Szukając Dziecięcia

Zawsze z odrobiną nieufności słucham świadectw ludzi, którzy opowiadają o
swoim nawróceniu. "Byłem zły, podły, przewrotny. Bóg był dla mnie nic niewartą,
pustą ideą. Nagle wydarzyło się coś, co radykalnie odwróciło mój dotychczasowy
porządek wartości. Teraz jestem innym człowiekiem. Wszystko stało się nowe!".

 Rzecz nie w tym, że tak się rzeczywiście stało. Problematyczny (i mało
wiarygodny) dla mnie jest sposób nakreślenia wewnętrznej przemiany. Owe "kiedyś"
i "teraz" stoją niepokojąco blisko siebie. Obszar duchowej walki, wyznaczony z
jednej strony przez stare przyzwyczajenia, z drugiej zaś neoficką gorliwość,
zostaje wstydliwie skryty za zapewnieniami, że dawne życie rozpłynęło się w
niebyt i że popełnione błędy już nie powrócą. A co z przestrzenią "pomiędzy"?
Dlaczego tak często omija się w świadectwach momenty zwątpień, kiedy rodzi się
chęć, aby zawrócić, zanurzyć się w odmętach stabilnej, choć przecież toksycznej
pewności? A przecież to właśnie ten moment wewnętrznego dojrzewania jest
najtrudniejszy i najważniejszy. I często trwa bardzo długo. Dziecko, gdy zaczyna
uczyć się chodzić, zwykle musi się najpierw nieźle poobijać. Krok staje się
pewny dopiero wtedy, gdy umysł zanotuje sytuację, kiedy trzeba zwolnić, ominąć
przeszkodę, zawrócić. Skąd taka refleksja w uroczystość Objawienia Pańskiego?
Otóż poszukiwania Dziecięcia przez Mędrców można potraktować jako obraz
wszelkich ludzkich poszukiwań Boga. Pokłon, jaki oddają oni Nowonarodzonemu, to
finał długiej drogi. Musieli porzucić swoje wyobrażenia o miejscu narodzin
Mesjasza, ominąć pułapki chytrze zastawione na nich przez Heroda i zatrzymać się
przed nędzną szopą, kiedy serce i zdrowy rozsądek podpowiadały coś zupełnie
innego. Musieli udźwignąć kontrast między obrazem tego, co widzieli w pałacu
satrapy, a ubóstwem stajni. Wreszcie cały swój los zawierzyli Bogu, który
doprowadził ich do swojego Syna, wysyłając przed nimi gwiazdę. Poznawanie Jezusa
to bardzo trudny i długi proces. Wielu ludzi, kiedy napotka na swojej drodze
pierwsze ślady obecności Boga manifestujące się np. tradycją, skrawkami
świątecznego ornamentu, wyrwanymi z kontekstu teologicznymi prawdami, przestaje
dalej szukać. Osiadają na mieliźnie złudnej pewności, że już wiedzą, są u kresu
drogi. Byle problem, medialna "szpila", czasem trudne osobiste doświadczenie
wywracają pozornie stabilny porządek do góry dnem i brutalnie przypominają, że
Bóg skryty jest w głębi rzeczywistości. Nie da się o Nim mówić z bezwstydną
łatwością, jak sugerują to współcześni pseudomesjasze. Nie wolno ulegać
podszeptom różnego rodzaju "herodów", którzy przerażeni faktem, że władza wymyka
się im z rąk, zrobią wszystko, aby poprzez pochlebstwo, kłamstwo, donosicielstwo
zabić prawdziwy obraz Boga w nas. Na wszelkie sposoby będą się starać, aby
skierować naszą uwagę tam, gdzie można znaleźć Jego marną atrapę. Nie wystąpią
jawnie przeciw Bogu – to byłoby zbyt ryzykowne. Piewcy nowej ery pokażą, że
prawdziwy Bóg to tylko taki, którego da się sobie wyobrazić. Resztę – dla
swojego bezpieczeństwa – lepiej wymazać z pamięci i serca. Pierwsze patrystyczne
opisy Kościoła definiują chrześcijan jako "ludzi (tej) drogi". Nie jest tak, że
uczniem Jezusa się "bywa". Jest moment w życiu człowieka, gdy zostaje on wezwany
do wspólnoty życia z Bogiem. Różnie to wygląda: raz ma kształt wypełnionej
miłością rodziny, gdzie wiara – niczym rzucone w ziemię ziarno – stopniowo
wzrasta, dojrzewa; innym razem przypomina gwałtowne doświadczenie Szawła, który
pod Damaszkiem upada na ziemię, traci wzrok, zostaje doprowadzony do tych,
których niedawno prześladował. Takim otrzeźwieniem może być choroba, wypadek
samochodowy, utrata sensu. Całe późniejsze życie jest stawaniem się, dorastaniem
do miary wielkości otrzymanego powołania, szukaniem Dziecięcia. Ważne jest
jedno: aby nie zawrócić w połowie drogi.

ks. Paweł Siedlanowski

drukuj