Ukryte dno ACTA

ACTA, czyli Anti-Counterfeiting Trade Agreement, ma dwa oblicza. Po
pierwsze, ten akt prawny jest skierowany przeciwko pirackiej ekonomii Chin,
która powoli podbija świat; po drugie – to próba ograniczenia piractwa
internetowego, które polega głównie na upowszechnianiu dopiero co wprowadzonych
na rynek filmów. Jednak zapisy prawne, które zawarte są w ACTA, mogą ograniczyć
wymianę myśli i idei, co w konsekwencji może doprowadzić do prawdziwej
katastrofy ekonomicznej.

Pomysł międzynarodowego porozumienia w sprawie ochrony własności
intelektualnej rozwijany był od 2006 r. głównie przez – jest to fakt niezwykle
istotny – Japonię i USA. Poza stronami rządowymi do konsultacji dopuszczone były
tylko komitety doradcze złożone z przedstawicieli dużych korporacji
amerykańskich, co od początku wzbudziło podejrzenia internautów, że ACTA ma w
założeniu ograniczyć wolność wymiany myśli i idei w internecie. Tajny tryb
uchwalania prawa oraz sama treść ACTA, która jednak przeciekła do opinii
publicznej, doprowadziły do gwałtownego protestu prawników amerykańskich
zajmujących się funkcjonowaniem internetu, którzy wystosowali list do prezydenta
Baracka Obamy z apelem o wstrzymanie prac nad ACTA. Należy zwrócić uwagę, że
wśród sygnatariuszy listu znaleźli się zwolennicy Demokratów i aktualnego
prezydenta USA, m.in. prof. Lawrence Lessig, autor "Wolnej kultury", wydanej w
Polsce w 2005 r., czy Yochai Benkler, lewicowy propagator wolnej ekonomii, autor
"Bogactwa sieci – jak produkcja społeczna zmienia rynki i wolność", wydanej w
Polsce w 2008 roku. Podkreślali oni fakt, że internet jest dobrem publicznym, w
którym prawo własności intelektualnej musi funkcjonować inaczej niż w czasach,
kiedy "światowa pajęczyna" jeszcze nie istniała, oraz sprzeciwiali się tajnemu
uchwalaniu ACTA.

1 października 2011 r. w Tokio umowę ACTA podpisały: Kanada, Stany
Zjednoczone, Australia, Japonia, Maroko, Nowa Zelandia, Singapur i Korea
Południowa. Meksyk, Szwajcaria oraz Unia Europejska wstrzymały się ze złożeniem
podpisu, ale wzięły udział w ceremonii oraz potwierdziły swoje poparcie dla
inicjatywy. Jednak zarówno UE, jak i polski rząd popełniły rażące błędy w
podpisywaniu ACTA. Po pierwsze, Rada UEpodjęła decyzję o podpisaniu układu w
czasie polskiej prezydencji, pod przewodnictwem polskiego ministra Marka
Sawickiego. Decyzja ta zapadła ponad miesiąc temu. Nie odbyła się żadna
dyskusja, konsultacja społeczna czy nawet publiczna dyskusja ekspertów. Po
drugie, decyzja o układzie została ogłoszona na 40 stronie komunikatu prasowego,
czyli w internetowym podziemiu, co było kpiną ze społeczności internautów,
którzy w odpowiedzi na ten antydemokratyczny tryb wprowadzania prawa
unieruchomili w Polsce wiele stronic rządowych – co nie jest wcale trudne – a w
poniedziałek rano włamali się na portal premiera RP. Okazało się to bardzo
proste, ponieważ panel administracyjny witryny www.premier.gov.pl chroniły tak
oczywiste login i hasło, jak admin/admin1, co każde 10-letnie dziecko zgaduje w
kilka sekund.

