Wilk syty i koza nostra – cała
Ajajajajajaj! No – co się wyprawia?! Toż to prawdziwa Sodomia i Gomoria!
Jeszcze nie zdążyliśmy porządnie pojednać się z Rosją, a już się podwajamy,
potrajamy, a kto wie, czy nawet się nie poczwarzamy! W dodatku gdyby działo się
to za sprawą złego Jarosława Kaczyńskiego, czy jeszcze gorszego Antoniego
Macierewicza, to sprawa byłaby jasna: na przekór miłującym pokój siłom jasności
i postępu swoim zwyczajem sypią piach w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów
("lać wodę, sypać piach; nie żałować materiału" – mawiają w sferach
wolnomularskich).
Tymczasem komenda: W tył zwrot, od pojednania z Rosją odmaszerować!, padła ze
strony najmniej oczekiwanej, bo od samego premiera Donalda Tuska. Sprawia on
dziś wrażenie człowieka obudzonego ze snu kamiennego ("kładzie się Feluś do snu
kamiennego, a kochanka jego – do biura śledczego, ojra, tariri ojra" – śpiewamy
w balladzie o Felku Zdankiewiczu), podobnie jak pan minister Radosław Sikorski,
który ostatnio prezentuje minę przestępcy z urodzenia, jakby wyszedł ze słynnego
"atlasu" Cezarego Lombroso. Bardzo to wszystko dziwne, nawet jeśli uwzględnimy
okoliczność, że zgodnie z podziałem wpływów, dokonanym w naszym nieszczęśliwym
kraju przez strategicznych partnerów, premier Tusk podlega raczej Naszej Złotej
Pani Anieli niż zimnemu rosyjskiemu czekiście Włodzimierzowi Putinowi, bo
podległość – podległością, ale przecież strategiczne partnerstwo – partnerstwem.
Tym dziwniejsze, że wygląda na to, iż nie uprzedził o tym zwrocie sygnatariuszy
apelu o pojednanie z Rosją z 5 maja ub.r., a więc m.in. Jerzego Baczyńskiego,
Leszka Balcerowicza, Włodzimierza Cimoszewicza, Michała Głowińskiego, Agnieszki
Graff, Agnieszki Holland, Jerzego Jedlickiego, Adama Michnika, Daniela Passenta,
Adama Daniela Rotfelda, Aleksandra Smolara, Kazimiery Szczuki, Magdaleny Środy,
Andrzeja Wajdy i JE abp. Józefa Życińskiego. Ponieważ tamten apel, podobnie jak
oficjalne działania rządu, sprawiał wrażenie skoordynowanego z nową linią
polityczną okupujących nasz nieszczęśliwy kraj Sił Wyższych, które po
katastrofie smoleńskiej postanowiły kuć żelazo póki gorące, bardzo trudno
wyjaśnić przyczyny, dla których wyciągnięta w pojednawczym geście dłoń
sygnatariuszy-ochotników napotka po stronie rosyjskiej próżnię albo nawet coś
jeszcze gorszego. Jedynym sensownym wyjaśnieniem, jakie przychodzi mi do głowy,
jest poddanie pojednania próbie niszczącej – oczywiście za zgodą strony
rosyjskiej – której przyszło to tym łatwiej, że żadne polskie dąsy niczego już w
rosyjskim raporcie nie zmienią. Utwierdza mnie w tych podejrzeniach zwłaszcza
skwapliwość TVN, która jeszcze do niedawna raczej stała na nieubłaganym gruncie
zaufania w wersje oficjalne i ustami swoich trefnisiów wyszydzała teorie
spiskowe, podczas gdy teraz pracowicie rozdziobuje najdrobniejsze wątpliwości,
jakby kapitałowo nie podlegała spółce ITI, tylko – dajmy na to – spółce
"Telegraf". W ten sposób i rosyjski wilk będzie syty i koza nostra – cała, a w
dodatku, przy okazji okrągłej rocznicy katastrofy, która przypadnie 10 kwietnia,
będzie mogła przelicytować w podejrzliwości i nieufności samego Jarosława
Kaczyńskiego. Sam premier Tusk by tego nie wymyślił; co to, to nie. Już na
pierwszy rzut oka widać rękę pierwszorzędnych fachowców, którzy od czasów
pamiętnego raportu ambasadora Ottona Magnusa von Stackelberga z 16 października
1772 roku, kiedy pisał do Petersburga, że "La liberte polonaise n´ayant jamais
porte sur l´imagination… a accutume la nation au seul culte de l´appareil
exterieur" (wolność polska zawsze skierowana w dziedzinę wyobraźni…
przyzwyczaiła naród do kultu działań zewnętrznych) – doskonale wiedzą, jak z
nami postępować i jakie makagigi podsuwać nam pod nos, żebyśmy dostali
zaczadzenia i już świata poza tym nie widzieli. Oczywiście nie było
najmniejszego powodu, by sygnatariuszy-ochotników, np. pana prof. Jerzego
Kłoczowskiego czy Jego Ekscelencję, a tym bardziej – panią Bakułę czy, dajmy na
to, przewielebnego ojca Wacława Oszajcę, dopuszczać w takich sprawach do
konfidencji. Najwyżej później wyjaśni im się po właściwej linii, że
wiecie-rozumiecie – a tymczasem – jak sugerował swoim wierzycielom feldkurat
Otto Katz z "Przygód dobrego wojaka Szwejka" – powinni "ufać".
Stanisław Michalkiewicz
