Upiora komunizmu nie przebito osinowym kołkiem

Z prof. Curtisem Hancockiem, filozofem, wykładowcą w Rockhurst Jesuit University w Kansas City w stanie Missouri (USA), rozmawia Łukasz Sianożęcki



Jak zareagowali Amerykanie na wprowadzenie przez Wojciecha Jaruzelskiego stanu wojennego w Polsce w 1981 roku?

– Opinia publiczna w Stanach Zjednoczonych była zaskoczona, a jednocześnie zadowolona, że pojawiły się pierwsze pęknięcia w żelaznej kurtynie rozciągniętej nad Europą Środkowo-Wschodnią. Ludzie zarazem się obawiali, że może dojść do powtórki z Czechosłowacji z roku 1968, kiedy to Leonid Breżniew wysłał tam czołgi. Szczęśliwie „Solidarność”, przywództwo Ojca Świętego Jana Pawła II oraz nieprzejednana postawa prezydenta USA Ronalda Reagana zapobiegły powtórzeniu się tego tragicznego scenariusza. Większość Amerykanów poruszyła wieść o uwięzieniu Lecha Wałęsy. W tych dniach Reagan nieustannie przekazywał swoje poparcie dla całego ruchu „Solidarności”. Wtedy stało się wreszcie jasne, że głowa naszego państwa zdecydowanie, głośno i jednoznacznie sprzeciwia się „imperium zła”.

Dzięki prezydentowi Reaganowi Amerykanie mogli poznać prawdziwą twarz komunizmu. Jaki był odbiór takiej polityki w społeczeństwie?

– Ronald Reagan udowodnił, że prowadzona przez niektórych jego poprzedników polityka ustępstw nie jest produktywna. Pokazał, że mąż stanu musi umieć sprzeciwić się tyranowi, nawet jeśli większość z jego doradców mówi inaczej. Jego twarda retoryka wobec Moskwy z całą pewnością podnosiła na duchu Polaków, ale była agresywnie krytykowana przez przeciwników politycznych w samej Ameryce. Reagan zdawał sobie sprawę z tego, że USA posiadają na tyle dużą siłę, aby onieśmielać Związek Sowiecki. Podkreślał, iż „nie zamierza tańczyć tak, jak zagra Kreml”. Rozmieszczając amerykańskie rakiety w Skandynawii i odmawiając pójścia na jakiekolwiek ustępstwa wobec Gorbaczowa w Rejkiawiku, wysłał Sowietom jasną informację – że USA zamierzają przeznaczyć znaczącą ilość swoich dochodów, aby się bronić (co odbiło się choćby w programie tzw. wojen gwiezdnych). Kiedy Kreml zdał sobie sprawę, że nie ma wystarczających środków, aby rywalizować w tej materii ze Stanami Zjednoczonymi, mit o potędze ZSRS zaczął powoli upadać.

Teraz jednak ta historia została zmieniona przez prezydenta Baracka Obamę w trakcie jego wystąpienia w Norwegii, kiedy odbierał Pokojową Nagrodę Nobla. Powiedział on bowiem, że celem polityki Reagana było jakoby „zawstydzenie pierestrojki”. To oczywisty absurd. W swojej książce Gorbaczow definiuje pierestrojkę jako „zredukowany leninizm”. A przecież celem polityki prezydenta Reagana było zniszczenie leninizmu, gdzie i jak tylko się dało.

Sami Sowieci przyznawali, że osobą, która wyrządziła najwięcej szkód Związkowi Sowieckiemu, był pułkownik Ryszard Kulkiński. Co dziś mówią o tym człowieku amerykańskie media?

– Nawet pomimo ujawnienia, że pułkownik Kukliński był jednym z najważniejszych amerykańskich szpiegów, nie stał się jakąś wyjątkowo znaną osobą publiczną. Był oczywiście bardzo dobrze rozpoznawalny w środowiskach polsko-amerykańskich. Społeczność ta rozpowszechniała informacje o pułkowniku Kuklińskim, dlatego też jest lepiej znany wśród osób pamiętających prezydenturę Reagana i czasy komunizmu oraz stanu wojennego w Polsce. Nasi historycy obecnie doceniają rolę Kuklińskiego, ponieważ jego dokonania przypominają, kto w rzeczywistości w czasach generała Jaruzelskiego był polskim patriotą, a kto zwyczajnym sługą Moskwy przebranym w polski mundur. Mimo tego niektórzy „eksperci” twierdzą, że sprawa Kuklińskiego pokazuje, iż Amerykanie potrafią wmieszać się w sprawy Polski, i dlatego te dwa kraje nie mogą sobie wzajemnie ufać. Dane historyczne nie potwierdzają jednak tego typu rewelacji. Posługują się nimi jedynie osoby, które żywią jakieś sympatie do komunizmu lub są bezpośrednimi spadkobiercami partii komunistycznych, jak np. w Polsce. Jednak ludzie tacy jak pułkownik Kukliński są postrzegani pozytywnie, zwłaszcza ze względu na swój wkład w obalenie reżimu Kremla w Europie Środkowej.

Ideologia komunistyczna nie stała się jednak reliktem przeszłości.

– To prawda. Najsilniejsze gałęzie obecnego rządu w USA pozostają pod silnym wpływem radykalnych „ideologów postępu” – takich, o jakich Ameryka nie mogła śnić w najgorszych koszmarach. Wielu spośród nich czuje wstręt do bycia Amerykanami i nie identyfikuje się z tym krajem. Dlatego teraz jeżdżą za granicę i przepraszają za to, co Stany Zjednoczone uczyniły w swojej historii. Jak sami twierdzą, są dostarczycielami „dobrych wieści”. Wierzą w to bardzo mocno zwłaszcza teraz, kiedy są u władzy. W ich opinii, Ameryka ma być siłą rozpowszechniającą w świecie dobro. Aby to zrobić, musi spełnić trzy warunki. Po pierwsze – polityka appeasementu (ustępstw), po drugie – propagowanie internacjonalistyczno-globalistycznych idei, w których nawołuje się do porzucenia pojęcia państwa narodowego jako przeżytku. Wreszcie po trzecie – wykazanie się chęcią do prowadzenia dialogu dyplomatycznego z nawet najbardziej krwawymi reżimami. I takie podejście prezentuje właśnie obecna administracja, mająca co do siebie przekonanie, że jest pionierem w stosunkach międzynarodowych. Przerabialiśmy to już jednak i wiemy, jak jest to niebezpieczne. Żyjemy w ciężkich dla świata czasach. Ameryka wydaje się tracić swój moralny i polityczny kompas. Miejmy jednak nadzieję, że wkrótce ten statek znów złapie właściwy kurs.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj