Triumf samozwańczych lustratorek

Mimo ewidentnej koincydencji czasowej, a także narzucającego się
związku przyczynowo-skutkowego wiążących prywatny proces sądowy z urzędową
procedurą lustracyjną, zarówno władze Instytutu Pamięci Narodowej, jak i
prokuratura nie dopatrzyły się naruszenia prawa ani niczego nagannego w
działaniach pracowników pionu lustracyjnego IPN w Lublinie.

Zanosiło się na prawdziwą burzę, gdy latem br. wyszło na jaw, że pracownice
biura lustracyjnego lubelskiego IPN czynnie protestujące przeciwko postawieniu w
stan oskarżenia swojego kolegi z firmy, w tajemnicy przed przełożonym i bez
sporządzenia stosownej adnotacji urzędowej na początku czerwca br. wszczęły
procedurę lustracyjną wobec adwokata reprezentującego w sądzie prof. Mirosława
Piotrowskiego, historyka, profesora KUL, posła do Parlamentu Europejskiego,
pozostającego w sporze prawnym z prominentnym naczelnikiem IPN dr. Sławomirem
Poleszakiem. Lustracyjna dociekliwość obu pań nastąpiła w sytuacji, gdy adwokat
odniósł w sprawie pierwszy sukces i w apelacji sąd okręgowy, podzielając jego
argumentację, uchylił niekorzystny dla Piotrowskiego werdykt sądu rejonowego i
skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia.
Po tej decyzji sądu nad Piotrowskim rozpętała się prawdziwa burza medialna, na
czele z listem otwartym podpisanym przez ok. 160 osób, w większości historyków,
w którym zarzucono profesorowi łamanie obowiązujących w świecie nauki standardów
i "zamykanie ust nauce przy pomocy sądów". Tłumaczenia Piotrowskiego, że nie
jest zwolennikiem debaty naukowej przed sądem, a w procesie wytoczonym
Poleszakowi nie chodzi o polemikę naukową, ale osądzenie ewidentnych kłamstw
rozpowszechnionych świadomie w celu podważenia jego dorobku i kompetencji
naukowych, nie mogły się przebić przez coraz to nowe doniesienia prasowe. Jednym
z nich było rzekome "wytupanie" prof. Piotrowskiego w czasie wystąpienia na
radzie wydziału humanistycznego KUL, czego nie dostrzegł nawet prowadzący obrady
dziekan wydziału prof. Krzysztof Narecki.

Lustracja poza kolejnością
Po upływie około 2 miesięcy od podpisania listu otwartego przeciwko postawieniu
w stan oskarżenia dr. Poleszaka dwie pracownice biura lustracyjnego IPN w
Lublinie, w czasie gdy ich przełożony na początku czerwca br. poszedł na urlop,
samowolnie wszczęły procedurę lustracyjną mec. Stanisława Estreicha. Formalne
podstawy do lustracji istniały, gdyż mecenas w 2008 r. złożył oświadczenie
lustracyjne, które dotąd nie zostało zweryfikowane. Tylko że z listy około 400
lubelskich adwokatów w lubelskim biurze lustracyjnym sprawdzono dotąd
oświadczenia zaledwie dwóch, i to tylko dlatego, że kandydowali na posłów. A
Estreich nigdzie nie kandydował.
Podejrzenia mógł wzbudzić też sposób wszczęcia tej procedury przez dopisanie
nazwiska mec. Estreicha pod ułożoną alfabetycznie listą podlegających lustracji
samorządowców. I to nie jako łatwo rzucającą się w oczy pozycję ostatnią na
liście, ale – trzecią od końca. Mało tego, w praktyce lustracyjnej lubelskiego
IPN dołączanie dodatkowych osób na sporządzane w porządku alfabetycznym listy
dotyczące aktualnie opracowywanego punktu ustawy lustracyjnej zawsze było
poprzedzane notatką służbową uzasadniającą takie działanie i zawsze wymagało
zgody naczelnika biura lustracyjnego. W przypadku lustracji mec. Estreicha nie
było ani jednego, ani drugiego.
Naczelnik lubelskiego biura lustracyjnego po powrocie z urlopu w ostatnich
dniach czerwca br. odkrył wszczętą bez jego wiedzy i zgody procedurę lustracyjną
Stanisława Estreicha, co natychmiast skojarzył z prywatnym sporem sądowym prof.
Piotrowskiego z dr. Poleszakiem. Efekt? Bezzwłocznie rozpoczął wewnętrzne
postępowanie dyscyplinarne, którego wyniki przesłał do centrali IPN w Warszawie.
Została nawet powołana trzyosobowa komisja, która w drugiej połowie sierpnia br.
skontrolowała działalność biura lustracyjnego IPN w Lublinie.
Wcześniej zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa związanego z
działaniami lustracyjnymi skierowanymi przeciwko niemu i jego sądowemu
pełnomocnikowi złożył w lubelskiej prokuraturze prof. Mirosław Piotrowski. Po
tej interwencji prokuratura rejonowa rozpoczęła postępowanie sprawdzające.
Wydawać by się mogło, że zarówno komisja IPN, jak i prokuratura powinny dążyć do
ustalenia, czy pracownice Instytutu, uruchamiając samowolnie bardzo rozległą
procedurę lustracyjną, w ramach której prowadzone są kwerendy we wszystkich 14
oddziałach IPN, szukały "haków" na adwokata prowadzącego prywatny proces,
przeciwko któremu protestowały. Pewne szanse na skompromitowanie mecenasa
istniały, gdyż miał on rzekomo figurować na tzw. liście sędziego Bogusława
Nizieńskiego, czyli wykazie osób publicznych podlegających lustracji, co do
których brak było dowodów na ich związki z tajnymi służbami PRL. Sam adwokat
stanowczo zaprzecza istnieniu takich związków i zapewnia, że złożył prawdziwe
oświadczenie lustracyjne i nie boi się nawet "dzikiej" lustracji.

Amnezja urzędniczek
Tymczasem zarówno kontrola wewnętrzna IPN, jak i postępowanie prokuratorskie
skupiły się na formalnoprawnym aspekcie działań pracownic IPN i uznały, że skoro
mec. Estreich był osobą podlegającą lustracji, to wszczęcie jej nie stanowiło
naruszenia prawa. Zupełnie zbagatelizowano okoliczności, w jakich to nastąpiło,
przyjmując za dobrą monetę wyjaśnienia pracownic, że nie pamiętają, kto
zainspirował je do podjęcia lustracji akurat mec. Estreicha trzy i pół roku po
złożeniu przez niego oświadczenia lustracyjnego jako pierwszego z grupy
lubelskich adwokatów, a także jak przebiegał proces podjęcia przez nie tej
decyzji. Dano wiarę ich zapewnieniom, że nie miało to żadnego związku z procesem
przeciwko pracownikowi IPN, w którym oskarżyciela reprezentował lustrowany przez
nie adwokat. Utajnienie całej operacji przed naczelnikiem i niesporządzenie
wymaganej notatki urzędowej komisja IPN uznała jedynie za pewne uchybienie
pragmatyce służbowej, które należy wyeliminować w przyszłości. Komisja nie
wnioskowała o jakiekolwiek ukaranie czy choćby zdyscyplinowanie pracownic IPN,
które jak gdyby nigdy nic nadal lustrują. W zasadzie reprymendę powinien w tej
sytuacji otrzymać naczelnik biura lustracyjnego w Lublinie, który – jak się
okazało – narobił wiele hałasu o nic. Tym razem mu się upiekło.

Adam Kruczek, Lublin
 

drukuj