W „lwim uścisku” masonerii
W każdej odsłonie przetaczających się w Europie "wojen o kulturę" masoneria,
jeśli nie była w awangardzie, to gorąco przyklaskiwała kolejnym falom ataków na
Kościół i podstawowe prawa obywatelskie osób wierzących.
Masoneria – lub też sekta wolnomularska, jak nazywają ją kolejne dokumenty
papieskie formułujące Magisterium Kościoła w tym względzie – jest dzieckiem
XVIII wieku; wieku oświecenia, epoki, w której zaczęło powstawać zjawisko opinii
publicznej, kształtowanej przez rozwijający się błyskawicznie ruch wydawniczy,
salony i literackie kawiarnie. Masoneria była częścią tego formowania opinii
publicznej, profilowania jej w duchu zdecydowanie wrogim wobec dziedzictwa
chrześcijańskiej cywilizacji europejskiej i europejskiej wspólnoty narodów
chrześcijańskich (christianitas).
Trudno wyznaczyć początki wolnomularstwa. Zazwyczaj badacze tego zjawiska
wskazują na rok 1717, gdy w Londynie doszło do powstania pierwszej wielkiej loży
z połączenia istniejących już paru mniejszych lóż. Po kilku latach
wolnomularstwo rozprzestrzeniło się we Francji oraz w innych krajach zachodniej
Europy. W Polsce pierwsze loże zaczęły powstawać w okresie panowania Augusta III
Sasa.
Wyrób religiopodobny
"Wiek świateł", który miał ambicje bycia wiekiem emancypacji rozumu z "okowów
barbarzyństwa, ciemnoty i nietolerancji" – doskonale reprezentowanych, według
oświeceniowców, przez Kościół katolicki – w rzeczywistości obfitował w przykłady
systematycznego ulegania rozmaitym mitologiom, mistyfikacjom i zwykłej
szarlatanerii.
W XVIII wieku reprezentanci ówczesnych elit, którzy podpisywali się pod ładnie
brzmiącymi hasłami masońskimi głoszącymi braterstwo wszystkich ludzi oraz
"posłuszeństwo moralnemu prawu", musieli również podpisywać się pod masońską
mitologią, wedle której początki lóż sięgają budowniczych świątyni Salomona (Hiram
– rzekomy założyciel masonerii), a kontynuację znaleźli dzięki rycerskiemu
zakonowi templariuszy. Ci sami ludzie, którzy często naigrywali się z "zabobonów
ciemnego, katolickiego ludu", bez oporów oddawali się tyleż upokarzającym, co
dziwacznym rytuałom inicjacyjnym obowiązującym we wszystkich lożach
(przypomnijmy sobie opis tego rytuału w "Popiołach" Stefana Żeromskiego).
Niektóre loże wykształciły nawet swoistą "mowę ciała". Na przykład, wśród
brytyjskich i amerykańskich masonów na przełomie XVIII i XIX wieku popularne
było pozdrowienie w formie tzw. uścisku lwa (lion´s grip).
Wielu znanych w epoce oświecenia hochsztaplerów, fetowanych na salonach, było
masonami. Najgłośniejszy przypadek to hr. Cagliostro (właściwie Giuseppe Balsamo),
którego banialuki o eliksirze długowieczności (sam zapewniał, że żył w czasach
faraonów) zyskiwały wielu chętnych słuchaczy w lożach i na salonach. Jak mawiał
Gilbert K. Chesterton: dramatem nie jest to, że ludzie nie wierzą, ale to, że są
w stanie uwierzyć we wszystko.
Wielu wstępujących do powstającego wolnomularstwa wierzyło na przykład w to, co
napisał w 1723 r. James Anderson, jeden ze współtwórców pierwszej Wielkiej Loży
na Wyspach, który referując cele masonerii, stwierdzał: "Naszą polityką jest
tylko uczciwość, a naszą religią prawo natury i miłość Boga ponad wszystko, a
bliźniego jak siebie samego: to jest prawdziwa, pierwotna religia katolicka i
uniwersalna, uznawana za taką po wsze czasy i wieki".
Głoszenie haseł o miłości bliźniego miało przykryć rzecz najistotniejszą:
program "religii naturalnej", wypranej z wszelkiego wymiaru transcendencji. Na
pewno zaś bez odniesienia do Boga Trójjedynego. Jak zauważał prof. Marian Kukiel,
jeden z najwybitniejszych polskich historyków: "Im dalej w XVIII wiek, tym
więcej 'oświecony’ świat, który wyrzekł się wiary ojców, odrzucił religie
objawione, wyrzekł się całej ich potęgi emocjonalnej i odwrócił się od liturgii
przemawiającej do wyobraźni i serca, skłonny jest przyjąć masonerię jako religię
zastępczą, obywającą się bez dogmatów, zgodną z rozumem i z duchem czasu, a
dającą nieco strawy dla serca (braterstwo, humanitaryzm, filantropia) i dla
wyobraźni (czynnik tajemnicy, symbolika, obrzędy)".
Dodajmy, że w epoce oświecenia – które raczej można określić nie tyle wiekiem
rozumu, ile właśnie epoką zastępczych religii – te ostatnie kwitną w innych
pokrewnych, niekiedy afiliowanych niemal przy masonerii tajnych
stowarzyszeniach, takich jak różokrzyżowcy, illuminaci czy "martyniści". Jakże
wiele czasu upłynęło od ostatniego wieku rozumu, czasu scholastyków, tak bardzo
ufających rozumowi wspartemu przez łaskę.
Wolnomularskie loże stały się w XVIII i XIX wieku jednym z głównych kanałów
upowszechniania nie tylko dziwacznych rytuałów, ale również spiskowej wizji
świata. Masońskie publikacje roiły się bowiem od powielania zrodzonej w XVII
wieku w kręgu protestanckim teorii spisku jezuitów – pierwszej wielkiej teorii
spisku w nowożytnej Europie. Zanim zaczęto mówić o spiskach masońskich, sami
wolnomularze rozpisywali się o "pajęczej nici tajemnej władzy" Towarzystwa
Jezusowego.
Paraliż elit
W lipcu 1789 r. – u progu rewolucji francuskiej – jeden z francuskich masonów
napisał: "Każdy z nas wie, że nasz mistrz ks. Orleański przyczynił się
najbardziej ze wszystkich do szczęśliwej rewolucji, która się właśnie dokonała".
Z pewnością dużo prawdy jest w stwierdzeniu, że jedną z najważniejszych przyczyn
wybuchu rewolucji był kryzys elit (nie tylko francuskich). Z jednej strony
zostały one uwiedzione przez tzw. oświecony absolutyzm, a więc program budowy
nowoczesnego państwa, z tym że wyznacznikiem nowoczesności miała być jego
dominacja nad Kościołem. Dochodziło do tego, że oświeceni absolutyści (a
właściwie: despoci) nie tylko starali się dyktować Kościołowi, które zakony są
złe (wszystkie kontemplacyjne – bo "próżniaki", oraz jezuici – bo
"wichrzyciele"), a które dobre (np. pracujące w szpitalach), ale nawet chcieli
regulować liczbę świec na ołtarzu (temu zadaniu oddawał się np. cesarz Józef II
Habsburg). Z drugiej strony elity te były bardzo mocno infiltrowane, a tym samym
paraliżowane przez masonerię.
Któż pod koniec XVIII wieku nie był masonem! W lożach działali wszyscy wielcy
oświeceniowi philosophes (Monteskiusz, Wolter, encyklopedyści). Wolnomularzami
byli także przedstawiciele "starego porządku": poczynając od króla Ludwika XVI,
księcia Filipa Orleańskiego (królewskiego kuzyna, od 1771 r. wielkiego mistrza
Wielkiego Wschodu Francji – najpotężniejszej loży w tym kraju), a skończywszy na
wielu duchownych i wojskowych (tuż przed rewolucją istniało niemal 70 lóż tylko
dla oficerów i żołnierzy). Szacuje się, że w 1785 r. we Francji było ok. 30
tysięcy masonów, skupionych w niemal 600 lożach (w 1772 r. było ich tylko 102).
W samym Paryżu było ich wówczas 65.
Masonami byli: przyszły ojciec europejskiego konserwatyzmu Edmund Burke i
przyszły "doktor kontrrewolucji" Józef De Maistre, który jeszcze w 1782 r. snuł
plany zjednoczenia Kościołów dzięki zaangażowaniu lóż. Masonem (i to wielkim
mistrzem rytu szkockiego) był również książę Ferdynand Brunszwicki,
głównodowodzący wojsk prusko-austriackich mających w 1792 r. poskromić
rewolucyjną Francję, autor słynnego manifestu zapowiadającego zburzenie Paryża w
razie niewypuszczenia na wolność Ludwika XVI i jego rodziny (panujący w tym
czasie król Prus Fryderyk Wilhelm II był różokrzyżowcem). W tym więc sensie
rewolucja francuska i niektórzy jej antagoniści przypominali stworzonego przez
Zygmunta Krasińskiego hrabiego Henryka – obrońcę starego świata, który nie za
bardzo wiedział, w imię czego należy go bronić.
Kielnią i cyrklem o "nową kulturę"
Masoneria z pewnością miała swoje niepodważalne "zasługi" w obalaniu od 1789 r.
"starego ładu", opartego na zasadzie "sojuszu tronu i ołtarza", który we Francji
przybrał formułę monarchii katolickiej. Z takim państwem loże walczyły w XVIII
wieku oraz w następnych stuleciach. "Wielka diecezja bez granic" (jak określił
masonerię jeden z "braci" w połowie XIX wieku) była w okresie III Republiki
Francuskiej na przełomie XIX i XX wieku w awangardzie programu systematycznej i
bezwzględnie przeprowadzanej laicyzacji Francji. Nie jest to bynajmniej uleganie
powabowi spiskowej wizji świata. Wystarczy odwiedzić stronę internetową
francuskiego "Wielkiego Wschodu" lub jego paryską siedzibę (w każdym razie część
udostępnianą zwiedzającym), by się przekonać, że do dzisiaj ustawa z 1905 r. o
"rozdziale Kościoła od państwa" jest postrzegana przez francuską masonerię jako
jedno z jej największych osiągnięć.
Masonami byli bez wyjątku wszyscy – od Jules´a Ferry´ego po Emila Combes´a –
premierzy francuscy oraz ministrowie oświecenia publicznego, którzy od lat 70.
XIX wieku po 1905 r. wdrażali program laicyzacyjny, począwszy od usunięcia
Kościoła z publicznego szkolnictwa po ustawę o "rozdziale". Podczas kolejnych
fal antykatolickiego ustawodawstwa w liberalnej prasie można było przeczytać
oświadczenia rozmaitych lóż utrzymane w tonie entuzjastycznego poparcia.
Organizowano pod patronatem wolnomularzy "święta ludowe, demokratyczne i
antyklerykalne", podczas których zapewniano (jak w 1903 r.), że "republika to
masoneria, która wyszła ze swoich świątyń", i wytyczano plany dalszych działań:
"Skoro jeszcze nie zerwaliśmy z Rzymem, nie odwołaliśmy konkordatu, nie
stworzyliśmy systemu wychowania w całości laickiego i to na terenie całego kraju
– nic nie jest jeszcze zakończone".
Emil Combes, który przyznawał, że w masonerii "odnalazł swoją duchową ojczyznę",
oraz jego następcy sumiennie wyżej podane wytyczne realizowali. Francuska ustawa
z 1905 r. o "rozdziale Kościoła od państwa" była zresztą traktowana przez
"współbraci" z innych krajów jako najlepszy wzór do naśladowania. W 1911 r.
twórcy portugalskiej republiki, powstałej rok wcześniej dzięki zamachowi stanu
zorganizowanemu przez oficerów – braci lożowych, uchwalili własną ustawę
wzorowaną na francuskiej. Republikańska i laicka Portugalia już pod koniec 1911
r. pozbyła się ze swojego terytorium wszystkich portugalskich biskupów
protestujących przeciw antykatolickiej polityce republikańskiego rządu (w tym
względzie wsparcie znaleźli w Papieżu św. Piusie X, który podobnie jak w 1905
r., również w 1911 r. potępił samą zasadę "rozdziału Kościoła od państwa", która
stała się pretekstem dla oddzielenia religii od społeczeństwa). Matka Boża,
objawiając się w Fatimie w 1917 r., wzywała – z punktu widzenia systemu prawnego
laickiej republiki portugalskiej – do "czynów nielegalnych", takich jak na
przykład publiczne odmawianie Różańca (w myśl wspomnianego prawodawstwa było to
wzywanie do "ostentacyjnego kultu religijnego", za który groziła co najmniej
kara wysokiej grzywny).
Właściwie w każdej odsłonie przetaczających się w Europie na przełomie XIX i XX
wieku "wojen o kulturę" masoneria, jeśli nie była w awangardzie, to gorąco
przyklaskiwała kolejnym falom ataków na Kościół i podstawowe prawa obywatelskie
osób wierzących. Wolnomularskie loże w Niemczech popierały bismarckowski
Kulturkampf. Koryfeuszami procesu zjednoczeniowego Włoch, który w drugiej
połowie XIX wieku przybrał zdecydowanie antykatolickie oblicze (państwo
kościelne traktowano jako rzekomą przeszkodę na drodze zjednoczenia Italii),
byli członkowie masonerii – zarówno po stronie rządowej (Camillo Cavour, premier
Piemontu), jak i po stronie rewolucyjnej (Giuseppe Mazzini, Giuseppe Garibaldi).
Ten ostatni – fetowany po 1870 r. jako "bohater w czerwonej koszuli", "ojciec
zjednoczonych Włoch" – poza dowodzeniem w kolejnych wyprawach wojennych, był
autorem antykościelnej powieści, "demaskującej" rzekome lubieżne życie wysokich
dostojników Kościoła.
Ameryka musi być jak loża
Powstawanie kolejnych kolonii brytyjskich w Ameryce Północnej w XVIII wieku
oznaczało również przenoszenie na ten kontynent pierwszych lóż (w latach 30.
tego stulecia). W drugiej połowie XVIII w. można było zaobserwować dynamiczny
wzrost wolnomularstwa wśród kolonialnej elity. W latach 60. nastąpił rozrost
liczebny wolnomularstwa "dawnego rytu szkockiego", które w następnej dekadzie
będzie jednym z głównych motorów tzw. stronnictwa patriotycznego, które z kolei
wzniesie hasła oddzielenia się od Korony brytyjskiej i niepodległości.
Słynna "herbatka bostońska" z 1773 r. – uznawana za początek procesu wiodącego
do ogłoszenia Deklaracji Niepodległości w 1776 r. – była opracowana w lokalnych
bostońskich lożach i przeprowadzona przez ich członków. Wśród wielu ojców
założycieli USA (a więc autorów wspomnianej Deklaracji, jej sygnatariuszy,
uczestników pierwszego Kongresu, który ją zatwierdził) było wielu prominentnych
masonów. Dość wspomnieć w tym kontekście: Benjamina Franklina, Jerzego
Waszyngtona czy Johna Hancocka (speakera pierwszego Kongresu). Szczególnie wielu
masonów było wśród korpusu oficerskiego "armii kontynentalnej" walczącej w
latach 1776-1783 przeciw Brytyjczykom w udanej wojnie o niepodległość. Obok jej
głównodowodzącego (J. Waszyngtona) w lożach było zrzeszonych ok. 50 proc.
oficerów i generałów.
Pierwsze czterdzieści lat historii USA to okres bardzo szybkiego wzrostu liczby
lóż wolnomularskich w tym kraju. W połowie lat 20. XIX wieku w Stanach
Zjednoczonych (które obszarowo były wówczas o wiele mniejsze od dzisiejszych)
było więcej funkcjonujących lóż aniżeli we wszystkich innych krajach świata. Co
ciekawe, wzrostowi liczebnemu amerykańskiej masonerii towarzyszyło również coraz
większe utajnianie jej struktur (wykształca się wówczas struktura 33 stopni
wtajemniczenia). Znaczenie amerykańskiej masonerii w tym okresie znajduje swój
wyraz nie tylko w liczbach, ale również w bardzo mocno zarysowanej obecności
wolnomularstwa w sferze publicznej.
W 1789 r. pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych został Jerzy Waszyngton (od
1752 r. w loży). Prezydencką przysięgę odbierał od elekta pastor Robert
Livingston, wielki mistrz nowojorskiej loży. Biblia, na którą przysięgał
pierwszy prezydent, do tej pory była przechowywana w budynku loży. Do rangi
symbolu urosło również uroczyste położenie kamienia węgielnego pod budynek
Kongresu w nowej stolicy USA – Waszyngtonie – w 1793 roku. Uroczystość – pod
przewodnictwem prezydenta Waszyngtona ubranego z tej okazji w masoński fartuszek
– była przeprowadzona całkowicie w wolnomularskim rytuale i z wykorzystaniem
masońskiej symboliki. Tę ostatnią zresztą odnajdziemy nie tylko na amerykańskich
banknotach (słynna piramidka i "wszechwidzące oko"), ale również w oficjalnej
pieczęci państwowej USA (np. masońskie korzenie ma inskrypcja "Novus Ordo
Seclorum"). Zdaniem niektórych badaczy, nawet pierwotny układ nowej stolicy
państwa odzwierciedlał masońska symbolikę. Jak pisał w latach 90. XVIII wieku
Washington do swoich współbraci zrzeszonych w lożach, Stany Zjednoczone powinny
stać się tym, czym masoneria już jest – "lożą cnót".
Na przełomie XVIII i XIX wieku bardzo dużo publicznych uroczystości w USA
odbywało się w masońskim rytuale: otwieranie mostów, pierwszych uniwersytetów
(np. w Wirginii czy Północnej Karolinie) lub budynków władz stanowych (w
Massachusetts i Wirginii). Dochodziło do tego, że nawet uroczystości poświęcenia
nowych kościołów protestanckich w USA (wielu duchownych protestanckich należało
do lóż) odbywały się według masońskiego rytuału. Silną pozycję masonerii jako
jednego (choć, podkreślmy, nie jedynego) z ważnych elementów amerykańskiego
politycznego establishmentu potwierdziła druga połowa XIX wieku. Na przełomie
XIX i XX wieku wpływy amerykańskich lóż będą już wykraczały poza obszar USA,
wspierając także w innych krajach amerykańskiego kontynentu sprawę "wyzwolenia
człowieka z okowów ciemnoty i nietolerancji". Amerykańska masoneria bardzo
gorąco wsparła na przykład radykalnie antykatolicką politykę rządu
meksykańskiego na początku XX wieku.
"Deklaracja Niepodległości od masonerii"
Sprzeciw wobec ekspansji masonerii najczęściej – i słusznie – jest kojarzony
przede wszystkim z Kościołem katolickim. Rzeczywiście, kolejne orzeczenia
Papieży (od 1738 r.) definiujące Magisterium Kościoła w tym względzie
podkreślały zarówno niebezpieczeństwa doktrynalne (naturalizm, a niekiedy wprost
ateizm propagowany przez masonerię), jak i tajność działania wolnomularstwa,
które w ten sposób infiltrowało znaczne obszary życia publicznego.
Najlepszym dowodem na to, iż te orzeczenia nie były wynikiem jakiegoś ulegania
teoriom spiskowym, ale raczej rezultatem rzetelnej analizy sytuacji, była tzw.
afera fiszkowa we Francji na początku XX wieku. Okazało się bowiem, że rząd
Emila Combes´a zlecił wolnomularskim lożom gromadzenie konfidencjonalnych
materiałów dotyczących życia prywatnego francuskich oficerów podejrzanych o
"klerykalne skłonności" (czytaj: regularne chodzenie do kościoła w niedzielę lub
posyłanie dzieci do katolickich szkół). Tak zebrane materiały były następnie
podstawą do blokowania takim oficerom drogi awansu zawodowego.
Stany Zjednoczone – kraj, w którym masoneria (jak nigdzie indziej) rozbudowała
swoje struktury – były również świadkiem powstania pierwszego, całkowicie
świeckiego ruchu antymasońskiego. Wszystko zaczęło się w 1826 r. od tajemniczego
zniknięcia Williama Morrisa, eksmasona z Batavii (stan Nowy York), który
zapowiadał opublikowanie książki demaskującej wszystkie niegodziwości i tajne
machinacje (również gospodarcze) członków lóż. Gdy dodatkowo do opinii
publicznej przedostały się wiadomości, że masoni funkcjonujący w wymiarze
sprawiedliwości faktycznie sabotowali śledztwo w sprawie uprowadzenia Morrisa (i
najprawdopodobniej jego śmierci), oburzenie postępowaniem "braci" ogarnęło cały
kraj. Na przełomie lat 20. i 30. oddolny, antymasoński ruch objął całe Stany
Zjednoczone. Powstało ponad sto gazet i periodyków poświęconych antymasońskiej
tematyce. Organizowano setki antymasońskich mityngów, w tym także takich, w
których brali udział eksmasoni. Podczas jednego z nich w 1828 r. odczytano nawet
"Deklarację Niepodległości od masońskich instytucji".
Należy podkreślić, że ten antymasoński ruch – w sensie politycznym,
ultrademokratyczny – nie pochodził z inspiracji katolickiej (społeczność
katolicka w USA jest dopiero w powijakach, przed wielką migracją Irlandczyków w
latach 40. XIX wieku). Zaangażowało się w niego natomiast wielu duchownych i
członków rozmaitych Kościołów protestanckich. Wszyscy domagali się wprowadzenia
oficjalnego zakazu piastowania przez masonów urzędów publicznych niepochodzących
z wyboru i wprowadzenia państwowej ewidencji wszystkich lóż i ich członków.
Postulaty te nie zostały spełnione. Jednak antymasoński odruch amerykańskiego
społeczeństwa – pierwszy tego typu ruch oddolny wykraczający ponad dwupartyjny
schemat życia politycznego w USA – był dla wolnomularstwa bolesnym ciosem. W
ciągu kilkunastu lat amerykańska masoneria utraciła ponad połowę swoich
członków. Wielu Amerykanów, jak widać, nie chciało posłuchać wezwania swojego
pierwszego prezydenta, by Ameryka stała się "jak loża".
Prof. Grzegorz Kucharczyk
Autor jest kierownikiem Pracowni Historii Niemiec i Stosunków Polsko-Niemieckich
Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, autorem m.in. książek: "Czerwone
karty Kościoła", "Pierwszy holocaust XX wieku", "Kielnią i cyrklem. Laicyzacja
Francji w latach 1870-1914".
