypomniałem o tym w czasie uroczystości 25. rocznicy Lubelskiego Lipca. Dlaczego – pytałem retorycznie – w 1980 r. jako pierwszy zbuntował się właśnie Świdnik, miasto, jakich w Polsce było wiele? Odpowiedziałem, że dwa lata wcześniej blisko Świdnika zbuntowali się chłopi. Świdniczanie jadąc przez nasze okolice na wypoczynek nad jeziora, byli kontrolowani przez SB, informowani, co się dzieje, dostawali od nas prasę niezależną. Ludzie z tych okolic pracowali w zakładach przemysłowych Świdnika i Lublina. Jeden z pracowników na oddziale kuźni pochodził z mojej miejscowości i przekazywał kolegom wieści, co się u nas dzieje. I w tych zakładach jako pierwsza zbuntowała się właśnie Kuźnia. Pociągnęła za sobą cały zakład, potem Lubelszczyznę, a po miesiącu, w czasie pamiętnego Sierpnia – całą Polskę. Na to nie zwraca się dziś uwagi, ale tak było.
Chce Pan powiedzieć, że to wy wywołaliście strajki sierpniowe?
– Bez przesady, ale żeby zapłonęło ognisko, nie wystarczy zgromadzić suche drewno. Potrzebna jest jeszcze malutka iskierka i to my byliśmy jedną z takich iskierek.
Adam Kruczek
