Urwane dokumenty (cz. 2)
Edmund Klich: Zamieściliśmy kolorowe zdjęcia tych lamp, które były tam w
takim stanie nienajlepszym – to jest takie długie pismo z 20 sierpnia. Kolejne
pismo było z 15 września. Na szereg tych pism otrzymałem 20 września pismo od
pana Morozowa, w którym powołują się na załącznik 13. Wskazywał mi, że wszystko
jest w porządku, ja nie bardzo się z tym zgodziłem. Na końcu jest kuriozalne
zdanie, które bardzo mnie zdenerwowało, bo jest takie stwierdzenie: "A zatem
pańskie działania doprowadzą do opóźnienia terminu zakończenia badania
katastrofy, która nie tylko wstrząsnęła naszymi państwami, ale także całym
światem, co może negatywnie wpłynie na profilaktykę podobnych zdarzeń w tym
również lotnictwie RP".
Myślę, że było to mało grzeczne, bo moje dociekania stały się trudne chyba dla
strony MAK. W związku z tym na ostatni dzień naszego pobytu, 22 września,
przygotowałem kolejne pismo zbiorcze na 6 stronach, gdzie wypunktowałem całość
braków tej współpracy. 7 października także wysłałem jeszcze pismo uzupełniające
już z Polski, na co nie otrzymałem odpowiedzi, mimo że przedwczoraj po przylocie
prosiłem o pisemną odpowiedź na te pisma, odzewu żadnego nie było. Myślę, że tak
w bardzo dużym skrócie przedstawiłem te problemy współpracy ze stroną MAK.
Miller mnie upokorzył
Ryszard Kalisz: Jakie pan miał wsparcie ze strony rządu polskiego i jaka była
współpraca z rządem w zakresie wypełniania swojej funkcji?
Edmund Klich: Nie będę mówił o wniosku, będę mówił o faktach. Ja nie chcę wracać
do tych problemów ze Smoleńska, bo one są szeroko znane – brak tłumaczy, moje
monity do pana ministra Klicha z prośbą o przysłanie tłumaczy, w czasie rozmów
telefonicznych mówił, co ja tam robię, jestem od dwóch dni, a ja byłem za własne
pieniądze, bo jeszcze nie dotarły pieniądze z ministerstwa, że jaki ja jestem
organizator. W związku z tym prosiłem nawet pana ministra Grabarczyka, żeby mnie
odwołał z tej funkcji, jak nie mogę działać, a zdawałem sobie sprawę z
odpowiedzialności, jaka ciąży na mnie.
Nie mogłem działać, nie mając chociażby tłumacza, bo to wszystko byłoby bez
sensu… Były niestety przykre dla mnie sprawy, jeśli chodzi o współpracę z
naszą komisją pana ministra Millera. Minister Miller dwukrotnie poniżył mnie w
obecności Rosjan, ja to tak odczułem. Bo kiedy przyjechał pierwszy raz przegrać
rozmowy w kabinie i na to ja miałem zaproszenie i przedstawiciele wojskowi,
eksperci wojskowi, i miał być Morozow jako przewodniczący komisji, to zadzwonił
jakąś godzinę przed, że on sobie nie życzy, żebym ja był na tym spotkaniu.
Zaskoczyło mnie to, zadzwoniłem natychmiast do pana ministra Arabskiego,
sądziłem, że to jakieś nieporozumienie, ale nie dostałem żadnej decyzji. W
związku z tym powiedziałem Morozowowi, że ja na to nie idę i że Rosjanie
wycofali też Morozowa, żeby, jak gdyby, równowagę utrzymać. To samo miało
miejsce 9 czerwca.
Może jeszcze wspomnę, dlaczego ta reakcja pana ministra Millera taka była. Bo
kilka dni wcześniej, kiedy ja przyjechałem do Polski i miałem już odpisy rozmów
w kabinie, pan minister Miller poprosił mnie o udostępnienie, ja powiedziałem,
że nie, bo jest to naruszenie załącznika 13, a ja jeśli chcę być w Moskwie, to
sam muszę dbać o to, żebym nie naruszał, bo będzie to zarzut poważny co do mojej
osoby. No i wtedy widziałem, że się pan minister bardzo mocno zdenerwował.
Zresztą krytykował mnie i w mediach, i na swojej komisji, co uznałem, że nie
było najlepszym sposobem działania.
Po tym piśmie z prośbą o współpracę ja przekazałem informację, że wszystkie
dokumenty dostają wojskowi eksperci i mogą przekazać komisji pana Millera, bo są
zarazem jej członkami, natomiast wszystkie moje sprawozdania, które ja wykonuję,
idą do kancelarii premiera i jeśli tam zostaną przekazane, a wiem, że były
przekazywane, to ja też nie mam tutaj żadnych uwag, bo nie ma problemów,
natomiast ja wnioskowałem w związku z tym także o jakieś sprawozdania czy
wyciągi sprawozdań, żebym wiedział, jak lepiej pytać Rosjan. Odmówiono mi tego
dwukrotnie, bo uznano, że ta komisja jest w pełni tajna i ona nie może się
dzielić żadnymi informacjami, musiałem to przyjąć, nie było innego wyjścia,
chociaż były takie sytuacje, że miałem kłopot, bo pytania były z komisji Millera
przez specjalistów, natomiast ze strony rosyjskiej nie były zrozumiałe, ja ich
nie mogłem rozwinąć, bo nie wiedziałem, jaki był sens pytań. To też trochę
utrudniało prace. Poza tym, jak był dyskutowany problem tego lotu wojskowego,
cywilnego, Rosjanie przedstawili swoją opcję i z tego jasno wynikało, i to chyba
powiedział nawet Morozow, że tutaj zdejmuje całkowitą odpowiedzialność ze strony
rosyjskiej, jeśli chodzi o kierowanie lotami, natomiast pełnia decyzji należała
do załogi tu. I na tę dyskusję chciałem ściągnąć specjalistów z mojej komisji i
także Millera, nie dostałem na to zgody. Nawet na ten wylot przedwczorajszy,
nikt nie chciał lecieć z doradców ze mną, udało mi się wywalczyć, żeby poleciał
pan Michalak, który jest z instytutu technicznego, jest doskonałym specjalistą.
Minister Miller zadzwonił, że sam muszę lecieć, ale żaden z ekspertów nie
poleci. A w końcu mówi, poleci pan Żurkowski – jesteśmy z panem Żurkowskim
trochę w sporze, bo to jest były przewodniczący, który od 5 lat nie chce mi
podać ręki, i on był, natomiast pan Michalak w końcu po moich monitach poleciał
ze mną, ale pan Grochowski jeszcze dzwonił do dyrektora, żeby pana Michalaka nie
puścił, nie wiem o co tu chodziło, byłem zaskoczony tym.
Czy był sens jeździć do Moskwy?
Antoni Macierewicz: Nie ma wątpliwości, że debatujemy nad najważniejszą sprawą w
historii polskiego Sejmu i w historii naszej Ojczyzny. Zrozumiałem, że podczas
swojej pracy jako akredytowany natknął się pan na szereg trudności, które w
istocie podważyły sens pracy zarówno komisji lotniczej, tzw. MAK, jak i pańskiej
tam obecnośćci. Uniemożliwiono panu udział w jednej z zasadniczych czynności,
jaką jest oblot. I co jest jeszcze ważniejsze, ale ujawnił pan rzecz drugą
zupełnie kluczową, mianowicie, uniemożliwiono panu i stronie polskiej dostęp do
prawdopodobnie istniejących zdjęć schodzenia samolotu Tu-154, że istnieją
urządzenia, które powinny być włączone. Czy pan natychmiast poinformował o tym
premiera Tuska i czy postawił pan wniosek o konieczność wystąpienia w tej
sytuacji do strony rosyjskiej o przejęcie postępowania w tym zakresie, ze
względu na fakt niedotrzymywania przez stronę rosyjską warunków umożliwiających
rzeczywiste dojście do prawdy? Czy występował pan do strony rosyjskiej o
przejęcie postępowania, jeżeli chodzi o niszczenie dowodów, w szczególności
wraku, terenu katastrofy i czarnych skrzynek. Ten wrak widzieliśmy, jego szyby
były wybijane, jego części były cięte. Tłumaczenie pani Anodiny, że części były
cięte do zbadania, są kpiną nie tylko ze zdrowego umysłu, ale jeżeli pan mówi,
że był poniżany przez ministra RP, to chcę powiedzieć, że my wszyscy zostaliśmy
jako naród i poszczególni obywatele wczoraj poniżeni takim tłumaczeniem. Czy to,
co się stało na płycie lotniska, można nazwać rekonstrukcją i dlatego zniszczono
dowody? Czy pan wie, że przepisy Rosji dotyczące lotnictwa państwowego z 2004
r., że kierownik lotów lotniska ma obowiązek zezwalać albo zabraniać lądowania,
że ma też obowiązek wydać rozkaz odejścia na drugi krąg – taki rozkaz został
wydany wtedy, kiedy nie był możliwy do zrealizowania.
Edmund Klich: Uważam, że mój pobyt miał duży sens, bo o tych wszystkich
niedociągnięciach, a nawet zdjęciach czy braku tych zdjęć, czy rozmowach na
stanowisku dowodzenia, byśmy nie wiedzieli, bo przecież nie było żadnego
obowiązku przekazywania stronie polskiej przez stronę rosyjską ich urządzeń, ich
rejestratorów, my moglibyśmy oczywiście się domagać wraku, naszych
rejestratorów, wszystkich naszych rzeczy, ale ja nie jestem prawnikiem, więc nie
chcę tego rozstrzygać na punkcie prawa. Natomiast uważam, że mój pobyt miał
sens, bo ja wiem i moi doradcy wiedzą, czego nam brakuje. Znając rozmowy na
stanowisku dowodzenia, wiemy bardzo dużo z tych rozmów. Pan poseł powiedział, że
strona rosyjska ma zdjęcia, ja nie jestem w stanie potwierdzić, dostałem na
piśmie, że tych zdjęć nie ma. My jako przedstawiciele Polski podejrzewamy, że
mogą te zdjęcia być, bo na podstawie zeznań osoby, która włączała i sprawdzała
te urządzenie, ona nie potwierdziła, że zdjęcie były, tylko że urządzenie było
sprawne.
Nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o to urządzenie, to w czasie kontroli lotniska z
25 marca to jest też dokument bardzo istotny z punktu widzenia wiedzy o stanie
tego lotniska. Tam są uwagi co do niektórych urządzeń rejestracyjnych, że
powinny być wymienione. Te uwagi nie zostały uwzględnione przed dopuszczeniem
tego lotniska do kolejnych lądowań 7 i 10. Jeśli chodzi o informacje, ja w
swoich sprawozdaniach wszystkie te uwagi przekazywałem, natomiast wniosków nie
składałem, przekazywałem pisma do kancelarii premiera.
Jeśli chodzi o zabezpieczenie wraku, ja reagowałem wcześniej, tylko mówiłem, że
w lipcu i w sierpniu były rozmowy konkretne nad sposobem zabezpieczenia.
Natomiast jeśli chodzi o reakcje, ja przypominam sobie moją pierwszą reakcję,
jak w mediach pokazały się informacje, że na miejscu katastrofy są jakieś
jeszcze szczątki. Natychmiast dzwoniłem do Morozowa i nie wiem, czy to moja
reakcja, bo pan minister Kwiatkowski się wypowiadał, że dzwonił do swoich
odpowiedników. Tam od razu pokazał się patrol w tym miejscu Smoleńska, czy on
był skuteczny, czy nie – to już inna sprawa. Ale w każdym razie reakcja była, ja
w każdej takiej sytuacji reagowałem, nawet telefonicznie, będąc w Polsce, bo
tutaj mieliśmy taki kontakt, że każdy telefon był odbierany.
Jeśli chodzi o zasady lądowania na lotnisku w Smoleńsku, oczywiście ja mówiłem
wcześniej, że tych dokumentów myśmy nie otrzymali, a MAK uzasadniał wszystko, że
ten lot odbywał się według tzw. AIB Federacji Rosyjskiej, to są przepisy
lotnictwa cywilnego Rosji, które także dotyczą lotów międzynarodowych.
Oczywiście, nie mając informacji, szczególnie jeśli chodzi o działanie osób na
stanowisku dowodzenia i regulacji w tym zakresie, nie można ocenić działania
tych osób na tym stanowisku. Jeśli się nie ma tła, jak powinno być, to nie ma
różnic, jak było, i nie ma oceny. Więc ten zakres na pewno będzie trudny,
natomiast można pewne wnioski wyciągnąć z tych rozmów na wieży kontrolnej.
Jeśli ja powiedziałem "na ścieżce", to rzeczywiście to było, bo w tym miejscu
samolot powinien się znaleźć minimum 70 metrów, gdyby był na ścieżce i gdyby był
70 metrów nad bliższą radiolatarnią we właściwym profilu, więc on był poniżej,
bo tam był już na 10 metrach, więc pod ścieżką był już nad bliższą
radiolatarnią. Ja tu nie chcę zdradzać całego przebiegu badania, ale myślę, że
to już jest prawie ogólnie znane, bo ta brzoza, która jest ścięta, to jest to
pierwsze zderzenie, to jest to właśnie w rejonie bliższej radiolatarni.
A jeśli chodzi o kurs, to tak jak powiedziałem, ponieważ obserwator na bliższej
radiolatarni zobaczył iskrę, która przeszła od masztu, iskra przeszła między
prawym skrzydłem a odciągiem, więc licząc rozpiętość samolotu, to mógłby być
odchylony od osi pasa o jakieś 20 metrów, to nie jest na tej odległości dużo.
Fragmenty spotkania Edmunda Klicha z posłami 21.10.2010 roku. Zapis dźwiękowy TV
Trwam.