ACTA kontra Chiny

Każdy klient bazarów w Nowym Jorku, Warszawie czy Paryżu, słysząc słowa:
"porozumienie przeciw obrotowi podróbkami", skojarzy je natychmiast z Chinami, w
których masowo produkuje się podróbki różnych towarów. Po lekturze całego
dokumentu ACTA (28 stron maszynopisu) można dojść do wniosku, że umowa ma być
bronią w walce z dominacją ekonomiczną Chin budowaną na podróbkach i piratowaniu
wszystkiego. Wszyscy internauci skupili się naniedookreśloności przepisów
chroniących prawo własności intelektualnej, pod które przy odrobinie złej woli
administracji można podciągnąć wszystko, zapominając, że w Chinach od lat
kwitnie piractwo informatyczne na niespotykaną gdzie indziej skalę, produkuje
się tam towary z cenionym logo, np. koszulki Lacoste´a, i sprzedaje je się jako
oryginał za 1/50 ceny itd. Ale to nie wszystko, ponieważ Chiny umieją w
perfekcyjny sposób zastosować w swojej ekonomii zasady organizacji gospodarczej
propagowanej właśnie przez zwolenników praktycznego zniesienia własności
intelektualnej; ta nowa organizacja ekonomii nazywana jest wikinomią albo
produkcją partnerską.

Przewrót w ekonomii

ACTA chce rozszerzyć i restrykcyjnie stosować prawo własności intelektualnej.
Produkcja partnerska natomiast chce poważnie ograniczyć, a nawet znieść prawo
własności intelektualnej. Produkcja partnerska oparta jest na czterech filarach:
otwartość, partnerstwo, wspólnota zasobów, działanie na skalę globalną. Trzy
pierwsze zasady są sprzeczne z funkcjonowaniem firmy w klasycznym, XX-wiecznym
otoczeniu gospodarczym. Jednak upowszechnienie internetu i zdumiewający przyrost
mocy obliczeniowej domowych komputerów dokonał prawdziwej rewolucji
"uczestnictwa", ponad 1,5 miliarda internautów stało się z dnia na dzień
potencjalnymi producentami. Ekonomia konsumeryzmu zmieniła się w ekonomię
produceryzmu partycypującego, ponieważ internauci dysponują narzędziami –
dostarczanymi im darmowo przez firmy, np. Apple – zmieniającymi ich w wytwórców.
Tempo zmian i ciągle ewoluujące oraz coraz bardziej wyrafinowane wymagania
klientów są tak znaczne, że firmy chcące zaspokoić zewnętrzne potrzeby nie mogą
już polegać wyłącznie na własnych zasobach i relacjach z wypróbowanymi
partnerami biznesowymi. Firmy muszą umieć nawiązywać kontakty z internautami i
nauczyć się współpracować z konkurentami, partnerami i klientami. Klienci pragną
przede wszystkim coraz szybszego wprowadzania innowacji i chcą uczestniczyć w
kontroli jej upowszechnienia. Nie zgadzają się na narzucanie przez firmy
standardów, które mogą być niezgodne ze standardami domowych komputerów. Tę nową
formę organizacji nazwano partnerstwem.

Zasada partnerstwa jest stosowana na masową skalę w mediach, rozrywce i
kulturze oraz na rynku oprogramowania, jednak w ostatnich latach coraz częściej
stosują ją firmy produkujące dobra materialne, takie jak samochody, rowery,
samoloty czy motocykle. Produkcja partnerska sprawdza się przede wszystkim w
dziedzinie dóbr informacyjnych, ponieważ dobra te łatwo podzielić na szereg
podzespołów (programów), zwanych modułami, które następnie można złożyć w
finalny produkt. Jeżeli dobra materialne będzie się projektować tak, by składały
się z wielu wymiennych części, które z łatwością można zamienić bez szkody dla
funkcjonowania całego produktu, to wtedy luźno powiązani ze sobą dostawcy mogą
zająć się projektowaniem i produkcją komponentów, z których złożony jest produkt
finalny. "Tak naprawdę Boeing 757 to pewna liczba podzespołów latających razem w
zwartym szyku", stwierdził Phil Condit, były dyrektor fabryki Boeinga. W
odniesieniu do następnej generacji samolotów brzmi to jeszcze prawdziwiej, są
one bowiem budowane na zasadach przypominających środowisko programistów Linuxa.
W przeszłości partnerzy i dostawcy dopiero w końcowej fazie projektowania
włączali się w prace zespołu Boeinga opracowującego specyfikacje techniczne
poszczególnych komponentów. Dzisiaj projektowanie komponentów polega na
przekazaniu tego zadania właśnie dostawcom, którzy wykonują tę pracę znacznie
efektywniej, gdyż od początku są wciągani w tworzenie zespołu opracowującego
nowy model boeinga, a ponadto o wiele lepiej znają funkcjonowanie swoich fabryk,
ich zalety i mankamenty. Ten sposób konstruowania samolotu przypomina składanie
zabawki z klocków lego. Nowy sposób produkcji zakłada, że firma Boeing
przekazuje dostawcom swoją wiedzę, a nawet tajemnice handlowe i niektóre
patenty.

W takiej sytuacji powstaje zasadnicze pytanie: jak określić formalne granice
firmy? Jak sprecyzować, co powinno się znajdować w wewnętrznych strukturach
firmy, a co – poza nimi? Co tak naprawdę jest jej najwartościowszym aktywem? Z
jednej strony nie ulega wątpliwości, że firmy muszą strzec swojej intelektualnej
własności o zasadniczym znaczeniu, np. dla firmy Boeing jest nią wiedza na temat
budowy skrzydeł samolotu. Z drugiej strony, trzeba pamiętać, że firmy nie mogą
dzisiaj efektywnie współpracować, jeśli wszystko skrywają przed światem.
Japońska firma Mitsubishi współpracuje ze swoim konkurentem – firmą Boeing, przy
budowie samolotów z tzw. materiałów kompozytowych, które są lżejsze od
aluminium, mając nadzieję, że dzięki temu zdobędzie potrzebną wiedzę do
samodzielnego konstruowania skrzydeł. Okazuje się, że największymi przeszkodami
na drodze do efektywnej współpracy nie są problemy technologiczne, ale
zagadnienia związane z ochroną własności intelektualnej. Dlatego ACTA ma tak
ogromne negatywne znaczenie dla współczesnej ekonomii, ponieważ w założeniu
uniemożliwia rozwój produkcji partnerskiej opartej na ograniczeniu prawa
własności intelektualnej. ACTA to prawdziwa ekonomiczna kontrrewolucja
przeprowadzona w imieniu interesów korporacji medialnych (głównie
amerykańskich).

Made in China

Produkcja partnerska to umiejętność współpracy. Ta cecha jest paradygmatem
kultury chińskiej i właśnie tam, po złagodzeniu przepisów pod koniec XX wieku,
prywatne firmy w krótkim czasie przejęły państwowe zakłady produkujące motocykle
i w ciągu kilku lat, stosując metody produkcji partnerskiej, osiągnęły
spektakularne sukcesy. W 1997 r. producenci z Chin sprzedali 10 mln motocykli, w
2001 r. – 11,5 mln, a w 2004 r. – 15 mln maszyn. W 2005 r. eksport motocykli
wyniósł 7 mln sztuk (w porównaniu z mniej niż 500 tys. w 2000 r.). Chińskie
fabryki produkują motocykle na rynki Indii, Pakistanu, Wietnamu i powoli
wypierają z rynku azjatyckiego swych japońskich mistrzów, Hondę. Prawdą jest
bowiem, że chiński sukces związany jest z imitacją i podrabianiem wzorców
japońskich z jednoczesnym wprowadzeniem do produkcji motocykli oryginalnych
zasad produkcji partnerskiej. W przeciwieństwie bowiem do Japończyków Chińczycy
podkreślają modułową architekturę motocykli, która pozwala licznym dostawcom na
dołączanie składowych podsystemu (np. systemu hamowania) do standardowych
interfejsów. W ten sposób zaawansowane projekty przedstawiane są w postaci
ogólnych założeń, które umożliwiają dostawcom wprowadzanie zmian w komponentach,
bez równoczesnego modyfikowania całej architektury. Specjaliści nazwali ten
samoorganizujący się system projektowania i produkcji "zdecentralizowaną
modularyzacją". Jest rzeczą zdumiewającą, że wbrew przewidywaniom, iż taki
zdecentralizowany system produkcji może prowadzić do chaosu, skutkuje on coraz
wyższym stopniem specjalizacji i wydajności, co umożliwiło – w ciągu 5 lat –
obniżenie ceny motocykla z 700 do 200 dolarów.

Piotr Piętak

drukuj