Z receptą na polu minowym

Z lek. med. Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu
Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, członkiem prezydium
Naczelnej Rady Lekarskiej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Strona rządowa ogłosiła sukces w negocjacjach, ale lekarze wciąż
prowadzą protest pieczątkowy. Jaki jest realny efekt spotkania z premierem i
ministrem zdrowia?

– Zespół do spraw współpracy z ministrem zdrowia w zakresie opracowania
niezbędnych zmian ustawy refundacyjnej i innych aktów prawnych powołany przez
Naczelną Radę Lekarską, który spotkał się w środę z ministrem Bartoszem
Arłukowiczem, wydał komunikat z przebiegu wspólnych prac, w którym zawarte są
pewne oczekiwania. Muszę powiedzieć, że głosowałem przeciwko, bo nie do końca
zgadzam się z treścią tego komunikatu i osobiście nie podpisałbym tego
dokumentu. Chcę jednak wyraźnie podkreślić, że był to tylko komunikat. Natomiast
minister Arłukowicz sprytnie ogłosił, że porozumiał się z Naczelną Radą
Lekarską, co jest nieprawdą. Wspomniany zespół miał określone upoważnienia i
kompetencje, i nic więcej. Tymczasem w czwartek minister, odwołując się do tego
komunikatu, powiedział, że oczekuje zawieszenia protestu. Wyraźnie chcę to
zaakcentować, na razie nie ma żadnych okoliczności, które pozwalałyby nam,
lekarzom, zawiesić protest. Otrzymaliśmy jedynie obietnicę, że zostanie wszczęty
proces legislacyjny dotyczący nowelizacji ustawy refundacyjnej w spornych
punktach oraz że prezes NFZ wyda komunikat o niekaralności lekarzy. To jest
jednak za mało, żeby przerwać protest. W tej sytuacji odstąpienie od protestu
oznaczałoby, że zgadzamy się pracować na warunkach obecnie obowiązującego prawa,
co jest nie do przyjęcia. Dopóki się nam nie zapewni odpowiednich warunków do
wystawiania recept refundowanych, tak żebyśmy nie stąpali, jak to obecnie ma
miejsce, po polu minowym albo nie grali w rosyjską ruletkę, to protestu nie
przerwiemy. Dopóki nie będzie konkretnych zmian, nie uwierzymy w żadne
zapewnienia czy komunikaty Ministerstwa Zdrowia. Środowisko jest podzielone,
ministerstwo o tym wie i mam wrażenie, że próbuje to wykorzystać.

To znaczy, że porozumienia nie ma?

– Porozumienia jako takiego nie ma. Jest to tylko i wyłącznie wyrażenie woli
porozumienia obu stron. Jest to przede wszystkim komunikat ministra z rozmów ze
wspomnianym na wstępie naszej rozmowy zespołem, a nie – jak się sugeruje – z
Naczelną Radą Lekarską. To, co podaje resort, mija się z rzeczywistością.

Kiedy lekarze zakończą protest?

– Moim zdaniem, protest zakończy się wówczas, kiedy zaistnieją odpowiednie
warunki, kiedy ustąpią przyczyny, dla których się rozpoczął. Te przyczyny to:
niewłaściwe rozporządzenie w sprawie recept lekarskich i zła ustawa
refundacyjna. Nie możemy się stosować do prawa, które jest, bo to złe prawo.
Jeżeli resort zdrowia zechce te wadliwe i szkodliwe akty prawne zmienić, a to
może potrwać nawet kilka miesięcy, to będzie to znak, że po drugiej stronie jest
wola porozumienia. Z drugiej strony nie mamy zamiaru przez te kilka miesięcy
oczekiwania pracować w tak niepewnych warunkach. Dlatego już teraz konieczny
jest tymczasowy akt prawny. Jaki – to już jest sprawa ministerstwa, który
zapewni lekarzom bezpieczne warunki wystawiania recept refundowanych. Być może
potrzebne jest do tego np. rozporządzenie, ale na pewno nie jest wystarczający
komunikat bez gwarancji prawnych, którym usiłuje się załatwić sprawę.

Co to tak naprawdę oznacza dla pacjentów?

– To oznacza, że ministerstwo wydało nie tylko zły akt prawny, przy którym
zarówno premier Tusk, jak i minister Arłukowicz obstają, ale że brakuje też
woli, by to niedobre prawo zmienić. Mało tego, usiłuje się szczuć pacjentów
przeciwko nam, lekarzom. Dlatego przypomnę, że nasz protest jest reakcją na złe
prawo i jeżeli ta ustawa przestanie działać, to protest bez niczego, natychmiast
umrze śmiercią naturalną. My zajmujemy się leczeniem, a w jaki sposób recepty
będą refundowane, nie zależy już od nas.

Wróćmy jeszcze do spotkania z ministrem Arłukowiczem. Do dziennikarzy
docierały dość niejasne informacje. Prezes Hamankiewicz mówił nawet o
"falowaniu" w sprawie odstąpienia od karania lekarzy, na co nie chciał się
zgodzić szef NFZ, interweniował premier?

– Żeby być uczciwym, to muszę powiedzieć, że podczas tego wielogodzinnego
spotkania w Ministerstwie Zdrowia były, owszem, pozytywne akcenty. Ale były też
momenty oznaki złej woli i to nakazuje nam bardzo ostrożnie patrzeć w najbliższą
przyszłość. Jeżeli zaś chodzi o interwencję premiera, to z uwagi na zaproszenie
do telewizji nie było mnie przy tym, ale wiem od kolegów, że około godz. 23.00
premier osobiście interweniował, co w efekcie zmiękczyło stanowisko prezesa
Paszkiewicza. Jednak moim zdaniem, zmiany prawne, jakiekolwiek by one nie były,
nie powinny się dokonywać w ten sposób, po telefonach i interwencjach
kogokolwiek. Zresztą nie byłoby tego całego zamieszania, z którym mamy obecnie
do czynienia, gdyby ustawa refundacyjna powstawała w normalnym trybie, w
prawidłowy sposób.

Co ma Pan na myśli?

– Chodzi o to, żeby zmiany w ochronie zdrowia były konsultowane ze
środowiskiem lekarskim. Oczywiście formalnie te konsultacje się odbywają, ale
nasze opinie w ogóle nie są brane pod uwagę. Dodam tylko, że nie jest to kwestia
wyłącznie tego rządu czy poprzedniego, ale wszystkich po kolei. Środowisko
medyczne tak naprawdę nie ma wpływu na to, co wchodzi do obiegu prawnego.
Podobnie było z ustawą refundacyjną, gdzie mieliśmy całą masę zastrzeżeń, ale
ministerstwo wiedziało lepiej. Może się narażę, ale dodam, że ok. 90 proc.
posłów, którzy zasiadają w ławach sejmowych, nie ma kompletnie pojęcia o tym, co
ta ustawa przyniosła. Dotyczy to także co drugiego posła w sejmowej Komisji
Zdrowia. W moim odczuciu, część posłów pełni jedynie funkcję maszynek do
głosowania i robi to, co każe partia. Przykre to, ale niestety prawdziwe.
Przykładem jest obecny minister zdrowia Bartosz Arłukowicz, który jeszcze
niedawno jako poseł SLD był przeciw ustawie refundacyjnej, a dzisiaj zachwala ją
jako najlepszy towar na świecie. To jest niepoważne. Owszem, mogę zrozumieć, że
jego sytuacja jest nie do pozazdroszczenia, a całe ministerstwo przejął z
dobrodziejstwem inwentarza i owszem, akt prawny, o którym rozmawiamy, nie jest
jego autorstwa, ale w każdej sytuacji trzeba mieć swoją godność. Jeżeli nie
jesteśmy do czegoś przekonani, to nie umierajmy za to.

Nikt nie zmuszał Arłukowicza do objęcia schedy po minister Kopacz.

– Oczywiście. Ministrem się bywa, a człowiekiem należy być. Ponadto jeżeli
chce się zachować twarz, to nie powinno się opowiadać bajek, w które samemu się
nie wierzy. Szkoda też, że tak niewiele mówi się o autorce tego prawnego bubla,
minister Kopacz, która chyba w nagrodę poszła stopień wyżej i dzisiaj piastuje
funkcję marszałka Sejmu. Patrząc na jej dokonania w ochronie zdrowia, można mieć
obawy o przyszłość parlamentaryzmu w Polsce.

Wiceminister Jakub Szulc zapowiedział, że w przyszłym tygodniu będzie
gotowy projekt nowelizacji ustawy refundacyjnej, ale postawił też warunek:
lekarze muszą zawiesić, a najlepiej przerwać protest pieczątkowy.

– Po tym, jak premier Tusk niedawno pakował nas prawie w kamasze, nic nas już
chyba nie jest w stanie zaskoczyć. Odbieramy to jako dyktat i potwierdzenie, że
strona rządowa tak naprawdę nie ma dobrej woli i chce jedynie odnieść sukces
medialny. Mam nadzieję, że coś się w tej sprawie zmieni, bo nie może być
inaczej, ale w mediach ma być to odebrane jako sukces rządu.

Panuje opinia, że lekarze nie chcą wypisywać recept.

– To nieprawda. Fakty są takie, że ta ustawa jest jedną wielką pułapką i
jeżeli zapiszemy pacjentowi dobry lek i pacjent zostanie wyleczony, to jako
lekarze możemy zapłacić karę za to, iż ten konkretny lek nie ma akurat
rejestracji w tej chorobie, choć inny preparat tej samej substancji, tylko o
innej nazwie handlowej, ma. Natomiast to, że nie został zarejestrowany, czyli
nie zapłacono za wydanie opinii, że może być w tej chorobie stosowany, choć ta
sama substancja, tylko o innej nazwie handlowej, może, to ktoś może nam
zarzucić, że zapisaliśmy preparat, który nie ma rejestracji. Takich pułapek
zarówno ustawa, jak i rozporządzenie zawierają mnóstwo, ale pacjenci o tym nie
wiedzą. Dlatego proszę się nie dziwić, że my się przed tym bronimy. To nie jest
nasz kaprys, kaprys lekarzy, ale nasza samoobrona.

Nie ufacie stronie rządowej?

– A dziwi się pan? Skoro odbywa się spotkanie zespołu z ministrem zdrowia i
wydawany jest komunikat, a za pośrednictwem mediów otrzymujemy informację, że
jest porozumienie z Naczelną Radą Lekarską. Czy takie postępowanie, graniczące z
manipulacją, zasługuje na zaufanie?

Winą za utrudnianie życia pacjentom premier obarczył lekarzy.

– Jest w tym sporo hipokryzji, ale spotkaliśmy się z premierem Tuskiem, bo
chcieliśmy wysondować, jaki jest stan jego wiedzy na temat ustawy refundacyjnej.
Chcieliśmy też sprawdzić, czy szef rządu ma tylko złych doradców, czy jest to
może przejaw jego złej woli. Przedstawiliśmy nasze bolączki od strony lekarskiej
i wydawało się nam, że sporo z nich premier uznał za słuszne. Ale pewnie z
powodów politycznych nie mógł nam przyznać racji.

Ale ktoś musi w końcu ustąpić.

– A dlaczego my? Czy mamy być współubezpieczycielami i sponsorami NFZ?
Osobiście się w tej roli nie widzę, podobnie jak tysiące moim kolegów, którzy
liczą, że ten pat się wreszcie skończy i wygra rozsądek.

Jaki będzie ciąg dalszy, jaki jest scenariusz na najbliższe dni?

– Wyartykułowaliśmy wyraźnie, że oczekujemy gwarancji, a komunikat prezydium
Naczelnej Rady Lekarskiej, iż przyjęliśmy sprawozdanie zespołu negocjacyjnego,
jest z naszej strony aktem dobrej woli. To jednak za mało, by móc powiedzieć
lekarzom, że od teraz wypisywanie recept jest bezpieczne. Zatem jakie będą
rekomendacje Naczelnej Rady Lekarskiej, która zbierze się na nadzwyczajnym
posiedzeniu 13 stycznia, tego nie wiem. Wszystko będzie zależało też od sytuacji
i tego, co wydarzy się w przyszłym tygodniu.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj