Wyrwano mnie matce siłą

Z ks. prof. Józefem Bazylakiem, emerytowanym profesorem psychologii, wypędzonym jako dziecko wraz z rodziną z Chajownik na Zamojszczyźnie, rozmawia Adam Kruczek



Ksiądz Profesor pochodzi z wioski, którą jako jedną z pierwszych dotknęły niemieckie wypędzenia Polaków z Zamojszczyzny w 1942 roku. Czy pamięta Ksiądz, kiedy to się stało?

– Tak, miałem wtedy 9 lat i wiele pamiętam, choć wówczas niewiele z tego rozumiałem. Niemcy zaczęli wysiedlenia w listopadzie 1942 roku. Akurat panowały wówczas mrozy sięgające -20 st. C, gdyż przedwcześnie nadeszła zima. Jedną z pierwszych wysiedlanych wsi były moje rodzinne Chajowniki i położone obok Nowa Lipina oraz Skierbieszów.



Jak przebiegała ta akcja?

– Wszystko odbyło się szybko i bardzo sprawnie. Wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, cała nasza wieś została otoczona przez wojsko. Następnie Niemcy wchodzili do każdego z domów i dawali 5 minut na spakowanie się. Potem spędzili wszystkich mieszkańców do przygotowanych furmanek i powieźli do Zamościa.

Znalazła się tam cała Księdza rodzina?

– Nie, tylko ja z rodzicami. Starszy ode mnie o 8 lat brat Bolesław nie dał się wziąć. Wymknął się Niemcom i zgłosił później do dziedzica Sosnowskiego, właściciela majątku w Chajownikach. Tam pracował w kancelarii do zakończenia wojny.

Jakie były dalsze losy Księdza i rodziców?

– W Zamościu zamknięto nas w barakach po sowieckich jeńcach, z którymi nie wiem, co Niemcy zrobili. Początkowo byłem razem z rodzicami. Jednak pewnej nocy wypędzono wszystkich pod słup z silną latarnią. Tam zaczęto odłączać dzieci od rodziców. Powstało zamieszanie, krzyki, płacze. Matki z całych sił trzymały dzieci w objęciach. Pamiętam, że moja mama też mnie tak trzymała, ale wyrwano mnie siłą. To wszystko było strasznie przejmujące. Ludzie mówili później, że nie zniósł tego nawet jeden z Niemców, który podobno zemdlał, ale ja tego nie widziałem.

Czy doświadczaliście pomocy zza drutów?

– Tak, cały czas. Choć wokół obozu były cztery wieże strażnicze z Niemcami, ludzie podchodzili pod same druty i przerzucali przez nie paczki z jedzeniem. Widząc to, Niemcy strzelali. Nie wiem, czy mierzyli w tych ludzi, czy na postrach. Po paczki trzeba było podbiec pod same druty, starsi się bali, więc najczęściej robiły to dzieci.

Czy po oddzieleniu od rodziców od razu wywieziono Was z obozu?

– Nie, najpierw osadzono w baraku nr 16 ogrodzonym kolczastymi drutami. Zupełnie odizolowano nas od rodziców. Ja swoich zobaczyłem dopiero po wojnie. Wywieziono ich na przymusowe roboty do Niemiec. Najpierw pracowali w zakładach zbrojeniowych w Berlinie, a po ich zbombardowaniu przez Amerykanów rodziców odesłano na wieś do bauera.

A co się stało z dziećmi?

– W obozie przejściowym w Zamościu byłem około miesiąca. Po selekcji znalazłem się w dużej grupie, którą bydlęcymi wagonami powieziono w kierunku Warszawy. Pamiętam, że był straszny mróz, a pociąg z Zamościa do Garwolina jechał 10 dni. W środku żadnego piecyka, więc marzliśmy niemiłosiernie. Całe dnie pociąg stał gdzieś na polach i stacjach. Gdy staliśmy dłużej w jednym miejscu, pod pociąg, mimo że pilnowali go uzbrojeni Niemcy, przychodzili miejscowi ludzie i wrzucali nam do wagonów jedzenie. W Garwolinie kazali nam wszystkim wysiąść. Po tych dziesięciu dniach nie mogłem się utrzymać na nogach i przewróciłem się. Wszystkie dzieci z naszego transportu trafiły za pośrednictwem sołtysów do polskich rodzin w okolicach Garwolina.

Dlaczego Niemcy Was zwolnili?

– Ja tego nie wiem na pewno, ale słyszałem po wojnie, że podobno wykupił nas od Niemców ordynat Jan Tomasz Zamoyski.

Do kogo Ksiądz Profesor trafił?

– To była wieś Warszówka położona w lasach, a ja zamieszałem u małżeństwa Rozumów, starszych, samotnych ludzi, zupełnie niezorientowanych w sytuacji. Pamiętam, że pytali o rodziców, i tłumaczyli mi, iż rodzice musieli poważnie „nabroić”, że ich zabrano i teraz to oni muszą się mną opiekować. Byłem tam dość długo, pomagałem w pracach polowych. Pamiętam, że moi opiekunowie dostawali na mnie codziennie litr mleka spod centryfugi, a więc po odciągnięciu śmietanki. W końcu chyba mnie polubili. Pojechałem tam po wojnie, ale już nie żyli, bo to byli wiekowi ludzie.

Tam doczekał Ksiądz końca wojny?

– Nie, ponieważ odszukali mnie dwaj bracia mamy należący do Armii Krajowej, wujowie Stanisław i Michał Suwałowie. Przyszli po mnie ludzie z miejscowej placówki AK. Pamiętam walenie w nocy do drzwi, strach. Spakowano moje rzeczy, a na odchodnym zobowiązano gospodarzy do zachowania tajemnicy, co się ze mną stało. To pamiętam i jeszcze to, że zupełnie nie wiedziałem, o co chodzi. Wsadzono mnie do pociągu, który jechał w kierunku Zamościa. Zostałem ukryty w sianie. Z Zamościa przewieziono mnie do Skierbieszowa.

A co się działo z Waszym domem rodzinnym?

– Dla mnie był on niedostępny, gdyż gospodarstwo przejęli Niemcy sprowadzeni z Besarabii, zwani czarnymi. Po powrocie w rodzinne strony zaczął się dla mnie trudny czas, gdyż co prawda byłem między swoimi, ale wujowie nie mogli się mną opiekować, bo byli w partyzantce w lasach bonieckich. Do końca wojny przerzucano mnie od wioski do wioski, od gospodarza do gospodarza. To było bardzo uciążliwe.

Czy miał Ksiądz jakieś wiadomości od rodziców?

– Początkowo żadnych. Od ludzi słyszałem tylko, że część dorosłych trafiła do obozu koncentracyjnego, a część na roboty do Niemiec. Gdzieś tak w połowie okupacji – nie wiem dokładnie kiedy, ale byłem już na Zamojszczyźnie – mama przysłała mi swoje zdjęcie i granatowy garniturek. Jakim cudem to do mnie dotarło – nie mam pojęcia. Ale wiedziałem od tego czasu, że rodzice żyją i pracują u bauera.

Jak przebiegało spotkanie z rodzicami po 4 latach rozłąki?

– Było bardzo rzewne. Ale początkowo, gdy zobaczyłem ich na dworcu w Zamościu, wydawali mi się jacyś inni, nie mogłem się do nich przyzwyczaić. Ale na szczęście to nie trwało długo.

Jakie były dalsze losy Księdza rodziny?

– Cóż, powróciliśmy na nasze gospodarstwo, które Niemcy opuścili. Za władzy ludowej najbardziej cierpieli moi trzej wujowie działający w AK, którzy nie pogodzili się z nowymi porządkami i pozostali w konspiracji niepodległościowej. UB ich ścigało, strzelano za nimi, jednemu rozebrano dom i stodołę, zrujnowano całe gospodarstwo. Aby uwolnić się od prześladowań, bracia wyjechali na Ziemie Odzyskane. Najgorszy los spotkał najmłodszego z braci Suwałów – Józefa. Ubecy złapali go i w drodze do Zamościa strasznie pobili. Odbili mu nerki i w niedługim czasie zmarł.

Czy często Ksiądz Profesor wraca pamięcią do czasu wypędzenia?

– Nie, rozmowa z panem jest pierwszym moim publicznym wspomnieniem tamtych czasów. To były tak traumatyczne przeżycia, że nie lubię do nich wracać ani o nich opowiadać. Wypierałem je ze swojej świadomości bądź też tłumiłem. To nie są miłe wspomnienia…

Dziękuję za rozmowę.

drukuj