„Solidarność” okazała się silniejsza od reżimu

Byłem wtedy młodym nauczycielem w szkole średniej, działaczem oświatowej
"Solidarności" w regionie gdańskim, redaktorem gazetki "Nasz Głos"
ukazującej się w Starogardzie Gdańskim. Powielana była
"nielegalnie" na kserokopiarkach w różnych zakładach pracy w mieście.
Zamieszczałem tam apele o uwolnienie więźniów politycznych, historyczny
kalendarz Polaka, pisałem o cenzurze i o zbrodni katyńskiej. Przeżywałem
wszystkie zmienne nastroje 16 miesięcy wolności – radości i uniesienia
przeplatane lękiem o najbliższą przyszłość. W lecie 1981 r. byłem
delegatem na I Regionalny Zjazd NSZZ "S" w regionie gdańskim. Wracałem
do domu smutny, pod wrażeniem bezsensownych sporów, które wybuchały z byle
powodu. Dziś wiem, że były one inspirowane przez tajnych współpracowników
SB. Kontrkandydatem dla Lecha Wałęsy na stanowisko przewodniczącego zarządu
regionu był Andrzej Gwiazda. Chciałem głosować na Wałęsę, który wówczas
był dla mnie niekwestionowanym bohaterem, ale grupa ludzi skupionych wokół Wałęsy
była tak agresywna i tak mocno sekowała Gwiazdę i jego zwolenników, że w
ostatniej chwili zmieniłem zdanie. Gwiazda przegrał, ale uzyskał więcej głosów,
niż można się było spodziewać, zważywszy na autorytet Wałęsy w tym
czasie.



Moim najpiękniejszym wspomnieniem z tych 16 miesięcy była gdańska uroczystość poświęcenia pomnika Poległych Stoczniowców 16 grudnia 1980 r. – z „Rotą” śpiewaną przez 200 tysięcy ludzi z całej Polski i z wysłuchaną w milczeniu przez ten tłum piękną „Lacrimosą” Krzysztofa Pendereckiego. I z nazwiskami poległych w grudniu 1970 r. chłopców, czytanymi z pasją przez Daniela Olbrychskiego. Każde z nich wbijało się w pamięć i w serce. Zapamiętałem też polową Mszę św. 3 maja 1980 r. w Starogardzie. Rynek miejski (większy niż Rynek Starego Miasta w Warszawie) wypełniony został do ostatniego miejsca. Było to na pewno największe zgromadzenie w 800-letniej historii miasta, a ja czułem się szczęśliwy, bo miałem zaszczyt być przewodniczącym komitetu organizacyjnego. Pamiętam, że jako organizatorzy bardzo się baliśmy jakiejś prowokacji, ostrzegano nas przed tym, ale nic złego się nie stało, solidarnościowa straż porządkowa mogła się spokojnie pomodlić razem ze wszystkimi. Po Mszy św. ludzie nie chcieli wracać do domów, stali jeszcze długo na rynku i rozmawiali.

Myślałem, że komuniści dostali „małpiego rozumu”

Poranne przemówienie Jaruzelskiego w telewizji 13 grudnia „roku pamiętnego” potraktowałem początkowo jak żart. Byłem przekonany, że komuniści po prostu nie wiedzą, co robią, że dostali jakiegoś „małpiego rozumu” i że Polacy nie zastosują się do żadnego z nakazów stanu wojennego. Samo wyrażenie „stan wojenny” wprawiło mnie w zdumienie, bo kojarzyło się z próbą pacyfikacji Polaków przed wybuchem Powstania Styczniowego! Postanowiłem natychmiast jechać do Gdańska, by na miejscu, w siedzibie Zarządu Regionu „S” we Wrzeszczu, poradzić się, co należy w tej sytuacji robić. Komunikacja działała jeszcze normalnie, dojechałem bez problemu autobusem i tramwajem. O wejściu do siedziby Zarządu Regionu nie było jednak mowy. W pobliżu stało pełno milicjantów i tajniaków. Ci drudzy nawet się specjalnie nie kryli z tym, kim są. Byli wulgarni i agresywni. Chyba wszystkie okna w siedzibie Zarządu były pootwierane, wydawało mi się, że coś przez te okna wcześniej wyrzucano. Przeszedłem na drugą stronę ulicy. Tam, mimo zakazów, gromadzili się ludzie. Po raz pierwszy dowiedziałem się o porannych aresztowaniach. Główną arterią Wrzeszcza, od ulicy Słowackiego w kierunku Gdańska, maszerowała duża kolumna zomowców, jak na defiladzie. Przygnębiające wrażenie. Kaski, długie plastikowe tarcze, pałki. Ludzie się jednak nie bali, byli raczej rozgniewani. Co chwila ktoś wołał głośno, najczęściej kobiety: „Gestapo!”. Zomowcy nie reagowali, wyglądali jak mumie z jakiegoś upiornego świata. Po jakimś czasie tajniacy za pomocą pogróżek i niewybrednych zaczepek zaczęli nas rozganiać.

W tym momencie przyszła mi do głowy niedobra myśl, że ci ludzie, którzy koło mnie stoją, to też nie wiadomo, co to za jedni. Pewnie inni myśleli wtedy tak samo o mnie… Kiedy patrzę na stan wojenny z perspektywy lat, to widzę go właśnie przez tę jedną chwilę: jako stopniowe odbieranie ludziom wzajemnego zaufania, które się narodziło na radosnej fali sierpniowego zwycięstwa. Stan wojenny był stanem wzajemnej nieufności, beznadziei, marazmu, braku perspektyw. Na tym przede wszystkim polegało grudniowe „ocalenie narodowe” w wydaniu Jaruzelskich, Kiszczaków i całej tej sowieckiej zgrai, która dziś, napompowana przez niegdysiejszych „rozsądnych opozycjonistów”, kreuje się niemal na bohaterów.

Stan wojenny to był dla nas czas rozdarcia

Mieliśmy z żoną obowiązki: starsza córka Elżbietka miała dwa i pół roku, Stefanek półtora roku, za dwa miesiące miała się urodzić Kasia. W pierwszych dniach po 13 grudnia rozważaliśmy zupełnie poważnie emigrację, czuliśmy się, jak wielu rodaków w tamtym czasie, po prostu osaczeni, pozbawieni planu na dalsze życie. Rozmyślaliśmy ze strachem, w jakim świecie będą żyć nasze dzieci. Czy to jeszcze będzie „stan wojenny”, gdy dorosną? Wiadomości o pacyfikacji Stoczni Gdańskiej i o śmierci strajkujących górników jeszcze to przygnębienie wzmagały, tak jak nadana przez radio homilia, a raczej kazanie księdza Prymasa Józefa Glempa, które w pierwszej chwili wydawało się nam, rozgorączkowanym i niecierpliwym, jakimś aktem kapitulacji, bo nie byliśmy wówczas w stanie zrozumieć ogromnego ciężaru odpowiedzialności księdza arcybiskupa za każde wypowiedziane słowo. Na wszystko patrzyło się wtedy z wielką goryczą i zawodem.

Pracowałem w szkole, liczyłem się ze zwolnieniem, ale zamiast tego odwiedził nas gminny komisarz stanu wojennego, wojskowy, który pozbawił nas złudzeń co do możliwości otrzymania obiecanego już przez dyrektora szkoły większego mieszkania służbowego. Mieliśmy więc, z trojgiem dzieci, pozostać w jednym pokoju o powierzchni 13 metrów kwadratowych.

