Trzeba poznać prawdę i nazwać krzywdę po imieniu
Z dr Wiesławą Stefan, terapeutką, wykładowcą na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, dyrektorem Specjalistycznej Poradni Rodzinnej we Wrocławiu, emerytowanym wykładowcą Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego, rozmawia Agnieszka Niewęgłowska
Jest Pani terapeutką pracującą według metody „Żywa nadzieja”. Na czym polega ta terapia, kto ją opracował i jakie osoby ona obejmuje? Czy są to głównie kobiety, które dokonały aborcji?
– W programie terapeutycznym, który opiera się na programie „Żywa Nadzieja”, pracuję od 1998 roku. Terapia powstała na przełomie lat 80. i 90. w Kanadzie. Opracował ją kanadyjski psychiatra Philip Ney. Obecna wersja programu, która czerpie również z innych szkół terapeutycznych i jest wynikiem doświadczeń wielu terapeutów z różnych krajów europejskich, nosi nazwę NEST (New Experience for Survivors of Trauma) – Nowe doświadczenie dla osób dotkniętych traumą. Program terapeutyczny skierowany jest przede wszystkim do osób dorosłych, doświadczonych przemocą, wykorzystaniem, zaniedbaniem i różnego rodzaju stratami prokreacyjnymi m.in. utratą w miarę dobrego dzieciństwa czy stratami dzieci jeszcze przed ich urodzeniem np. przez poronienie, urodzenie martwego dziecka, a także śmierć okołoporodową. Często tacy rodzice potrzebują pomocy specjalistów, aby odzyskać chęć do życia i móc normalnie funkcjonować w świecie. Tak więc terapia obejmuje te osoby, które doświadczyły wymienionych traumatycznych przeżyć. Terapia obejmuje także te kobiety oraz tych mężczyzn, którzy podjęli decyzje o zabiciu swojego poczętego dziecka, czyli o aborcji. Z terapii korzystają również ich żyjące dorosłe dzieci.
Jak długo trwa taka terapia i z czego najtrudniej jest wyjść osobom leczącym się?
– Wspomniana terapia grupowa trwa ok. 9 miesięcy (ok. 30 sesji), następnie są 3 spotkania w ciągu roku (po 3 miesiącach, po pół roku i po roku). Terapia indywidualna, kiedy sesje odbywają się przeważnie co dwa tygodnie, trwa dwa razy dłużej. Najczęściej kobiety, które trafiają do terapeuty, są dotknięte tzw. syndromem poaborcyjnym. Przychodzą z przekonaniem, że „to moja wina, nie zasługuję na to, by żyć”, opowiadają o próbach samobójczych, o tym, jak próbowały np. „zapić się na śmierć”, jak uzależniły się od środków nasennych, bo nie mogły spać z powodu koszmarów sennych, jak nieskutecznie przez lata leczone były na depresję. Kobiety takie często też mówią, że wszystko było dobrze, póki działał znieczulacz, którym była dla nich praca. To praca znieczulała ból i pozwalała o nim na chwilę zapomnieć. Jednak z czasem wszystkie te przeżycia wracają i tak naprawdę nie da się ich znieczulić.
Jaką postawę musi przyjąć osoba poddająca się leczeniu, aby terapia okazała się jak najbardziej skuteczna?
– Najbardziej konstruktywna i potrzebna w leczeniu jest postawa otwarcia się na prawdę o sobie, o swoich decyzjach i o swojej rodzinie. Chcę poznać prawdę, nazwać krzywdę po imieniu, by przebaczyć i pojednać się z tymi, którzy mnie skrzywdzili i z tymi, których skrzywdziłem. Najtrudniej przebaczyć sobie i przestać siebie karać. Trzeba dobrze przeżyć żałobę po stracie zabitego dziecka, by tak się stało, trzeba uznać, że zabite dziecko było osobą, nadać mu imię i pożegnać, opłakując jego stratę. Trzeba też znaleźć symbolicznie miejsce dla niego w rodzinie i we własnym sercu.
Aborcja pozostawia piętno na całej rodzinie, czy terapia obejmuje też osoby z najbliższego otoczenia kobiety, która dokonała aborcji?
– „Pole rażenia” aborcji jest pokoleniowe. Aborcje w pokoleniu dziadków dotykają wnuki. Na terapię zgłaszają się kobiety i mężczyźni, których dzieci straciły życie w wyniku aborcji lub poronienia, ich dorosłe żyjące dzieci, które przeżyły realną groźbę aborcji, lub których rodzeństwo zginęło w wyniku aborcji, albo których sens istnienia kwestionowano u początków ich życia. Terapii poddawane są także żyjące, dorosłe dzieci takich rodziców. Noszą one w sobie bardzo często od dzieciństwa przekonanie, że to ich wina, że mama jest nieszczęśliwa, że rodzice się kłócą, albo się rozwiedli, że jestem nieudacznikiem, że nigdy nie zadowolę moich rodziców. Najtrudniej poradzić sobie z winą. Wina właściwie uznana i potraktowana jest błogosławieństwem. „Tak, uczyniłem to, i widzę tego złe nieodwracalne konsekwencje. Uznaję moją część przyczynienia się do tego, co się stało, chcę przebaczyć i zadośćuczynić za wyrządzoną krzywdę, zło”. Najtrudniej też poradzić sobie ze złością, by nie kierować jej przeciw innym lub nie przerzucać winy i złości na innych, bo wtedy zwykle szuka się tzw. kozła ofiarnego, którym stają się dzieci żyjące i te, którym nie pozwolono się narodzić, złość na mężczyzn, którzy nie ochronili życia, więc np. buduje się ideologię przeciwko mężczyznom, lekarzom, terapeutom. Ta ideologia m.in. głosi, że syndrom poaborcyjny to „psychiatryczne bzdury”.
Osoby, które przeżyły realną groźbę aborcji, cierpią na syndrom „ocaleńca”. Czy również u Państwa mogą szukać pomocy?
– Osoby ocalone, to nie tylko dzieci, które przeżyły realną groźbę aborcji. Osobą ocaloną jest się także wtedy, gdy kwestionowano sens naszego istnienia, również stosując przemoc słowną np. „żebyś nie żył” (bywają też i mocniejsze określenia), „wolałabym samochód niż ciebie” itd. Osobą ocaloną jest się też wtedy, gdy wyselekcjonowano nas do życia, bo poczęliśmy się w odpowiednim momencie, bo byliśmy chłopcem lub dziewczynką, bo byliśmy zdrowi, bo nie mieliśmy zespołu Downa. Osoby ocalone noszą cały zespół konfliktów w sobie: przytłacza ich smutek, pesymizm, poczucie winy, lęk, mają skłonność do „flirtowania ze śmiercią”. Te osoby również znajdują u nas pomoc. Nasi pacjenci mają często problemy z osobową relacją z Panem Bogiem. Jedną z oznak zdrowienia jest ujawnianie najpierw złości na Pana Boga, a potem poszukiwanie relacji z Nim.
Wiemy już, że syndrom poaborcyjny należy leczyć. Po części syndrom ten dotyczy także personelu medycznego np. lekarzy, którzy dokonują aborcji. Czy osoby takie również poddają się terapii? Jeśli tak, to co ich do tego skłania?
– Słuchałam świadectw kilku położnych i lekarzy, byłych aborterów, którzy zaprzestali tego procederu, bo w pewnym momencie wydarzenia z ich praktyki pokazały im wyraźnie, że unicestwiają życie ludzkie, bo nie potrafili już dłużej zagłuszyć wyrzutów sumienia alkoholem czy środkami uspakajającymi, bo ich życie rodzinne legło w gruzach. W mojej praktyce terapeutycznej, wśród ponad 100 pacjentów, którzy ukończyli terapię, była położna i pielęgniarka. Obie kobiety były szczególnie dotknięte złą, pełną złości, braku szacunku dla drugiego człowieka atmosferą na oddziałach ginekologicznych, gdzie pracowały.
Ile jest osób chętnych do poddania się terapii oraz czy pomoc można uzyskać na terenie całego kraju?
– Osób chcących poddać się leczeniu jest dużo. We Wrocławiu czas oczekiwania na terapię grupową w grupach 7-8 osobowych wynosi około roku, natomiast na terapię indywidualną trochę krócej. Terapeuci programu NEST zrzeszeni są w Międzynarodowym Stowarzyszeniu o tej samej nazwie i pracują w kilku miastach w Polsce: w Warszawie, we Wrocławiu, Poznaniu, Sulechowie, Zgorzelcu, Katowicach, Rybniku, Bielsku Białej. Na stronie internetowej www.nest.org.pl znajduje się lista terapeutów pracujących w tym programie oraz wywiady i artykuły na ten temat.
Dziękuję bardzo za rozmowę.
