Ta scena się nie poddała – jeszcze

Kończący się sezon w teatrze żywego planu pozostawia po sobie – poza
nielicznymi wyjątkami – najdelikatniej mówiąc, niesmak i niechęć do odwiedzania
teatru. Pozostawia także pełną niepokoju refleksję: co dalej? Czy za pieniądze
widzów-podatników nadal będą obrażane nasze uczucia religijne i patriotyczne
oraz czy będziemy poniżani jako istoty ludzkie, uprzedmiotowione i zdegradowane
wyłącznie do funkcji biologicznych? Bo takie właśnie postaci – przedmioty,
wypreparowane z uczuć i całej sfery duchowości, oglądamy najczęściej na scenach
teatralnych.

Na szczęście te nihilistyczne nurty nie zawładnęły Teatrem Telewizji. Niedawno
zakończony w Sopocie Festiwal Dwa Teatry napawa nadzieją, że nie wszystko
stracone. Choć z drugiej strony, sytuacja finansowa Teatru Telewizji sprawia, że
nie ma środków na produkcję nowych spektakli. A jest to niezbędne, by teatr ten
mógł funkcjonować. Bo ileż razy można oglądać powtórki? Kiedy przyjrzymy się
bliżej pozycji teatru TVP w kontekście całego programu telewizyjnego, wyraźnie
widać, jak spychany jest on na boczny tor. Jest to rodzaj dyskryminacji, zarówno
poprzez silne ograniczanie funduszy, jak i czas emisji wyznaczony na późne
godziny wieczorne, bywało, że prawie nocne. Myślę, że gdyby Teatr Telewizji
prezentował spektakle ośmieszające i degradujące wartości narodowe, lansował
dewiacyjne modele zachowań jako normę, pewnie nie miałby kłopotów finansowych.
Tymczasem teatr ten nierzadko podejmuje tematy ważne, nurtujące, odsłaniające
prawdę historyczną dotąd skrzętnie zakrywaną. Przypomina postaci bohaterskich
Polaków, np. rotmistrza Witolda Pileckiego, siostry Wandy Boniszewskiej, Danuty
Siedzikówny, bł. ks. Jerzego Popiełuszki czy Prymasa Tysiąclecia ks. kard.
Stefana Wyszyńskiego. Cała seria spektakli realizowanych w ramach Sceny Faktu,
często z wykorzystaniem dokumentów znajdujących się w Instytucie Pamięci
Narodowej, to nie tylko strawa duchowa, ale też piękna, patriotyczna lekcja
historii.
Kiedy w Sopocie oglądałam prezentacje spektakli Teatru Telewizji, miałam
wrażenie, że jestem na jakiejś wyspie, do której nie dotarli jeszcze szkodnicy
teatralni ze swoimi niszczącymi wizjami programowymi. A że na spektakle
telewizyjne jest zapotrzebowanie ze strony publiczności, wiedziałam od dawna,
ale nie przypuszczałam, że aż tak wielkie. Moje zdziwienie wzbudziły ogromne
tłumy ustawione w kolejce do sali, gdzie odbywały się pokazy. Było to tym
bardziej zaskakujące, iż słoneczna pogoda aż kusiła, by pójść na plażę. To nie
wszystko, po projekcji każdego spektaklu w oddzielnej sali odbywały się dyskusje
na temat tego, co obejrzeliśmy. Mogę powiedzieć, że byłam zbudowana poziomem
interesujących i jakże trafnych refleksji prezentowanych przez widzów. To miłe
zaskoczenie.

O sumieniu jako wartości niezbywalnej
Tegoroczna XI edycja Festiwalu Dwa Teatry, obejmująca Teatr Telewizji i Teatr
Polskiego Radia, była niestety najskromniejsza ilościowo, jeśli idzie o teatr
telewizyjny. Bo teatr radiowy prezentował się obficie. Natomiast teatr TVP
pokazał tylko 11 spektakli, w tym 4, które nie miały jeszcze premiery, w
telewizji będą emitowane dopiero jesienią. To "Komedia romantyczna" Wojciecha
Tomczyka w reż. Michała Gazdy, "Księżyc i magnolie" Rona Hutchinsona w reż.
Macieja Wojtyszki, "Dolina nicości" wg powieści Bronisława Wildsteina w reż.
Wojciecha Nowaka i "Kontrym" Marka Pruchniewskiego w reż. Marcina Fischera. Dwie
pierwsze pozycje to komedie średniej klasy. Natomiast dwie ostatnie to ważne
spektakle, których nie powinno się przegapić.
W "Dolinie nicości" autor scenariusza Wojciech Tomczyk wybrał jeden z wątków
bogatej tematycznie i myślowo powieści "z kluczem" Bronisława Wildsteina. To
problem zdrady. Dwóch przyjaciół z czasów studiów spotyka się po latach. Jeden z
nich (Return – Krzysztof Globisz) zrobił karierę, drugi (Struna – Mariusz
Wojciechowski) jest strzępem człowieka, wpadł w alkoholizm, nie radzi sobie z
poczuciem winy. Obaj kiedyś byli inwigilowani przez SB, Return zgodził się na
współpracę z SB i wsypał Strunę. A Struna też nie wytrzymał brutalnych metod
śledztwa i więzienia. Teraz, po latach, się spotykają. To spektakl o przyjaźni i
zdradzie, o konfrontacji dwóch wartości, wreszcie o sumieniu. W Returnie mimo
zła, które kiedyś popełnił, a może właśnie dlatego, wciąż żyje sumienie jako
trwały duchowy problem. I nie daje mu spokoju. To ważne: w świecie, gdzie
właściwie upadły już wszystkie wartości, jest coś takiego jak zmaganie się z
sumieniem. Można powiedzieć, że jest to rzecz o żywotności sumienia. Wspaniała,
doskonale zagrana przez Mariusza Wojciechowskiego rola. Szkoda, że bez nagrody.

Kontrym i Światło – dlaczego na równi?
Grand Prix festiwalu otrzymał spektakl "Kontrym" o Bolesławie Kontrymie,
cichociemnym, akowcu, bohaterze Powstania Warszawskiego, człowieku o powikłanym
losie, który wciąż domaga się należytego opracowania dokumentalnego i
historycznego (jako młody chłopak wcielony do Armii Czerwonej i biorący udział w
wojnie polsko-bolszewickiej, potem ucieczka do Polski i bohaterskie czyny w
czasie II wojny). Spektakl wyreżyserowany przez debiutującego w Teatrze
Telewizji Marcina Fischera buduje dramaturgię poprzez tzw. skokową, rwaną
narrację, co wprowadza bogactwo formy, ale jednocześnie przeszkadza w odbiorze,
bo nie podążamy wraz z bohaterem za jego myślą, emocjami, niepokojem. Ponadto
postać Kontryma (znakomita rola Jana Frycza) pokazana jest w zderzeniu z Józefem
Światłą (świetna gra Redbada Klijnstry), pułkownikiem SB, który go przesłuchuje.
Odbieram to jako swego rodzaju niezasłużone awansowanie Światły. W jego
późniejszej ucieczce na Zachód trudno doszukiwać się jakiegoś przełomu
duchowego. To raczej cynizm i wyrachowanie. Szkoda, że w spektaklu tego nie
widać.
Wprawdzie mam sporo uwag wobec tego przedstawienia, zwłaszcza jeśli idzie o
niezbyt czytelne nakreślenie postawy ideowej, patriotycznej i moralnej Kontryma,
która jest tu dość zamazana, a także o sposób prowadzenia narracji, częściowo z
punktu widzenia Światły (co uważam za błąd interpretacyjny, bo w pewnym sensie
zrównuje te dwie postaci), ale uważam, że to ważny spektakl. Wyciąga z niebytu
postać człowieka, któremu wytoczono sfingowany proces i na którym wykonano wyrok
śmierci w 1953 roku. Do dziś rodzina nie zna miejsca jego pochówku. Gdzieś
podskórnie czuję, jakby spektakl ten częściowo wpisywał się w nurt
"odbrązawiania".
Moda na tzw. odbrązawianie wizerunku naszych bohaterów narodowych rozwija się i
zatacza coraz szersze kręgi, nie oszczędzając nikogo. Nawet największych
Polaków. Dla przykładu: nie tak dawne obchody 200-lecia urodzin Juliusza
Słowackiego obfitowały przecież w najrozmaitsze koszmarne inscenizacje dzieł
poety z filmową "Balladyną" w reżyserii Dariusza Zawiślaka na czele. I – o
zgrozo! – ten pornograficzny kicz reprezentował Polskę na świecie w ramach
obchodów Roku Słowackiego. A Rok Chopina i wulgarny, obsceniczny komiks mający
"rozsławiać" imię polskiego kompozytora na świecie. A niszczenie Aleksandra
Fredry, Henryka Sienkiewicza, wyszydzanie walk powstańczych o niepodległość,
inscenizacje spektakli deprecjonujących i ośmieszających Powstanie Warszawskie
(w czym przoduje Marcin Liber), itd., itd.

