Więcej odpowiedzialności

Nielegalną działalność tabloidu "News of the World" bada specjalna
brytyjska komisja, a robi to otwarcie dzięki telewizyjnej transmisji. Ten
najbardziej poczytny w Wielkiej Brytanii brukowiec i z pewnością szmatławiec
(tak powszechnie mówiono o podobnych pismach, zanim wymyślono słowo "tabloid"),
ordynarnie szpiegował polityków, aktorów, sportowców i innych tzw. celebrytów, a
także rodziny żołnierzy, którzy zginęli w Iraku i Afganistanie. W celu zdobycia
sensacyjnych informacji opłacał hakerów internetowych, prywatnych detektywów,
policję i pewnie tajne służby.
Warto obserwować, jak władze i opinia publiczna na Wyspach poradzą sobie z
"aferą podsłuchową" i jakie wynikną z tego dla nas wnioski, gdyż rynek medialny
w Polsce nie wypracował dotąd żadnych własnych wzorców, bo od lat zapatrzony
jest ślepo w "zachodnie standardy medialne", a niekiedy w białoruskie.
Szczególnie interesujące wydają się te wątki dochodzenia komisji, które wskazują
na silne związki polityki z mediami. Były dziennikarz "News of the World" Andy
Coulson znalazł zatrudnienie u premiera Davida Camerona jako medialny doradca.
Jemima Khan, szefowa tego tabloidu, co trzeba oddać Murdochowi, zamkniętego w
iście błyskawicznym tempie, uznała za "niesprawiedliwe", że "News of the World",
jako jedyne pismo, zostało oskarżone o bliskie kontakty z politykami i policją.
I to z pewnością jest prawda. Mówi się też o częstych spotkaniach magnata
medialnego Ruperta Murdocha z premierem Cameronem, a przy okazji przywołuje się
te fakty, które świadczą o decydującym wpływie koncernu Murdocha na wyniki
wyborów parlamentarnych, i to od wielu już lat.
Bratanie się polityków z mediami nie jest obce także nad Wisłą. Ani władza, ani
media nie widzą tu dla siebie żadnego zagrożenia, wręcz przeciwnie, wspólne
zdjęcia uśmiechniętych polityków i dziennikarzy są na porządku dziennym.
Symbiozę tych dwóch światów, i to na najwyższym szczeblu, ilustrują najnowsze
zdjęcia prezydenta Bronisława Komorowskiego z szefem Krajowej Rady Radiofonii i
Telewizji Janem Dworakiem na łódce halsującej jezioro Dargin na Mazurach. (A
jaka przy okazji wspaniała i darmowa reklama dla jednej z wielu "wybranych" firm
czarterowych; zdjęcia na oficjalnej stronie internetowej prezydenta).
Urlopowana z "Gazety Wyborczej" na czas kadencji poselskiej szefowa Komisji
Kultury i Środków Przekazu Iwona Śledzińska-Katarasińska, z pewnością związkom z
tą właśnie gazetą zawdzięcza swoją funkcję, sprawowaną zresztą z najwyższą
gorliwością. Nie znaczy to oczywiście, że droga od dziennikarstwa do polityki
sama w sobie jest czymś złym. To jednak, jak często traktowana jest jako wręcz
naturalna, potwierdza jedynie silne związki łączące te dwa światy – politykę i
media.
Właściciele i wydawcy brytyjskiego brukowca zostali oskarżeni o korupcję i
nielegalne zbieranie informacji, czyli podsłuchy. Tą drogą zdobywa się dziś
najwięcej informacji, a Polska znajduje się w czołówce państw europejskich, w
których liczba legalnych podsłuchów jest największa. A ile jest nielegalnych? Aż
dziewięć służb specjalnych ma u nas prawo wejścia do operatorów sieci
komórkowych w celu sprawdzenia bazy danych, billingów czy lokalizacji telefonów.
W ubiegłym roku założono ponad 20 tysięcy legalnych podsłuchów i zgłoszono ponad
milion zapytań do operatorów o dane telekomunikacyjne. Przypominam te szokujące
zestawienie głównie dlatego, że zagraniczne media działające w Polsce, w tym
"nasze" tabloidy, z pewnością czerpią w ten sposób wiele swoich medialnych
informacji. Liczba tzw. przecieków z prokuratorskich śledztw, ujawnionych
informacji z tajnych dochodzeń, posiedzeń komisji też o tym świadczy. Telewizją
zaś wyspecjalizowaną w podsłuchach, stosującą wręcz metody pracy operacyjnej
charakterystycznej dla tajnych służb specjalnych, jest TVN. Dobrze, gdy dzięki
temu wykryją jakąś oszustkę posługującą się fałszywym dokumentem ukończenia
studiów wyższych, gorzej, gdy za zgodą wybranej posłanki zakładają podsłuch w
jej pokoju sejmowym, aby podsłuchać, co ma jej do powiedzenia inny poseł, tak
się składa, że z partii uznanej za wrogą dla tzw. elit III RP.
Zapewne podobną logiką działania musiała się kierować poseł Iwona
Śledzińska-Katarasińska, pisząc swój projekt opinii dla szefa KRRiT Jana Dworaka
(którego posadę uratował przyjaciel prezydent, przyjmując sprawozdanie KRRiT), w
"sprawie swobody wykonywania zawodu dziennikarskiego".
Napisała w niej o "czynnej i słownej napaści na dziennikarzy mediów" w czasie
pielgrzymki Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę przez jej "niektórych
uczestników". Uznała to "za ograniczenie możliwości wykonywania zawodu i
pogwałcenie zasad wolności słowa". Opinia zawiera też liczne propagandowe
wezwania pani poseł pod adresem organizatorów pielgrzymki, m.in. do "potępienia
i przeprosin", "wyciszenia emocji budujących atmosferę nienawiści",
"przestrzegania prawa".
O ile nielegalne podsłuchy są przestępstwem, z czym się wszyscy zgadzają, o tyle
poświadczanie nieprawdy przez deputowaną, szefową komisji, równocześnie byłą i
wciąż obecną, bo urlopowaną, dziennikarkę "Gazety Wyborczej", już nie.
Kiedy zapytano Murdocha seniora, czy czuje się odpowiedzialny za to, co się
stało, odpowiedział, że nie, gdyż to ludzie go zawiedli i oszukali. Zapewne
poseł Śledzińska-Katarasińska także nie będzie się poczuwała do
odpowiedzialności za publiczne kłamstwo, powielone przez wszystkie media w
Polsce, gdyż to ludzie wprowadzili ją w błąd. Tylko że za błędy – własne oraz
tych, którym ufamy, reprezentujemy czy zatrudniamy – też powinniśmy ponosić
odpowiedzialność, również prawną. Brak takiej odpowiedzialności, ucieczka od
niej, jest jedną z cech totalitarnego myślenia i działania.
 

Wojciech Reszczyński

drukuj