Telewizja pogłębiała stan beznadziei. Pryszczata gęba Marka Barańskiego i ten mundur, niby-polski, a niepolski. I jeszcze ten drugi lektor o charakterystycznym nazwisku, pasującym do sytuacji jak ulał… Szybko zrezygnowaliśmy z telewizji, słuchaliśmy tylko radia: Wolnej Europy, Londynu. Ksiądz proboszcz z parafii św. Wojciecha w Starogardzie złożył mojej żonie wyrazy współczucia z powodu internowania męża, był o tym przekonany. Nie byłem jednak internowany. Wydaje mi się, że chodziło wtedy przede wszystkim o izolowanie działaczy „S”, potencjalnych organizatorów strajków, z zakładów pracy. Nauczycieli się nie bali, przygotowywali już dla nich „weryfikacje”, które ja ominąłem, wyjeżdżając wkrótce z rodziną do sąsiedniego województwa i podejmując pracę w domu dziecka, by przeczekać najgorsze. Mimo ogólnej sytuacji w kraju nie był to dla mnie stracony czas.

Pocieszeniem stało się hasło: „WRON-a skona!”

Tymczasem zbieraliśmy wiadomości, zanosiliśmy skromne dary dla internowanych przed wyjazdem na widzenie członków ich rodzin i namawialiśmy innych do takich działań. Wkrótce też pojawiły się aktualne druki drugiego obiegu wydawane na bardzo prymitywnych powielaczach, prawie nieczytelne, komentujące stan wojenny. Hasłem tego czasu były słowa: „WRON-a skona!”, i stanowiło to jakąś pociechę. Świetna była satyryczna szopka noworoczna z Jaruzelskim jako szefem krwawej junty pułkowników. Takie rzeczy przepisywało się i przekazywało innym. Mam do dziś spory zbiór. Wśród tych tekstów wyróżniała się „Zomokotywa”, parafraza znanego wiersza dla dzieci:

Stoi na placu oddział milicji,

silny i zwarty, pełen ambicji.

Bój się milicji!

Stoi i sapie, dyszy i chrzęści,

wśród łbów zakutych pały i pięści.

Z nimi „działacze” się przyczaili,

bardzo przewrotni, obłudnie mili.

Chcą na Syberii urządzić biwak

– pierwszy z nich Wojciech,

drugi zaś Siwak.

Jest też Olszowski – doczekał chwili,

gdy „Solidarność” dziś będą bili.

Czwarty w tej pace głos to Rakowski,

piąty brew zmarszczył to Obodowski.

Szósty zaś d… ma zamiast głowy,

doczep jej uszy – Urban gotowy!

Siódmy to pisarz wielki Żukrowski,

ósmy Krasiński – kretyn beztroski.



Dalej było w podobnym stylu, a na końcu dopisek: „Człowieka żadna śmierć nie cieszy, ale… dziś umarł Susłow”… Michaił Susłow – przypomnę młodym czytelnikom – to była wielka szycha w sowieckim politbiurze. Odpowiadał za ideologię w Sowietach i w „bratnich krajach”.

Ale nie byliśmy sami…

Kiedy dziś czytam tę „Zomokotywę”, uświadamiam sobie bolesny rozziew między naszymi ówczesnymi opiniami o Jaruzelskich, Siwakach, Rakowskich i innych, a opiniami kształtowanymi o nich obecnie, w czasach pookrągłostołowej poprawności i smrodliwego aliansu między niegdysiejszymi sowieciarzami – dziś wypromowanymi na „lewicę” – a „rozsądną opozycją”. Dlatego uważam, że stan wojenny był prawdziwym końcem polskiej „Solidarności”. Potem, pod koniec lat 80., była już tylko nazwa i charakterystyczny znaczek, potrzebne do mistyfikacji przy Okrągłym Stole. Na szczęście ta pierwsza „Solidarność” ocalała jeszcze w naszych sercach, bo nie zostaliśmy sami. Był jeszcze człowiek w białej sutannie, który – kiedy wymagała tego sytuacja – mówił „za nas”, jak to sam później przyznał na gdańskiej Zaspie. Gdyby nie Jan Paweł II, zapamiętalibyśmy ten czas jako upadek nadziei. Lecz nadzieja była w jego słowach i myśmy mu zawierzyli.


Piotr Szubarczyk, IPN Gdańsk
drukuj