Wróżenie z fusów

Z mec. Piotrem Pszczółkowskim, pełnomocnikiem Jarosława Kaczyńskiego,
rozmawia Anna Ambroziak

Jakie są Pańskie oczekiwania wobec raportu Jerzego Milera, co powinno w nim
być?

– Zacznę od tego, że złożyłem wniosek do prokuratury wojskowej, iż powinna
dysponować na bieżąco wszystkimi nowymi ustaleniami w sprawie katastrofy
smoleńskiej. W odpowiedzi prokuratura określiła, że po zakończeniu prac komisji
Jerzego Millera otrzyma od niej wszystkie materiały. Uważam jednak, że śledztwo
prokuratorskie nie powinno na nic czekać, bo jest priorytetowe. A czeka. Co
więcej, nie tylko czeka, ale sądzę, że poczeka jeszcze długo. Nie można zastąpić
ustaleń prokuratorskich ustaleniami komisji Millera. One będą miały tylko
charakter informacyjny. Nie spodziewam się wiele po raporcie komisji Millera.
Jestem pełnomocnikiem w postępowaniu karnym. Dla mnie ten raport będzie miał
pewien walor informacyjny, może zetknę się dzięki temu z jakimiś ocenami – nie
sądzę jednak, bym zetknął się z jakimiś nowymi dowodami, które zwrócą moją
szczególną uwagę. Dla mnie raport nie ma pierwszoplanowego znaczenia. Jest to
raport komisji, która ma inny cel niż postępowanie karne. Komisja ma ustalić
pewne wytyczne, które pozwolą w przyszłości uniknąć takich incydentów. A ja mam
znaleźć w postępowaniu karnym zaniedbania i winne temu osoby. Więc nasze cele są
rozbieżne.

Jednak nie zaprzeczy Pan, że każdy dowód mający związek z katastrofą, każda
informacja powinna być weryfikowana, że niczego nie można pozbawiać pewnego
waloru przydatności.

– Oczywiście. Natomiast nie ma takiej możliwości, bym bezkrytycznie w ten raport
uwierzył. Tak samo, by uwierzyła weń prokuratura wojskowa.

Ale prokuratura twierdzi, że raport będzie ważnym dowodem.
– Prokurator jest zobligowany do tego, żeby na potrzeby własnego śledztwa
dokonać własnych opinii przy pomocy własnych biegłych. Nie ma takiej możliwości,
by śledztwo prokuratorskie było oparte wyłącznie na raporcie komisji Millera. W
związku z tym zastanawiam się, po co prokuratura na ten dokument czeka, jeśli
nie będzie on żadnym przełomem w śledztwie. Od samego początku powtarzam
konsekwentnie: nie ma takiego prawa, by komisja Millera dysponowała czymkolwiek,
czym nie dysponuje prokuratura. Prokuratura powinna pozyskiwać od komisji
Millera wszystkie dowody i prowadzić własne śledztwo przy pomocy własnych
biegłych i formułować w oparciu o to własne opinie. Tymczasem oczekuje na coś,
co ma bardzo akcesoryjne znaczenia.

Skąd więc ten szum medialny wokół raportu i skąd ciągłe odwlekanie jego
publikacji?

– Prokuratura podobno jest już odpolityczniona, więc zakładam, że robi wszystko
według sztuki i wiedzy prawniczej. Natomiast komisja, której szefuje Jerzy
Miller, jest komisją usytuowaną przy ministrze, minister jest z rządu, rząd jest
polityczny – tak jak zresztą każdy rząd. Dlatego to, co dzieje się wokół tego
raportu, oceniam jako rozgrywkę polityczną. Co więcej, ta komisja do tej pory
nie jest w stanie się wytłumaczyć, w oparciu o jakie przepisy prawa została
powołana, żeby w ogóle działać. Być może odpowie na to po publikacji raportu na
temat katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku.

Więc jednak jakieś oczekiwania wobec raportu Pan ma?
– Nie mam żadnych oczekiwań. Jestem pełnomocnikiem w sprawie karnej, nie
interesuje mnie "śledztwo" pana Millera. Dla mnie komisja ta nie jest
instytucją, która zazębia się ze sferą moich działań. Natomiast jeśli ktoś
politycznie chce na tym zrobić jakąś furorę, to zrobi.

Ani prokuratura, ani komisja nie dysponują jednak kluczowymi dowodami w
sprawie. Mam na myśli oryginalne czarne skrzynki, wrak. Jak raport należałoby
wobec tego traktować? Na jednym z posiedzeń zespołu smoleńskiego prof. Marek
Żylicz przyznał wręcz, że może to być zaledwie wstęp do dalszych analiz.
Wcześniej w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" mówił, że dokument ten nie będzie
miał statusu międzynarodowego.

– Ten raport, w mojej ocenie, należy traktować jako ułomny, jako wróżenie z
fusów oraz jako pewnego rodzaju nadużycie ze strony osób, które go formułują.

To surowa ocena.
– Nie można inaczej. Osoby te nie mają dostępu do najważniejszych dowodów,
trudno więc tu formułować wnioski kategoryczne. Na jednym z posiedzeń zespołu
smoleńskiego prof. Żylicz przyznał: nie widzieliśmy wraku, nie wiemy, dlaczego
lotnisko Siewiernyj nie zostało zamknięte.

Część rodzin ofiar katastrofy chce wglądu w treść polskiego raportu
opisującego jego przyczyny, zanim zostanie on upubliczniony.

– A po co? Żeby tylko się zdenerwować?

Rodziny uważają jednak, że warto, choćby po to, by przygotować się przed
podaniem opinii publicznej czegoś, co byłoby kolejnym jawnym nadużyciem typu
"pijany generał w kokpicie kazał lądować".

– Jestem innego zdania. Przecież komisja nie ma merytorycznych ustaleń, może
tylko dobre chęci, by coś pokazać. To będzie raport pisany od końca – od
wniosków. Nie ma właściwych źródeł, bo nie ma najistotniejszych dowodów. Mam
nadzieję, że ludzie, którzy się pod tym dokumentem podpiszą, kiedyś będą się
tego wstydzić.

Edmund Klich, były akredytowany przy MAK, mówił, że raport będzie druzgocący
dla strony polskiej. I że nie ma wątpliwości, że szereg błędów i zaniedbań w
ostatnich latach popełniony został w polskich Siłach Powietrznych.

– Na tym etapie formułowanie jakichkolwiek wniosków kategorycznych czy też
wymachiwanie oświadczeniami, że strona polska powinna się czegoś wstydzić…
byłbym ostrożny w formułowaniu jednego kategorycznego wniosku, żeby na przykład
obwiniać, oskarżać pilotów. Komisja nie ma do tego – merytorycznie rzecz ujmując
– żadnego prawa, bo nie ma żadnych dowodów. Żaden szanujący się sąd nie wydałby
orzeczenia w takim wypadku. Ale komisja nie jest sądem, więc nie wątpię, że
takie orzeczenie wyda.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj