Ukrainizacja polskiej polityki

Katastrofa smoleńska pokazała nie tylko słabość państwa. Ból po katastrofie
nie wzmocnił więzi pomiędzy Polakami. Podziały pogłębiły się z powodu nowej
polityki w relacjach z Moskwą i na skutek schładzania emocji społecznych przez
Platformę Obywatelską. I – co najgorsze – osłabła reputacja Polski na arenie
międzynarodowej, a także jej realna siła.

Kluczowe było pierwsze dwanaście godzin po katastrofie, kiedy świat interesował
się tym, co się stało. Wówczas popełniono główne błędy: dotyczące informowania o
tragedii, przyjęcia niepewnej podstawy prawnej, formuły prowadzenia śledztwa i
połączenia kwestii związanych z wyjaśnianiem przyczyn katastrofy z ogólnymi
ocenami relacji polsko-rosyjskich. Nadzieje, że katastrofa, choć tragiczna, to
znak, który posłuży zmianie na lepsze w Polsce, szybko okazały się iluzoryczne.
Pierwsze komentarze po polskiej stronie eksploatowały "wątek pojednania". Donald
Tusk skoncentrowany był nie na zagadnieniach formalnych, które potem okazały się
kluczowe w wyjaśnianiu katastrofy (a także obrony jego własnej pozycji jako
skutecznego partnera Rosji), ale na kwestiach polityczno-emocjonalnych.
Utwierdzany był w tym przez część liderów opinii w Polsce. Napiętą sytuację
polityczną, która towarzyszyła przygotowaniom do obchodów katyńskich, tłumaczono
formalnymi wykrętami, że prezydent, ze względów protokolarnych, nie może
uczestniczyć w jednej uroczystości z premierem innego kraju. Szczególnie w
przypadku demokratycznego kraju każdy zaprasza, kogo chce, zapraszany zaś nie
musi przyjąć propozycji. Podobnie, kiedy powtarzano, że wysłanie zaproszenia
przez Putina do Tuska "zmuszało" polską stronę do przyjęcia formatu obchodów
katyńskich w wersji rosyjskiej. Fakt, że to strona rosyjska wybrała partnera do
uczestnictwa w procesie pojednania, z polskiej strony nie może być podważany
przez osoby trzeźwo myślące.

Polityka schładzania emocji
Charakterystyczne, że szczególnie w pierwszych kilkudziesięciu godzinach po
katastrofie kluczowi politycy PO byli zakłopotani reakcją społeczną w Polsce.
Słusznie nasuwała się straszna analogia ze śmiercią w Katyniu sprzed 70 lat. Do
motywu śmierci "Polski w pigułce", jako swego rodzaju wydarzenia mistycznego,
nawiązywał w jednej z pierwszych wypowiedzi ks. kard. Józef Glemp, mówiąc o
Lesie Katyńskim jako polskim oknie do wieczności. Kontrpropozycja dla takiej
interpretacji tragedii pojawiła się w postaci prób jej "utechnicznienia". W
kontekście postawy polskiego społeczeństwa, dziesiątek tysięcy osób czuwających
przed Pałacem Prezydenckim i konieczności przeprowadzenia tak bardzo licznych
pogrzebów ofiar, sformułowania: "wypadek komunikacyjny", "wycieczka prezydenta",
brzmiały prowokacyjnie.
Inną metodą schładzania emocji były próby skierowana uwagi społecznej na relacje
Polska – Rosja, włącznie z wydumanymi inicjatywami, jak akcja zapalania zniczy
na grobach żołnierzy Armii Czerwonej w Polsce. Trudno było wskazać związek
pomiędzy katastrofą w Smoleńsku elity polskiego, demokratycznego państwa a
śmiercią sowieckich żołnierzy pochowanych na terytorium Polski, niemających
wpływu na polityczny kontekst swojej walki. Nawołujący do zapalania zniczy i
dbania o sowieckie groby nie zdawali sobie sprawy, że Polska od lat opiekuje się
miejscami pamięci i cmentarzami żołnierzy Armii Czerwonej, i nie są one ani
zapomniane, ani nieuporządkowane. "Omijanie" emocji społecznych nie miało
miejsca w stu procentach. Zjawisko, o którym piszę, najlepiej widać na
przykładzie kontrastu pomiędzy wystąpieniami Bronisława Komorowskiego i Janusza
Śniadka podczas pogrzebu pary prezydenckiej w Krakowie oraz reakcjami
społecznymi na nie.
Putin i Tusk, a także rządy obu krajów, w obliczu katastrofy znaleźli się w
różnych sytuacjach społecznych, historycznych i emocjonalnych – musiało to
determinować różnice w reakcjach. Niemniej kluczowa pozostaje nieadekwatność
reakcji. Putin (na ile możemy to ocenić) reprezentował podejście państwowe,
praktycznie pozbawione uwikłań w spory polityczne ostatnich lat, dla niego
najważniejsza była reputacja Rosji. Polskie elity od dawna tkwią w błędnym
przekonaniu, że mają wyjątkowe relacje z Moskwą. Dowodzenie tego to żelazny
punkt licznych dyskusji o Rosji. W ostatnich latach Polacy dodatkowo dali sobie
wmówić, że każda krytyka Putina, Miedwiediewa czy Ławrowa ma charakter
"rusofobii". To rozpowszechniane na Zachodzie przeświadczenie, działające na
niekorzyść Polski, stało się elementem wewnętrznych przetargów w sytuacji, kiedy
krytycy Nicolasa Sarkozy’ego nie muszą obawiać się opinii wrogów Francji, a
przeciwników polityki Benjamina Netanjahu nikomu nie przychodzi do głowy uważać
za antysemitów. Urojona rusofobia i błędna diagnoza sytuacji oraz specyficzne
samouwielbienie części polityków nad Wisłą (którzy sądzą, że Putin i Miedwiediew
nie myślą o niczym innym, jak tylko o relacjach z Warszawą) zadecydują, że
katastrofa nie tylko nie przyniesie pozytywnego przełomu w relacjach
polsko-rosyjskich, ale wprowadzi do nich dodatkowe zafałszowania.
Polityka ekipy Tuska w minionym półroczu była jedynie rozwinięciem polityki
wschodniej ostatnich lat, po jej korekcie jesienią 2007 r. i zmianie w lutym
2008 r. (wizyta Tuska w Moskwie). Niektóre błędy w kształtowaniu tych relacji po
10 kwietnia wynikały wręcz z troski, by na tle kłopotów ze śledztwem nie
pogorszyły się relacje z Federacją Rosyjską i nie został zahamowany
zapoczątkowany wcześniej proces. Można powiedzieć, że katastrofa, pomimo
ewidentnych słabości prowadzonego śledztwa, stała się dodatkowym katalizatorem
przyspieszenia kreacji nowej linii polskiej polityki wobec Rosji. Główne ośrodki
decydujące o kierunku tej polityki skoncentrowane były raczej na próbie
odpowiedzi na pytanie: jak mimo katastrofy i problemów ze śledztwem utrzymać
kurs na pojednanie.
Najistotniejsza zmiana, niekorzystna dla Polski, polega na przeniesieniu ciężaru
odpowiedzialności za skuteczne prowadzenie tej polityki z Kremla do Warszawy.
Przeniesieniu, które dokonało się w związku ze sposobem postępowania rządu po
katastrofie. Fundamentem tej korzystnej dla strony rosyjskiej zmiany, bo
zdejmującej z niej znaczną część odpowiedzialności, były publiczne deklaracje
dotyczące zaufania do rosyjskiej prokuratury, Międzypaństwowego Komitetu
Lotniczego pod kierownictwem gen. Tatiany Anodiny, do rosyjskiego rządu. Jako
przykłady tych błędów można podać publiczne firmowanie przez członków polskiego
rządu tezy o błędzie pilotów jako przyczynie katastrofy (dotąd tego nie
ustalono), lub też poświadczanie, że teren katastrofy został wyjątkowo starannie
i rzetelnie przebadany przez rosyjskie służby. Wszystko wskazuje na to, że tak
nie było. W końcu to nagie fakty zadecydowały o krytycznych uwagach na temat
prowadzonego śledztwa, m.in. także ze strony członków rządu. Rosjanie jednak nie
zdecydowali się ani na radykalną zmianę polityki, która pomagałaby rządowi
bronić kierunkowych decyzji, ani nawet nie zrezygnowali z włączania się w
wewnętrzny spór w Polsce. Wrak zabezpieczono, a archeologów dopuszczono do prac
dopiero w związku z wizytą prezydentowej Anny Komorowskiej, co musi być
odczytane jako sygnał, że pewne zachowania polityczne po polskiej stronie będą
"nagradzane", a pewne ignorowane, niezależnie od ich prawnych czy emocjonalnych
uzasadnień. Wobec premiera Polski zastosowano znany mechanizm, który w Rosji
doprowadzono do perfekcji: to, co jest słabością lub może uchodzić za słabość,
jest nagradzane kolejnym osłabianiem partnera. Premier, jako promotor nowej
polityki na Wschodzie, został potraktowany jako niewiele wymagający partner.
Międzynarodowe skutki katastrofy smoleńskiej i problemów z prowadzonym śledztwem
mają jednak dalsze konsekwencje: ukazują, że Polska nie radzi sobie z
rozwiązaniem tak kluczowej dla siebie kwestii, jak wyjaśnienie tragicznej
śmierci własnego prezydenta i towarzyszących mu osób. Oczywiście, dzisiaj nikt
nie powie tego w Londynie czy Paryżu, bo kraje kierują się własnymi interesami,
a te podpowiadają im przedkładanie relacji z Rosją nad cokolwiek innego. Skoro
nie protestuje polski rząd, to jaki miałby to robić? W konsekwencji pozostaje
jednak ciche pytanie o polską determinację w bronieniu naszych spraw. Nikt się
za nami nie ujmie także w innych sprawach, jeśli w tej nie okazujemy
wystarczającego zdecydowania.

