Polska zdobycz
22 lipca był przez prawie pół wieku oficjalnym, najważniejszym świętem
państwowym PRL, a zarazem przypomnieniem, że Polska Ludowa nie była suwerennym
bytem państwowym, ale całkowicie zależnym politycznie, militarnie i gospodarczo
od kolejnych władców Kremla. Święto 22 lipca komuniści ustanowili z okazji
utworzenia pierwszego samozwańczego "rządu" PRL, czyli tzw. Polskiego Komitetu
Wyzwolenia Narodowego – PKWN.
W tej nazwie wszystko było kłamstwem: komitet nie
był bowiem ani "polski", ani "wyzwolenia", ani "narodowy". PKWN został utworzony
w Moskwie na osobiste polecenie Stalina, a jego skład personalny ustalali:
osławiony szef NKWD Ławrientij Beria oraz generał Iwan Sierow – wielkorządca
NKWD na Polskę. PKWN został zainstalowany w Polsce przy pomocy sowieckich
czołgów w momencie krytycznym dla sprawy polskiej w II wojnie światowej i na
kilka dni przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Przewodniczącym komitetu
został Edward Osóbka-Morawski, a członkami byli m.in. Jakub Berman, Stanisław
Radkiewicz, Michał Rola-Żymierski, Hilary Minc, Franciszek Jóźwiak. Wszyscy oni
byli zdrajcami – targowiczanami XX wieku, renegatami na służbie Rosji
sowieckiej, tak samo jak ich następcy, m.in. Bierut, Gomułka, Cyrankiewicz,
Gierek, Jaruzelski, Kiszczak. Wszyscy oni rządzili Polakami w imię rosyjskiej, a
nie polskiej racji stanu. To właśnie 22 lipca 1944 roku rozpoczęły się w Polsce
rządy Moskwy i sowieckie panowanie.
Z historycznego punktu widzenia 22 lipca 1944 r. to jednoznaczna i bardzo ważna
data. Ale warto i należy zwrócić uwagę na fakt, że brak wyraźnej cezury
zakończenia tego sowieckiego panowania! 22 lipca 1944 roku Stalin jeszcze nie
wiedział, czy udało mu się na stałe zdobyć Polskę. Ale już niespełna rok
później, w czerwcu 1945 r., przed wyjazdem na konferencję "Wielkiej Trójki" w
Poczdamie, sowiecki dyktator tak zdefiniował znaczenie podbitej przez Armię
Czerwoną Polski: "To nie Niemcy, tylko Polska jest naszą największą zdobyczą
wojenną!". To zdanie Stalin – morderca, bandyta i ludobójca – wypowiedział w
trakcie uroczystości w Moskwie w obecności półtora tysiąca najważniejszych
sowieckich marszałków, generałów i dowódców. Ta definicja Stalina ma znaczenie
ponadczasowe i jest znana w Rosji do dziś. Podobnie jak powiedzenie "kurica nie
ptica, Polsza nie zagranica", przypisywane hrabiemu Nikicie Paninowi –
ministrowi spraw zagranicznych carycy Katarzyny II. Polska zdobycz od wieków
stanowiła dla Rosji problem, bo to przecież jeszcze car Piotr I w 1709 r.
sprecyzował miejsce Polski na mapie Europy oraz znaczenie dla rosyjskich planów
imperialnych: "Polska dla Rosji jest pomostem do Europy, a Bałtyk to nasze okno
na świat".
Minęła nie epoka, ale wiele epok. Żyjemy w XXI wieku i oto współczesna Rosja
Władimira Putina usiłuje odzyskać "polską zdobycz". To jest polityka
strategiczna obliczona na wiele lat. Jej ewidentnym celem jest izolacja oraz
osłabianie Polski na geopolitycznej mapie Europy i świata. Nie ulega
najmniejszej wątpliwości, że data 10 kwietnia 2010 roku i "katastrofa smoleńska"
stanowią newralgiczny moment tych działań Moskwy. Tę katastrofę mają w oczach
ciągle wszyscy, nie tylko zresztą Polacy. Ale oto Rosjanie usiłują po kryjomu,
podstępem odzyskiwać Polskę bardziej wyrafinowanymi metodami. Nawet za PRL nie
byliśmy tak uzależnieni od dostaw gazu i ropy naftowej z Rosji jak obecnie.
Rosja stara się od przełomu XX i XXI wieku energetycznie ubezwłasnowolnić
najważniejsze państwa Unii Europejskiej, a Polskę w pierwszej kolejności.
Obecnie okazuje się, że osławiony Gazprom, największy w Rosji i w świecie gigant
energetyczny, ma szansę w jednej transakcji w Niemczech zyskać dostęp do rynku
energetycznego kilku krajów, m.in. Czech, Słowacji i Polski. Gazprom właśnie
negocjuje zakup udziałów w RWE – największym niemieckim koncernie energetycznym
i jednym z największych w całej Unii Europejskiej.
Moskwie chodzi o to, by rosyjski potentat został głównym udziałowcem RWE. RWE ma
udziały nie tylko w Niemczech, ale też w krajach Europy Środkowej, a w Polsce
jest właścicielem warszawskiej spółki energetycznej Stoen, która dostarcza prąd
mieszkańcom Warszawy i ma 5 proc. udziałów w rynku sprzedaży energii
elektrycznej w Polsce. RWE jest nie tylko sprzedawcą, ale też udziałowcem sieci
przesyłowej w Czechach. Jeśli transakcja dojdzie do skutku, będzie mieć
przełomowe znaczenie nie tylko dla niemieckiego rynku, dla którego Gazprom jest
od lat głównym dostawcą gazu. Rosyjski potentat zyska pośrednio dostęp do
odbiorców gazu i energii w kilku krajach, niegdyś przez pół wieku podbitych
przez Rosję sowiecką.
Niemiecki RWE, podejmując rozmowy z rosyjskim Gazpromem, zrobił to za "cichym
przyzwoleniem" władz w Berlinie. Zatem gdyby obie firmy doszły do porozumienia,
nie będą miały problemu z uzyskaniem akceptacji swoich rządów. Tak oto Gazprom,
wykupując udziały w niemieckich koncernach energetycznych, załatwia sobie
automatycznie wejście na rynki krajów, które bardzo się przed nim broniły. Nie
będzie to wejście z fanfarami, ale wprost przeciwnie, tylnymi drzwiami, po
cichu. Tak aby Polacy, zajęci kampanią wyborczą i walką pomiędzy PO i PiS, nawet
nie zauważyli, że za prąd elektryczny będą płacili już nie firmie niemieckiej,
ale rosyjskiej. Aby odzyskać "polską zdobycz", Kreml nie potrzebuje w realiach
XXI wieku używać czołgów i samolotów z czerwoną gwiazdą, nadal będącą symbolem
rosyjskich sił zbrojnych. Rosja w XXI wieku stosuje swoje równie tradycyjne
sprawdzone metody podstępu i bezwzględnej siły w polityce zagranicznej,
tradycyjnie skierowanej przeciw Polsce.
Józef Szaniawski