"Odbrązawianie" tylko w jedną stronę
Dziwne, że mechanizm ten działa tylko w jedną stronę, to znaczy "odbrązawia się"
Polaków, którzy uosabiają przywiązanie do patriotyzmu i tego wszystkiego, co się
z nim łączy. Natomiast krytykantów polskości i szkodników z premedytacją
rozkładających od wewnątrz państwo polskie, np. poprzez teatr i właściwie całą
kulturę – gloryfikuje się. Przyznaje się im nagrody, wystawia w teatrach mierne
sztuczydła ich autorstwa, lobbuje się na ich rzecz i lansuje jako wybitnych
twórców. Obrońcy owych "gloryfikatorów" antypolskości powołują się na swobody
demokratyczne i wolność słowa. I znów, podobnie jak z "odbrązawianiem", ta
demokratyczna wolność słowa działa tylko w jedną stronę, jak pokazuje choćby
najnowszy przykład związany z wystąpieniem na forum Parlamentu Europejskiego o.
dr. Tadeusza Rydzyka zatroskanego o naszą suwerenność, o naszą gospodarkę, o
nasze polskie być albo nie być, co skutkowało wrzaskiem "gloryfikatorów" i
żenującym donosem złożonym przez ministra Sikorskiego do Watykanu.
Ciekawe, komu my, zepchnięci do sfery "wykluczonych", bo zatroskani o polską
kulturę, sprzeciwiający się wyniszczaniu naszego dorobku narodowego i deptaniu
pamięci polskich bohaterów, mamy złożyć swój sprzeciw? Na przykład ja
zdecydowanie nie zgadzam się, by na kulturę (w tym na teatry) łożono środki z
budżetu państwa. A więc środki pochodzące m.in. z moich podatków. To bowiem, co
oglądam na scenach teatralnych, w kinie, na wystawach, co czytam w nagradzanych
książkach – poza wyjątkami – nie zasługuje na miano kultury, lecz jest
antykulturą, i jest wymierzone przeciwko mnie, przeciwko mojemu systemowi
wartości, mojemu stylowi życia, moim uczuciom patriotycznym i religijnym, mojemu
gustowi artystycznemu. Musiałabym więc być masochistką, by popierać ów
groteskowy Pakt dla kultury, jaki podpisali swego czasu tzw. Obywatele Kultury,
z którymi się nie utożsamiam, a którzy pewnie uważają, że reprezentują nas,
Polaków, czyli także mnie. Otóż powtarzam, że na pewno nie mnie.
No więc jak jest z tą niby demokratyczną wolnością wypowiedzi i jej realizacją?

Temida Stankiewicz-Podhorecka
 

drukuj