Mur podziałów coraz wyższy
Wydawało się w pierwszych momentach, że ból po katastrofie odnowi więź pomiędzy
Polakami. Tak się jednak nie stało – z powodu koncentracji na przyspieszeniu
pojednania z Rosją i na skutek schładzania emocji. Spowodowało to pogłębienie
podziałów w Polsce: ci, którzy głosują na PiS, oczekują skuteczniejszego
prowadzenia śledztwa, pomnika prezydenta itd. Ci, którzy są za PO i SLD, w
większości o tym nie mówią. Spór dawno wyszedł z politycznych gabinetów, jest
kontynuowany w rodzinach, na uczelniach… Dzisiaj niczego, chociaż byśmy
chcieli, nie zamkniemy we własnej zagrodzie. To, co się dzieje w Polsce, jest
obserwowane i komentowane na zewnątrz. Dlatego tym większa jest odpowiedzialność
polityków, jak również dziennikarzy, artystów, ludzi pióra. Mówi się, w
kontekście tych podziałów, a raczej odpychania jednej części społeczeństwa przez
tę, która posiada dostęp do władzy, o podobieństwach do przedorbanowskich
Węgier, Hiszpanii, czy Polski czasów saskich. Może jednak najbliższe jest
porównanie do naszego wschodniego sąsiada – Ukrainy. Bardzo często ze
zgorszeniem obserwuję, jak na europejskim forum ukraińscy politycy działają
jedni przeciw drugim. Myślę wówczas, że coraz bardziej wychodzi na jaw, jak
jesteśmy do nich podobni, w jakimś sensie mamy do czynienia ze swoistą
"ukrainizacją" polskiej polityki. Pozornie jest ona mniej groźna niż dla
wschodnich sąsiadów, ponieważ jesteśmy już w NATO i UE. Jednak szczególnie
polski rząd zbyt często zapomina, że w dzisiejszych czasach suwerenność,
podmiotowość państwa i jego bezpieczeństwo nie są dane raz na zawsze: trzeba o
nie walczyć. Gdy stawką są sprawy tak fundamentalne, nie da się rządzić Polską
przez szybę: komunikując się tylko ze swoimi, z tymi, którzy "nie ulegają
emocjom", nie odmawiają Różańca na Krakowskim Przedmieściu itd. Wyraźny podział
przecinający Polskę będzie przez naszych konkurentów (nie łudźmy się, że relacje
międzynarodowe nie polegają na wzajemnej konkurencji) wykorzystany z całą
bezwzględnością.
Kilka dni temu obiegła Europę wiadomość, w którą moi rozmówcy nie mogli
uwierzyć: zamordowano w Polsce człowieka ze względu na jego poglądy. Co jeszcze
powinno się zdarzyć, aby się coś zmieniło? Do czego musi dojść, aby wreszcie
otwarcie mówić sobie prawdę, szanować przeciwników politycznych i zaprzestać
budowania szklanego muru?

Paweł Kowal
 

Autor jest posłem do Parlamentu Europejskiego (grupa Europejscy Konserwatyści i
Reformatorzy), w latach 2006-2007 był wiceministrem spraw zagranicznych.

drukuj