To był mord na żywym ciele Polski

Z Tomaszem Trusiukiem, świadkiem zbrodni popełnionej przez nacjonalistów
ukraińskich w polskiej wsi Ostrówki na Wołyniu, rozmawia Adam Kruczek

Ostrówki i Wola Ostrowiecka to dwie sąsiadujące ze sobą polskie wsie na
Wołyniu, które przestały istnieć po ludobójczej akcji nacjonalistów ukraińskich
30 sierpnia 1943 roku. Oddziały OUN-UPA jednego dnia wymordowały ponad tysiąc
bezbronnych mieszkańców obu wiosek. Pan jako jeden z niewielu przeżył tę
hekatombę. Czy ataku Ukraińców nie dało się przewidzieć?

– Miałem wówczas niespełna 14 lat. W przeddzień mordu, jak to na Wołyniu bywało,
pasłem krowy, bo taki obowiązek mieli u nas kilkunastoletni chłopcy. Wieczorem
po przyprowadzeniu bydła zastałem całą rodzinę poruszoną wieścią, że Ukraińcy
szykują nazajutrz rzeź.

Jak dotarła ta informacja?
– O niebezpieczeństwie mówił wcześniej ksiądz w niedzielnym kazaniu, ale
najbardziej przestraszyła nas wiadomość pochodząca od Polki, mieszkanki
sąsiedniej Woli Ostrowieckiej, która była w pobliskiej ukraińskiej wsi Sokół i
widziała tam zbierających się – jak to u nas mówiono – bulbowców. Usłyszała, że
szykują się, by wybić wszystkich Polaków w okolicy. Chodziło m.in. o Ostrówki i
Wolę Ostrowiecką, Jankowce, Rymacze, Jagodzin, Kąty i inne wsie.

Wzięli Państwo te groźby na serio?
– Nie wszyscy. Ludzie starsi zlekceważyli je, mówiąc, że to niemożliwe.
Twierdzili, że przeżyli ze swoimi sąsiadami Ukraińcami tyle lat, dobrze ich
znają i nic nam od nich nie grozi. Ale wśród przeważającej części mieszkańców
zapanował strach. Ludzie postanowili tej nocy nie spać w domach, ale schronić
się na polach, przeważnie w zbożu, które było jeszcze częściowo nieskoszone.
Jednak nad ranem, widząc, że nic się nie dzieje, powrócili do domów i poszli
spać.

Kiedy Ukraińcy zaatakowali Ostrówki?
– Między godz. 4.00 a 5.00 usłyszeliśmy strzały karabinowe i z broni maszynowej.
Ludzie w popłochu wybiegali na dwór, ale uciekać za bardzo nie było gdzie, bo
wieś została obstawiona przez bandytów z UPA. Zawracali mieszkańców chcących
opuścić wieś i zganiali wszystkich pod szkołę na rzekome zebranie.

Pana rodzina też się tam znalazła?
– Tak, zebrali nas na placu szkolnym – dziś rośnie tam niewielki krzaczek bzu –
i następnie pod groźbą karabinów oddzielili kobiety i dzieci od mężczyzn. Ja z
ojcem znalazłem się w szkole, a matkę wraz z innymi kobietami zamknęli w
kościele.

Już więcej Pan matki nie zobaczył?
– Nie. Kobiety były odizolowane w kościele, a mężczyzn po godz. 8.00 zaczęli
wyprowadzać ze szkoły na przemian – albo na zachód do zabudowań Trusiuka, albo
na wschód do Gracza. Tam ich po cichu mordowali, a ciała wrzucali do wykopanych
wcześniej dołów.

Jak się Panu udało ujść z życiem z tej pułapki?
– Gdy zaczęto wyprowadzać mężczyzn ze szkoły, wszedłem na strych i przez szparę
między deskami w szczycie budynku widziałem, jak Ukraińcy eskortują ich przez
wieś. Wyprowadzani prawdopodobnie nie zdawali sobie sprawy, że idą na śmierć, bo
nie stawiali oporu. Bardzo to mnie zaniepokoiło, choć nie wiedziałem dlaczego.
Czułem, że dzieje się coś niedobrego, więc ukryłem się na strychu, wtulając się
w skos, gdzie dach dochodzi do stropu. Sąsiad narzucił na mnie słomę. Gdy ojciec
wychodził, usłyszałem jego słowa: "Tomek, Tomek, chodź", ale nie zareagowałem.

Po pewnym czasie usłyszałem, jak na dole ktoś po ukraińsku krzyczy: "Wychodźcie,
bo spalimy szkołę". A potem: "Jest tam kto?". Nic nie odpowiedziałem, tylko
wcisnąłem się głębiej pod dach. Po jakimś czasie usłyszałem wzmagającą się
strzelaninę. Pomyślałem, że to ktoś strzela do Ukraińców. Później dowiedziałem
się, że to niemiecki oddział zbliżający się do wsi od zachodu ostrzelał
Ukraińców, którzy pędząc ze sobą kobiety i dzieci z kościoła, opuścili wieś,
kierując się w stronę cmentarza. Była wśród nich moja mama. Ukraińcy, uciekając,
nie zdążyli podpalić szkoły i dlatego udało mi się ujść z życiem.

Długo Pan siedział na strychu?
– Nie, zszedłem, gdy tylko na dole się uciszyło. Zobaczyłem coś strasznego.
Przed szkołą i wzdłuż alejki biegnącej ze szkoły do kościoła leżało dużo ubrań,
odzież ciężka i lekka, męska, damska i dziecięca. Niedaleko na łące znajdowały
się trupy mężczyzn, około 12 ciał. W dali widać było jeszcze pędzone przez
Ukraińców kobiety i dzieci. Przeszedłem przez zabudowania plebanii i opuszczoną
wieś. Kierowałem się na Jagodzin. Gdy schodziłem koło rzeczki, widziałem, że
Ukraińcy podpalili niektóre zabudowania. Po drodze spotkałem mojego rówieśnika
Antoniego Kloca. Ponieważ wieś była jak wymarła, spytałem go, czy nie widział
kogoś. Wskazał palcem na pole buraków i powiedział, że tam leży zastrzelona
kierowniczka szkoły pani Blatowa z synkiem Czarkiem.

Co się stało z Pana rodzicami?
– To, co z większością mieszkańców Ostrówek i Woli Ostrowieckiej – zostali
zamordowani. Matkę zapędzili z innymi kobietami i dziećmi pod ukraińską wieś
Sokół, gdzie wszyscy zostali zastrzeleni, a ojca zamordowali z innymi
mężczyznami u "Marcinka", czyli Gracza. Ojciec miał siedemdziesiąt lat, znał
wszystkich w okolicy, prawdopodobnie poznał tych bandytów i zwymyślał im, więc
odrąbali mu ręce i nogi i pozwolili, by w męczarniach skonał na skraju zbiorowej
mogiły. Siostra, starsza ode mnie o 12 lat, mężatka, wraz z dziećmi przeżyła,
ale Ukraińcy zamordowali jej męża. Przeżył też mój brat z żoną i trojgiem
dzieci, mieszkający w Woli Ostrowieckiej. Zginęła tam jego teściowa.

Zna Pan miejsce pochówku swoich rodziców?
– Nie, matka została zamordowana na polanie w lesie pod Sokołem. Zwłoki kilkuset
kobiet i dzieci leżały tam kilka dni, aż wreszcie zostały zakopane przez
mieszkańców Sokoła. Rośnie tam teraz las, na drzewach są przybite tabliczki, ale
w którym konkretnie miejscu jest mogiła – nie wiadomo.

Zachował Pan jakieś pamiątki z domu rodzinnego?
– Nie mam nic, wszystko zostało zniszczone, spalone. Opuściłem dom rano w dniu
zbrodni, nic nie zabierając ze sobą. Nigdy go już nie zobaczyłem.

Czy fakt, że byli państwo rodziną mieszaną, polsko-ukraińską, nie miał dla
upowców żadnego znaczenia?

– To się dla nich zupełnie nie liczyło. Dla nich Ostrówki były polską wsią.
Jeśli ktoś mieszkał w Ostrówkach, to znaczy, że był Polakiem, którego trzeba
zamordować.

Po wojnie wiele razy jeździł Pan w rodzinne strony i na pewno nieraz
rozmawiał z Ukraińcami o tej zbrodni…

– Nieomal wszyscy, z którymi się tam spotykałem, żałowali tego mordu. W Równem,
wsi na trasie Dorohusk – Kowel, miejscowy sołtys Aleksander Pryc powiedział mi,
iż bardzo źle się stało, że Ukraińcy wymordowali Polaków, bo Polacy z Ostrówek
byli dla nich wzorem, przykładem. Trzeba pamiętać, że tego dokonali faszyści
ukraińscy.

Słychać głosy, żeby nie rozdrapywać tych ran, bo przyszłość jest ważniejsza,
trzeba pojednać się z Ukraińcami. Co Pan sądzi o takim pojednaniu?

– Dla takiej zbrodni nie ma zapomnienia. To był gwałt, przestępstwo dokonane na
żywym ciele Polski. Oni nie zrobili krzywdy tylko tej – w skali państwa –
garstce mieszkańców Ostrówek, Woli, Jankowiec, Kątów, tylko dopuścili się
zbrodni na Rzeczypospolitej. Bo zabijali Polaków za to, że byli Polakami.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj