Wszystko na jedną kartę

Rozmowa z Mariolą Zenik, libero reprezentacji Polski w siatkówce

Na razie jedyną drużyną, która na pewno będzie reprezentować Polskę na
igrzyskach w Londynie, są siatkarze. Nie udało się pójść w ich ślady piłkarzom
ręcznym oraz hokeistom na trawie. Powtórzycie Panie sukces kolegów po fachu?

– Mam nadzieję, że tak. Przed nami arcyciężki turniej kwalifikacyjny, paszporty
do Londynu zdobędzie tylko jeden zespół, najlepszy, ale jest we mnie głęboka
wiara, że wszystko potoczy się po naszej myśli. Czyli, że awansujemy.

Ligowy sezon, męczący i bardzo intensywny, zakończył się 27 marca, a już
10 kwietnia reprezentacja rozpoczęła zgrupowanie przed kwalifikacjami. Czasu na
odpoczynek nie było zbyt mało?

– Faktycznie, nie było czasu na złapanie oddechu, ale myślę sobie, że może to
dobrze. Tydzień z małym dodatkiem wolnego oznaczał, że praktycznie pozostałyśmy
w treningu. Gdyby ta przerwa potrwała dłużej, potrzebowałybyśmy więcej czasu na
przygotowania. Po dwóch, trzech tygodniach wolnego człowiek bywa zazwyczaj
rozlazły i stopniowo wchodzi na wyższy poziom, budując formę od podstaw. A tego
czasu nie ma, przecież walkę o Londyn zaczniemy 1 maja. Wszystko zatem ułożyło
się właściwie. Nie zdążyłyśmy zapomnieć, jak się gra w siatkówkę (śmiech).

Walka o Londyn zapowiada się jako wyjątkowa bitwa, z której zwycięsko
wyjdzie zaledwie jedna ekipa.

– Zgadza się, to będą praktycznie drugie mistrzostwa Europy, z czołowych
zespołów kontynentu zabraknie jedynie Włoszek, pewnych swego. Każda ekipa, która
przyjedzie do Ankary, będzie chciała za wszelką cenę osiągnąć swój cel i każda
będzie miała ku temu solidne argumenty. Dla nas będzie to jedyna, pierwsza i
ostatnia szansa powalczenia o Londyn. Presja i obciążenie psychiczne z tego
powodu na pewno będą spore, ale z drugiej strony jesteśmy do nich przyzwyczajone
i nie powinny nam przeszkodzić. Nie mamy nic do stracenia, musimy postawić
wszystko na jedną kartę. W kadrze występują doświadczone zawodniczki, które
doskonale wiedzą, co znaczy gra o wielką stawkę. Damy sobie radę!

Mówi Pani – drugie mistrzostwa Europy. Zgoda, tyle że na mistrzostwach
można zdobyć trzy medale, a i brązowy jest sukcesem. W Ankarze już drugie
miejsce będzie porażką, bo nic nie da.

– Zgadza się, ale my dwukrotnie zdobywałyśmy już mistrzostwo Europy, zatem
dlaczego nie miałybyśmy raz jeszcze okazać się najlepsze?

Polska trafiła do niezwykle mocnej i wyrównanej grupy, obok Rosji,
Holandii i Serbii. W drugiej zagrają Turcja, Chorwacja, Niemcy i Bułgaria i
gołym okiem widać, że trochę to wszystko zostało ustawione po gospodarsku.

– Cóż mogę powiedzieć, Turczynki, gospodarz, faktycznie będą miały łatwiejsze
zadanie, szczególnie na początku. Nie chcę jednak narzekać i doszukiwać się
drugiego dna. Na naszej drodze staną potęgi, jeśli je pokonamy, siłą rozpędu
pójdziemy dalej. Nie ma sensu zastanawiać się, z kim czekać nas będzie
łatwiejsza przeprawa, a z kim trudniejsza. Rosjanki, Holenderki i Serbki
prezentują najwyższy poziom.

Co zadecyduje o sukcesie w starciu z nimi?
– Trzeba zagrać perfekcyjnie, zarówno indywidualnie, jak i zespołowo. Każda z
nas będzie musiała wspiąć się na wyżyny, pokazać pełnię umiejętności, z
maksymalnym zaangażowaniem i koncentracją. Od razu jednak podkreślę, że nie są
to zespoły nie do pokonania, poza zasięgiem naszych możliwości. My też jesteśmy
świadome swojej wartości, mamy charaktery, jesteśmy waleczne i na pewno tanio
skóry nie sprzedamy.

Doskonale się Panie znacie, tak Wy rywalki, jak i one Was. Jakiś element
zaskoczenia będzie zatem w ogóle możliwy?

– Faktycznie się znamy, zatem pod względem taktycznym ciężko będzie kogoś
zaskoczyć. Z drugiej strony głowa trenera w tym, aby znaleźć jakiś sposób,
zawsze można bowiem coś w swoim stylu gry zmienić. Wydaje mi się jednak, że na
tak wysokim poziomie o sukcesie przesądzi dyspozycja dnia, podejście,
zaangażowanie.

Polska do boju przystąpi mocniejsza niż choćby na ostatnich
mistrzostwach Europy, do kadry wróciło kilka doświadczonych zawodniczek, m.in.
Pani.

– Trenerowi udało się zebrać najlepsze polskie siatkarki z wyjątkiem Gosi
Glinki. Do końca wierzyłam, że i ją uda się namówić, ale będziemy musiały sobie
radzić bez niej. Teraz tylko trzeba się zgrać, poznać na tyle, by na parkiecie
rozumieć się bez słów. Nie jest to łatwe zadanie, takie choćby Niemki
potrzebowały kilku lat, by zdobyć medal mistrzostw Europy. My mamy na to trzy
tygodnie, jednak jestem przekonana, że zdążymy.

I znów wracamy do sprawy czasu…
– Wszystkie z nas wiedzą, o co grają, żadna nie musi wskazywać celu, bo ten jest
oczywisty. W siatkówkę nie gramy też od wczoraj, a jesteśmy na tyle
doświadczone, by zrozumieć, jaką myśl i filozofię gry preferuje trener. Jasne,
że byłoby lepiej mieć tego czasu więcej, by każdy element doszlifować, ale
powtórzę – zdążymy, bo jest w nas mnóstwo determinacji, by na igrzyskach zagrać.
W turniejach, na których odnosiłyśmy w przeszłości sukcesy, naszą siłą zawsze
była zespołowość. Tak zresztą zazwyczaj bywa w sportach kobiecych, że układy
interpersonalne, "chemia" odgrywają ogromną rolę. Jednostka niczego nie wygra,
musi być zespół z krwi i kości, w którym jedna walczy za drugą. Jeśli tak się
zaprezentujemy, będzie dobrze.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz

 


W kwalifikacjach olimpijskich siatkarek (1-6 maja, Ankara) wystąpi osiem
drużyn podzielonych początkowo na dwie grupy. Polska w "B" zmierzy się z Rosją,
Holandią i Serbią, dwie czołowe ekipy awansują do półfinałów. Do Londynu
pojedzie tylko jedna drużyna – najlepsza.

drukuj