Wybory w blasku katastrofy

Ta kampania wyborcza przejdzie do
historii. Była najkrótsza i zarazem najgorętsza. Nie z powodu jakiejś
niezwykłej aktywności sztabów wyborczych. Powodem temperatury bliskiej
wrzenia był fakt, że ujawniło się tak wiele rzeczy do tej pory
zakrytych. Nieistniejących w świadomości i wyobraźni wyborców. Zakrytych
przed szerszą publicznością przy użyciu najbardziej profesjonalnych
metod.

Ukryć usiłowano przede wszystkim fakt, że w tej
kampanii chodzi o być i nie być naszej Ojczyzny. Że te wybory nie są
takie same jak w wielu krajach „zaawansowanej demokracji”, gdzie różnice
między kandydatami są często trudne do uchwycenia. Tu gra toczy się o
wszystko. Worek z niewygodnymi faktami rozsypał się po całej Polsce
niczym rozbiegające się po szklanej tafli kuleczki rtęci. System
kontroli okazał się nieskuteczny. To, co miało pozostać zakryte,
ujawniło się w pełni. Dlaczego? Z pewnością nie wymyślono tego
wcześniej. Wydarzenia polityczne w naturalny sposób splotły się z
wydarzeniami żałoby narodowej w jedną nierozerwalną całość, wywołując
panikę i chaos w sztabach konkurencyjnych wobec kandydata namaszczonego
przez tragiczną śmierć brata – prezydenta RP, spiritus movens lotu do
Katynia, by uczcić pamięć tych, „których zdradzono o świcie”. A historia
tej zdrady stała się w jednej nieprzewidywalnej chwili własnością
całego świata.
Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyli Polacy „na starcie”
tej kampanii, był widok trumien, w których przywożono z Rosji, kolejno,
prezydenta RP i naszych braci Polaków. Naszych prawdziwych
przedstawicieli. Pięknych ludzi, których życiorysy – w większości
nieznane dotąd – obiegły kraj i Europę. Zwożono ich niczym z pola bitwy.
Czekały na nich kompanie honorowe i otwarte dzień i noc kościoły. Nikt
nie zaplanował tego scenariusza: że będą witani jak bohaterowie. Nie
przewidziano, że oprócz, przerażającego zaiste, widoku pola tej „bitwy”,
który mógłby odebrać nadzieję na długo, pozostanie w pamięci milionów
ludzi inny widok, jakże krzepiący. Obraz wspólnoty Polaków odradzającej
się przy tych trumnach i przy modlitwie za leżących w nich braci.
Uzupełnieniem
był obraz sierot, wdów i wdowców czekających na płycie lotniska na
swoich bliskich. Nie ma takiej gazety, takiej telewizji, której
„profesjonalizm” zdołałby ukryć czy zmienić wymowę tych faktów.
Podstawowy przekaz tej kampanii okazał się zupełnie niewerbalny i
zarazem niemożliwy do zmanipulowania. Jaki manifest, jaki happening,
jaką wymyśloną „narrację” można przeciwstawić wymowie oczekiwania na
powrót z Katynia ciał bliskich i przyjaciół? I jak można się odnaleźć w
tym oczekiwaniu, jeśli nie we wspólnej modlitwie zanoszonej do Boga?
Jakie
dowcipy wyborcze mogą zabrać z pamięci milionów ludzi to miejsce, które
wypełniły obrazy z Mszy św. pogrzebowej i pogrzebu Lecha Kaczyńskiego i
jego małżonki w bazylice Mariackiej i na Wawelu?
Żadne prognozy
polityczne czy też raczej przewidywania specjalistów od marketingu
politycznego i wizerunku – którzy uważają siebie za artystów, nie za
strategów politycznych – nie mogły uwzględnić faktu, że podstawową
treścią tej kampanii wyborczej będzie wspólnie przeżywana żałoba i
wielka modlitwa. Nawracanie się wielu ludzi, którzy pozostawali
wcześniej, przed 10 kwietnia, daleko od wiary. A także błyskawicznie
wykonana praca umysłów, nagle uwolnionych od przymusu korzystania z
codziennych podpowiedzi, co mianowicie przeżyliśmy dzisiaj w kraju, (i
jak to się czyta), zestawiających ze sobą w wolny wreszcie sposób fakty i
zdarzenia.

Polegli pod Katyniem
W tej kampanii
wyborczej o polityce informowali w istocie nie politycy, a ludzie
wyjaśniający okoliczności katastrofy smoleńskiej. Ci dostarczali
najbardziej rewelacyjnego materiału do przemyśleń – którym oddawała się
niemała część wyborców. Takich analiz nie spodziewano się już po
Polakach w gremiach, które obwieściły uroczyście, że dziś do ludzi
przemawia tylko obraz, że współczesny odbiorca mediów nie jest zdolny do
refleksji. Jarosław Kaczyński mógł spokojnie pokazywać się na spotach
wyborczych wśród młodych dębczaków, a nawet – w niektórych ilustrowanych
magazynach – przy przyprawianiu kurczaka smażonego we własnej kuchni
(to dla zaspokojenia ciekawości mniej wybrednej publiczności).
Specjaliści od badania przyczyn katastrofy – niezależnie od tego, którą z
wersji przyjmowali i dlaczego – wykonali praktycznie całą robotę
merytoryczną i polityczną. I to – można by rzec – z maestrią. Im więcej
ukazywano tu mylnych tropów, bezradności, a także umywania rąk
najważniejszych osób w państwie, zrzucania lekką ręką z siebie
odpowiedzialności za całą sekwencję wydarzeń prowadzących do katastrofy,
ujawniania iście azjatyckiego niechlujstwa, tym robiło się jaśniej. Tym
bardziej oczywisty obraz przebiegu zdarzeń i ich przyczyn układał się w
głowach odbiorców raportów przygotowanych przez specjalistów. A jeżeli
ktoś już raz zacznie sobie rzeczy w głowie układać, to mu ten nawyk
zostanie. I znów – niczego tu nie dało się zmanipulować. Koń, jaki jest,
każdy widzi. Szczątki tupolewa „przemówiły” wielkim głosem – choć
bynajmniej nie dlatego, że obchodzono się z nimi z oczekiwaną w Polsce
pieczołowitością i rygoryzmem wyznaczanym europejską normą
cywilizacyjną.

Strach przed polską wiarą i kulturą
życia

Wielka fala powodziowa dopełniła reszty. To nieprawda, że
zostaliśmy ukarani. Nieszczęście tysięcy ludzi, rozpacz rodzin
pogrążonych w bólu po stracie wszystkiego, to głos przestrogi wobec
beztroski i fatalnego zaniku pamięci mieszkańców tej ziemi, nad którą
powiał już w 1978 roku Boży Duch. A myśmy ten fakt zlekceważyli. To
kolejne wezwanie – po pontyfikacie Jana Pawła II, po obiecujących
początkach „Solidarności” – wezwanie do obrony na naszej ziemi
cywilizacji chrześcijańskiej. Do obrony ochrzczonego Narodu i państwa,
które może być kwitnące i bezpieczne, bo ma wszelkie do tego możliwości,
a jest deptane przez cywilizację obcą, której bronią jest gigantyczne,
bezwzględne, doprowadzone do perfekcji kłamstwo. Kłamstwo o człowieku i o
jego rzekomym porzuceniu przez Boga. Powódź skojarzona z informacją o
wielkim bogactwie naturalnym, jakim jest polski gaz ziemny, oraz z
energią i heroizmem tysięcy ludzi biorących udział w akcji ratowniczej i
pomocy powodzianom, to głos Kogoś, Kto nad Polską czuwa. Polacy, stać
was na więcej niż bycie popychadłem i kolonią w środku Europy!
Niewolnikami cudzej potęgi – jakże pozornej zresztą, gdy spojrzy się
realistycznie na sytuację społeczną i moralną w Niemczech czy w Rosji.
Macie sumienia. Jesteście odważni. Potraficie życie dać za przyjaciół –
bo Ksiądz Jerzy jest jednym z was. Przestańcie być uzależnieni od
cudzego przekazu i cudzych pieniędzy. Spójrzcie realnie na to, kim
jesteście. Na wasze życie, które jest darem, na możliwości i na zadania,
które są przed wami. Wasza Królowa mieszka w Niebie.
Cała propaganda
nowego liberalnego systemu skierowana jest na to, by odebrać Polakom
poczucie własnej wartości. By myśleli o sobie w kategoriach, z jednej
strony nieudacznictwa, z drugiej – bezradności; jako o najgorszym,
niezasługującym na szacunek i podziw Narodzie. Jest wręcz przeciwnie.
Katolicyzm Polaków to szkoła także życiowej praktycznej mądrości.
Ukazała to również wyraźnie majowa i czerwcowa powódź. W skrajnie
trudnych warunkach, wobec gigantycznych zaniedbań władz państwowych,
przy faktycznej nieobecności wielu niezbędnych ogniw i struktur państwa,
które w ciągu ostatnich lat „wyparowało” z naszego życia, Polacy
pracujący w większości na ochotnika, pokazali, jak potrafią być
solidarni, ofiarni, mądrzy. W nieszczęściu odbudowują więzi, które są
największą naszą narodową siłą, pokazują wrodzoną inteligencję,
przeciwstawiają się bierności. Powódź 2010 to obraz z jednej strony
tragiczny, z drugiej – heroiczny. Niczym rok 1920 – mobilizacja wielkiej
ochotniczej armii obrońców Ojczyzny, która nieuchronnie musi zastąpić
rozsypującą się w oczach oficjalną armię (ale nie jej wszystkich ludzi –
wśród nich jest przecież tak wielu patriotów).
Nie sposób w tym
miejscu nie wspomnieć, że w roku 1920, przed decydującą Bitwą
Warszawską, zostaliśmy jako Naród i państwo oddani Chrystusowi,
zawierzeni Sercu Jezusowemu. Uczyniło to duchowieństwo wraz z
Marszałkiem Józefem Piłsudskim i władzami państwowymi. Było to dokładnie
dziewięćdziesiąt lat temu, 19 czerwca 1920 roku.

Złamane
reguły brudnej gry

Cała obecna kampania wyborcza była jedną
wielką próbą – rozpisaną na dziesiątki epizodów – sprowokowania lidera
PiS. Nie było w tym względzie żadnych hamulców moralnych. Konkurencyjna
partia – jej cisi protegowani i oficjalni „towarzysze drogi” –
zaprezentowała szeroką paletę możliwości, które nie mieszczą się w
żadnych standardach krajów cywilizowanych i pochodzą z obszarów
podkultury barbarzyńskiej. I to wszystko z błyskiem w oku, przy wielkich
nakładach środków i gigantycznym nagłośnieniu. Próby te rozbiły się o
absolutny spokój niedoszłej ofiary prowokacji, osiągając jeden cel:
kompromitację ich autorów. Pozostawiły lidera PiS doskonale obojętnym.
Jarosław Kaczyński, nie reagując na nie, złamał reguły zaplanowanej
przez przeciwnika w szczegółach gry. I to był najistotniejszy sens jego
walki w tych wyborach: odrzucić reguły brudnej gry. Konsekwencją takiej
postawy jest zawsze uchodzenie za „głupiego” w oczach gawiedzi, zgoda na
„wyłączenie” i prześladowanie (założone przez przeciwnika, który musi
mieć opozycję, bo musi na ringu prężyć muskuły). „A najbardziej realnym
dowodem na to, że realna walka tu się właśnie rozgrywa, jest wściekłość,
dzika nienawiść, uderzająco nieproporcjonalna, z jaką nieprzyjaciel nas
zaatakuje, jeśli swój sprzeciw przeniesiemy na ten właśnie teren. Gdyż
wtedy dopiero poczuje się on zdemaskowanym” (Adrien Loubier, „Grupy
redukcyjne”).

Coś tak niekochanego jak prawda
Fajerwerki
w tej kampanii nie wypaliły. Gwałtowne ataki wesołości u
przedstawicieli Platformy Obywatelskiej brzmiały jak głuchy dzwon
pogrzebowy. Wszystko w cieniu – a raczej w tajemniczym, zaskakująco
jasnym świetle katastrofy smoleńskiej – nabierało innych kształtów i
miało inny koloryt. Walka o prezydenturę stała się w sposób oczywisty
walką o prawdę o katastrofie, a ta z kolei zamieniła się w prawdziwą
walkę o Polskę i wciągnęła ogromną rzeszę ludzi. Ludzi różnych
środowisk, zaangażowanych w wybory niekoniecznie z politycznych pobudek,
ale z ludzkich, chrześcijańskich i polskich motywacji.
To wielki
podarunek od Boga, że możemy dziś w Polsce brać udział w zmaganiu o
wartość największą. Zwłaszcza że prawda nie jest wartością, o którą
upomina się świat, preferujący słodko brzmiące kłamstewka i półprawdy.
Przypomnijmy choćby, ile razy w tej kampanii mówiło się o polskim
mesjanizmie, ani razu nie wymawiając imienia Chrystusa. I zapominając –
jak łatwo to przychodzi niektórym ludziom! – słowa Jana Pawła II, że
„Polski nie sposób zrozumieć bez Chrystusa”. Dziś, po tragedii
smoleńskiej, gdy Polsce przybyło męczenników, ta myśl ma niesłychaną
aktualność. Bez Prawdy, którą jest Chrystus, i poza prawdą, godząc się
na wszelkiego rodzaju manipulacje i zakłamywanie faktów, na deptanie
prawa moralnego, odbieranie państwom i narodom wolności – z powodu
niskiego pragmatyzmu czy koniunkturalizmu, lęku przed silniejszym czy
spodziewanych korzyści – nie da się zbudować nic trwałego. „(…) Tylko
ona [prawda] może przypomnieć i wytyczać drogę do udanego życia zarówno
dla jednostki, jak też i narodu” – wskazał Benedykt XVI w Portugalii. „W
rzeczywistości naród, który zapomni, czym jest jego prawda, zagubi się w
labiryntach czasu i historii, pozbawiony jasno określonych wartości i
wyraźnie wytyczonych wielkich celów”. To jakby słowa specjalnie dla nas,
choć Ojciec Święty wypowiedział je na spotkaniu z artystami i
naukowcami w Lizbonie. Ale ile razy w czasie tych wyjątkowych dwóch
miesięcy i dziesięciu dni Papież zwracał się do nas, Polaków, z jakże
ojcowskim i czułym wezwaniem, byśmy nie tracili nadziei… Dlaczego
Ojciec Święty wciąż o nas pamiętał?

Ewa Polak-Pałkiewicz

drukuj