Targi o prezydenta UE ruszyły

Z Konradem Szymańskim, posłem do Parlamentu Europejskiego z Grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, rozmawia Łukasz Sianożęcki

Jak Pan ocenia działania nieformalnej koalicji państw południowych Unii Europejskiej zmierzającej do objęcia najważniejszych stanowisk w jej strukturach?

– Taka koalicja południowa istniała od zawsze, w szczególności w sprawach zewnętrznych, takich jak handel międzynarodowy, polityka pomocowa, polityka zagraniczna Unii. Podstawowe rozróżnienie w polityce zagranicznej Wspólnoty przebiega wzdłuż dwóch osi – właśnie południowej i wschodniej. Bardzo często dochodzi więc do różnic w aspiracjach i interesach państw leżących na południu i tych leżących na wschodzie Unii.

Jak się przeniosą akcenty ogólnej polityki UE w przypadku objęcia przez południowców najważniejszych stanowisk w jej strukturach? Będzie to miało wpływ na sytuację w Polsce?

– Choć nie musi być to spełniona groźba, to istnieje ryzyko, że Unia będzie w większym stopniu angażowała się na południu. A co naturalne, odbędzie się to kosztem wschodu. To, co działo się w ciągu ostatnich pięciu lat, co zawdzięczamy także polskim deputowanym, to fakt, iż uwaga Wspólnoty została niejako przeciągnięta na wschód. Wydaje mi się, że zrobione to zostało dość skutecznie. Natomiast należy pamiętać, że nic nie jest dane raz na zawsze. Dlatego łatwo zauważyć intencję po stronie państw południowych, by tę uwagę z powrotem przykuć do basenu Morza Śródziemnego, Ameryki Łacińskiej i Afryki. Związane jest to z tym, że ta zmiana na rzecz wschodu wielu osobom się bardzo nie podobała. Jest to wszakże naturalna różnica zdań. Wynika to z tego, że dla Hiszpanów, Portugalczyków, Włochów czy Francuzów kluczowe problemy wiążą się z aspektem południowym polityki zewnętrznej, a także polityki pomocowej czy handlowej. Dla nas oczywiście problemem numer jeden jest to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą, dlatego w tych kwestiach często dochodzi do napięć pomiędzy państwami członkowskimi.

Skoro mowa o basenie Morza Śródziemnego, nasuwa się pytanie, czy taki rozwój wydarzeń przyspieszy rozszerzenie Unii o państwa leżące w tym regionie. Mam tu na myśli w szczególności Turcję, o której dużo mówi się w tym kontekście…

– Problem akcesji Turcji leży poza dychotomią wschód-południe. Osobiście nie wpisywałbym go w ten aspekt. Ten problem dzieli wszystkie państwa, często w poprzek, więc myślę, że nie będzie to miało wpływu na intensyfikację rozmów z Turcją.

Mówił Pan, że istnieje ryzyko przesunięcia środka ciężkości polityki europejskiej na południe. Co może zrobić Polska, by wschód nadal znajdował się w kręgu zainteresowań Brukseli? Jacy kandydaci byliby wobec tego bardziej odpowiedni dla naszego kraju?

– Bez względu na to, kto zajmie jakie stanowisko w procesie dochodzenia do decyzji personalnych, Polska musi, tak jak do tej pory, możliwie intensywnie zabiegać o to, by priorytety unijne były zrównoważone. Jednym słowem należy kontynuować tę politykę, która miała miejsce przez pierwsze pięć lat naszego członkostwa, czyli angażowania Unii, jej pieniędzy i jej zaplecza politycznego możliwie daleko na wschód. Związane jest to także z tym, że nasza wschodnia granica jest także granicą zewnętrzną Wspólnoty i dlatego UE nie powinna o tym zapominać.

Wraz z próbami obsadzania najważniejszych stanowisk trwają już targi o nieistniejący jeszcze fotel prezydenta Unii Europejskiej. Będzie ono rzeczywistym stanowiskiem dopiero wówczas, gdy w życie wejdzie traktat lizboński, a wiemy przecież, że jego ratyfikacja nie przebiega wcale tak bezproblemowo. Jak Pan odbiera taką sytuację?

– Obecnie mamy duże prawdopodobieństwo, że ten traktat może wejść w życie, więc jest to dość naturalne, że przymierza się różne osoby do zapisanych w nim stanowisk. I naturalne jest także to, że różne podmioty biorą pod uwagę potencjalne scenariusze.

Stanowisko to zajmie człowiek należący do europejskiej lewicy?

– Nie ma takiej decyzji, jest to jedynie intencja międzynarodówki socjaldemokratycznej, by mieć wpływ na obsadzanie najważniejszych stanowisk w Unii. I biorąc pod uwagę, że przewodniczącym Komisji jest drugą kadencję polityk związany z chadecją, będą próbowali wykorzystać ten aspekt przy obsadzie stanowiska tzw. prezydenta UE.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj