Szukają grobu Cieplińskiego
Z dr. hab. Krzysztofem Szwagrzykiem, naczelnikiem Oddziałowego Biura
Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu, rozmawia Mariusz
Kamieniecki
Jakie znaczenie dla pamięci ofiar podziemia niepodległościowego ma
ustanowienie Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych", który w tym miesiącu
obchodziliśmy po raz pierwszy?
– W moim przekonaniu, jest to inicjatywa nie do przecenienia, o ogromnym
znaczeniu nie tylko dla uczestników powojennego podziemia niepodległościowego,
dla ich rodzin, ale także dla całego polskiego społeczeństwa. Dzięki uchwale
Sejmu z lutego br. polskie społeczeństwo, chcąc nie chcąc, dowiedziało się o
takim zjawisku jak "żołnierze wyklęci". Niestety, wiedza na temat całego
podziemia antykomunistycznego nie jest w Polsce powszechna, dlatego dobrze, że
po tylu latach milczenia i znieważania tego środowiska, dzięki prezydentowi
Lechowi Kaczyńskiemu, który wyszedł z tą inicjatywą, jak i Sejmowi RP jako
najwyższemu organowi ustawodawczemu, który ją przyjął, "żołnierze wyklęci"
zostają odpowiednio uhonorowani.
Jakie jest źródło określania tych polskich bohaterów mianem "żołnierzy
wyklętych"?
– Określenie to pojawiło się w latach 90. ubiegłego stulecia, a najbardziej
znaną pracą, która przywoływała tę nazwę, jest książka Jerzego Ślaskiego pt.
"Żołnierze Wyklęci". Rzeczywiście można dyskutować, czy jest to właściwy sposób,
by nazwać ludzi, którzy po 1944 r. z bronią w ręku bądź w inny sposób prowadzili
walkę z systemem komunistycznym. Być może udałoby się znaleźć bardziej
precyzyjne określenie, ale termin "żołnierze wyklęci" funkcjonuje w literaturze
przedmiotu, w publicystyce i trudno byłoby teraz to zmieniać. Według mnie, ten
termin powinien być nadal używany.
Przez lata pamięć o nich była zamazywana. Na ile zmieniło się to z chwilą
powstania Instytutu Pamięci Narodowej?
– Atmosfera wokół "żołnierzy wyklętych" zmieniła się przede wszystkim wraz z
upadkiem systemu komunistycznego w Polsce. Po 1989 r. ludzie skazani na niebyt,
ci, których wcześniej represjonowano i inwigilowano za działalność na rzecz
niepodległości państwa polskiego, wobec których materiały archiwalne w
kartotekach służb specjalnych były uaktualniane do końca lat 80. – mogli
wreszcie upomnieć się o pamięć, pamięć o swojej działalności i działalności
swoich kolegów, którym niestety nie dane było dożyć tego czasu. Natomiast
utworzenie IPN i otwarcie archiwów bezpieki spowodowało zmianę jakościową w
badaniach. Pojawiły się możliwości, które wcześniej w ogóle nie istniały. Po raz
pierwszy dzięki temu, że powstał IPN, badacze mogli podjąć studia nad
materiałami wcześniej zupełnie nieznanymi. Wcześniej z archiwów PRL-owskich
korzystali tylko funkcjonariusze aparatu oraz pozostający na usługach władzy
komunistycznej odpowiednio wyselekcjonowani historycy i badacze, których
zadaniem nie było obiektywne opisywanie historii, ale zohydzanie podziemia
niepodległościowego w oczach społeczeństwa. Wystarczy tylko przypomnieć prace
Tadeusza Walichnowskiego, Stanisława Wałacha i wielu innych funkcjonariuszy
komunistycznego państwa, którzy w latach 60., 70. i 80. w oparciu o materiały
bezpieki tworzyli paszkwile przeciwko żołnierzom Armii Krajowej, Narodowych Sił
Zbrojnych i innych ugrupowań antykomunistycznych.
Jaka była skala zaangażowania konspiracji antykomunistycznej w walkę zbrojną
przeciwko wrogiemu Polsce systemowi?
– Mimo upływu lat historycy nie potrafią określić w sposób bardzo precyzyjny
liczby ludzi zaangażowanych w działalność antykomunistyczną po II wojnie
światowej. Jak szacują badacze, liczba ta mieściła się w przedziale od 120 tys.
do nawet 180 tys. ludzi. Liczbę samych członków podziemia zbrojnego, a więc
tych, którzy z bronią w ręku, w lasach, w sposób czynny walczyli z władzą
komunistyczną, oceniamy na ponad 20 tys. osób. Są to ogromne liczby, które
świadczą o skali oporu przeciwko systemowi komunistycznemu.
Kiedy mówimy o osobach zaangażowanych w działalność antykomunistyczną, nie
sposób pominąć ofiar tego systemu…
– Dzisiaj wiemy już, że w latach 1944-1956 sądy komunistyczne wydały ponad 8
tys. w większości wykonanych wyroków śmierci. Z kolei liczbę tych, którzy
zginęli w walce bądź zostali skrytobójczo zamordowani, ocenia się na około 9-10
tysięcy. Są to dane, które porażają, które z jednej strony świadczą o skali
oporu, a z drugiej o rozmiarach terroru zastosowanego po wojnie przez władze
komunistyczne wobec tych, którzy pragnęli wolnej, suwerennej Polski.
Do dziś nie są znane miejsca pochówku chociażby dowódców IV Zarządu Głównego
Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". A jak wygląda to w odniesieniu do kwater
pozostałych ofiar komunizmu?
– Ogromna większość ludzi, którzy podjęli walkę z systemem komunistycznym,
kładąc na szalę własne życie, i którzy zginęli, nie ma swych grobów, a miejsca
ich pochówku nie są znane. Komunistyczny aparat represji robił wszystko, żeby
wszelkie ślady zbrodni zostały zatarte. Jak widać, zrobiono to skutecznie. W
całym kraju mamy pojedyncze przypadki, co do których możemy powiedzieć, że udało
się znaleźć miejsca pochówku pojedynczych członków podziemia antykomunistycznego
zamordowanych w różnych więzieniach. W wyniku prac prowadzonych w Instytucie
Pamięci Narodowej w ostatnich latach udało się odnaleźć we Wrocławiu, Opolu i
Szczecinie miejsca pochówków 10 żołnierzy antykomunistycznego podziemia.
Przyzna Pan, że to niewiele?
– Oczywiście, że to mało. Przypomnijmy jednak, że nie ma żadnych dokumentów
aparatu bezpieki, które wskazywałyby wprost takie miejsca. To, co w tej chwili
robimy w IPN, a więc szukanie w całym kraju, we wszystkich miastach, gdzie
istnieją nasze oddziały, miejsc pochówku "żołnierzy wyklętych", są to działania,
które będą trwały jeszcze wiele lat. Trzeba też dodać, że choć nie zawsze te
działania kończą się sukcesem, istnieje bezwzględna potrzeba ich kontynuacji.
Moim zdaniem, nawet jeżeli po 50 czy 60 latach mielibyśmy odnaleźć miejsce
pochówku tyko jednego człowieka, który poświęcił swe życie, walcząc z
komunistami o niepodległość naszej Ojczyzny, to takie działania warto
podejmować. Takie działania prowadzimy i będziemy prowadzić w latach następnych
w całym kraju. Niewykluczone, że za pół roku będziemy mogli przekazać za
pośrednictwem "Naszego Dziennika" więcej pozytywnych informacji.
Co Pan ma na myśli?
– Być może nastąpi przełom w samej Warszawie, a więc tam, gdzie są groby
najważniejsze z ważnych, chociażby członków IV Zarządu Głównego Zrzeszenia
"Wolność i Niezawisłość": ppłk. Łukasza Cieplińskiego i innych. Mam nadzieję, że
tak się stanie.
Pan osobiście prowadzi badania dotyczące odnalezienia miejsc pochówku ofiar
komunizmu na Dolnym Śląsku. Jaka była skala zbrodni komunistycznych w tym
regionie?
– Dolny Śląsk jest miejscem specyficznym, przez wiele lat po wojnie był uważany
przez żołnierzy podziemia za idealny teren do schronienia. Na Dolny Śląsk
przybywali żołnierze praktycznie ze wszystkich okręgów Armii Krajowej z całego
kraju, w tym także wielu żołnierzy z Kresów Wschodnich. Wydawałoby się, że na
tym nowym obszarze stosunkowo łatwo będzie im się ukryć. I rzeczywiście przez
pierwsze dwa, może trzy powojenne lata sytuacja dla wszystkich, którzy próbowali
się tu ukryć przed Służbą Bezpieczeństwa, była dość wygodna, ale potem to się
zmieniło. Jednak Dolny Śląsk nie był tylko miejscem schronienia, był także
obszarem, gdzie swoją działalność przeniosły i kontynuowały różne struktury
niepodległościowe. Wystarczy tylko wspomnieć okręgi: wileński, lwowski czy
tarnopolski AK. Ponadto działały tu dobrze rozbudowane struktury lokalne.
Dzisiaj skalę dolnośląskiego podziemia szacujemy na kilka tysięcy osób, a liczbę
organizacji na sto kilkadziesiąt. Trzeba też powiedzieć, że Dolny Śląsk to
obszar, na którym tylko poza nielicznymi, pojedynczymi przypadkami prowadzono
działalność zbrojną, ale jednocześnie jest to region, gdzie niezwykle aktywne
były inne struktury podziemia antykomunistycznego nastawione m.in. na
działalność wywiadowczą. Prężnie działały tu także młodzieżowe struktury
podziemia antykomunistycznego. Za działalność antykomunistyczną na Dolnym Śląsku
orzeczono ponad trzysta wyroków śmierci, z czego blisko 150 zostało wykonanych.
Czy znane są miejsca pochówku pomordowanych?
– Wrocław jest jedynym w skali kraju miejscem, gdzie do dzisiaj na cmentarzu
Osobowickim zachowały się kwatery ofiar komunizmu, a więc te, w których grzebano
straconych i zmarłych wrocławskich więźniów. Warto przy tym zaznaczyć, że
jeszcze w roku 1987, a więc zaledwie dwa lata przed upadkiem systemu
komunistycznego, zostały podjęte decyzje o likwidacji tych pól, które
przeznaczono do pochówków członków Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.
Gdyby nie upadek komunizmu i zaangażowanie grupki wrocławian zdeterminowanych,
żeby zachować dla potomnych kwatery bohaterów podziemia antykomunistycznego,
doszłoby do tego, że na miejscach wiecznego spoczynku więźniów komunizmu chowani
byliby ludzie, którzy do ich śmierci doprowadzili.
1 marca powinniśmy pamiętać o poległych w walce i pomordowanych w katowniach
UB "żołnierzach wyklętych", ale także o ich rodzinach…
– Kiedy wspominamy "żołnierzy wyklętych", zawsze będziemy pamiętać przede
wszystkim tych, którzy za wierność Polsce zapłacili najwyższą cenę. Jednak
Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" jest, a przynajmniej powinien być,
także dniem pamięci o tych, którzy przeżyli i którzy z więzień komunistycznych
wyszli dopiero w latach 60. Dodajmy przy okazji, że informacje o tym, że w 1956
r. więzienia komunistyczne otworzyły szeroko swoje bramy i wszyscy, którzy byli
skazani z przyczyn politycznych, je opuścili, są informacjami połowicznymi.
Prawda jest taka, że wielu członków podziemia wyszło na wolność dopiero w latach
60. Warto też pamiętać, że ludzie podziemia mieli także swoje rodziny, trzeba
jednak podkreślić, że system komunistyczny był zbrodniczy także i na tym polu,
czyli odpowiedzialnością zbiorową obejmował żony i dzieci tych, którzy podjęli
walkę z władzą komunistyczną. Wielu działaczy podziemia zostało zmuszonych do
opuszczenia swojej rodziny, wielu straciło też swoich bliskich. Kiedy oboje
rodzice byli zaangażowani w działalność antykomunistyczną, ich dzieci
umieszczano w domach dziecka.
To tylko potwierdza, że był to system antyludzki…
– Bez wątpienia tak. Odnosząc się do tego wątku naszej historii, przytoczę
przykład z Wrocławia – historię kpt. Eugeniusza Werensa. Ten bohaterski żołnierz
AK w 1944 r. walczył w Iwoniczu-Zdroju i okolicach, a po wojnie odtwarzał
struktury antykomunistyczne we Wrocławiu. Ujęty w 1946 r. został osadzony w
więzieniu przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu. Do tego samego więzienia trafiły
także jego żona, teściowa i szwagierka. W tymże więzieniu urodziło się jego
dziecko i również w tym więzieniu kpt. Werens został stracony. Na szczęście
życie uratował jego zastępca i przyjaciel z więziennej celi Zdzisław Jankowski
ps. "Jastrzębiec", który na prośbę kpt. Werensa przekazaną na chwilę przed
egzekucją obiecał, że jeżeli przeżyje, będzie szukał jego rodziny i zaopiekuje
się jego córką. Dopiero w 1991 r. odnalazł córkę kpt. Werensa, która na początku
lat 90. żyła w skrajnej nędzy i dopiero od Zdzisława Jankowskiego dowiedziała
się, kim był jej ojciec. Staraniem Zdzisława Jankowskiego udało się pomóc
rodzinie kpt. Werensa. Przykład tragedii tej rodziny niestety nie jest wyjątkiem
w skali ogólnopolskiej.
Co wiemy o losie tych, którzy oskarżali czy wydawali wyroki śmierci w
procesach komunistycznych?
– Obecnie wiemy już bardzo dużo na temat osób, które oskarżały w procesach
politycznych w latach 40. czy 50. Znamy życiorysy i przebieg kariery sędziów i
prokuratorów wojskowych, którzy w procesach politycznych brali szczególnie
aktywny udział. W odróżnieniu od osób, które oskarżali czy wobec których
zasądzali wyroki śmierci, znane są daty ich śmierci i miejsca ich pochówku.
Spośród ok. 1,1 tysiąca sędziów i prokuratorów komunistycznych przed sądami
niepodległej Rzeczypospolitej stanęło zaledwie kilkunastu i tylko jeden otrzymał
wyrok skazujący. We wszystkich pozostałych przypadkach sędziowie i prokuratorzy
komunistyczni uczestniczący w procesach politycznych czy żądający kar śmierci
usłyszeli wyroki uniewinniające. Nie chcę oceniać polskiego wymiaru
sprawiedliwości i wyroków sądu, powiem tylko, że oceny historyków w tym
względzie są zasadniczo różne. Trudno bowiem znaleźć uzasadnienie uniewinnienia
osób, które mając pełną świadomość tego, że przedstawiciele podziemia
niepodległościowego, którzy stawali przed sądem, uczestniczyli w procesach
sfabrykowanych przez Informację Wojskową Ludowego Wojska Polskiego bądź Urząd
Bezpieczeństwa Publicznego, byli poddawani wcześniej wielomiesięcznym śledztwom
i pozbawieni nawet prawa do obrony – wobec tego ocena takich sędziów i
prokuratorów może być tylko i wyłącznie negatywna. Trzeba też dodać, że w wielu
przypadkach próby osądzenia sędziów i prokuratorów komunistycznych w naszym
kraju spotkały się z niemożnością wszczęcia sprawy, ponieważ niektóre osoby
opuściły Polskę. Mieszkają i żyją w krajach europejskich, ale także poza naszym
kontynentem. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo wciąż w Polsce żyje i ma
się dobrze kilkudziesięciu sędziów i prokuratorów, którzy w systemie
komunistycznym aktywnie ferowali wyroki w sprawach politycznych, mimo to nie
udało się postawić ich przed sądem.
Skąd ta niemożność?
– W Polsce zbrodniarze komunistyczni traktowani są znacznie łagodniej niż
zbrodniarze hitlerowscy. Zbrodnia zawsze pozostanie zbrodnią i nie powinna być
traktowana inaczej tylko dlatego, że ktoś reprezentował taki czy inny system
totalitarny.
Jakie mamy informacje na temat sędziów i prokuratorów, zwłaszcza tych ze
słynnego procesu przywódców IV Zarządu Głównego WiN?
– Wszyscy już dziś nie żyją. Przewodniczący składu sędziowskiego orzekającego w
sprawie członków kierownictwa IV Zarządu Głównego WiN płk Aleksander Warecki
(Warenhaupt) zmarł w Warszawie w 1986 roku. Wspomagający go mjr Zbigniew Furtak
zmarł w stolicy w 2003 r., natomiast oskarżyciel ppłk Jerzy Tramer zmarł w
Chorzowie w roku 1980. Warto przy tym dodać, że w okresie wojny Tramer był
żołnierzem, a Furtak oficerem Armii Krajowej.
Jak dziś możemy, jak powinniśmy spłacić dług wdzięczności wobec bohaterów
podziemia niepodległościowego?
– Ustanowienie Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" jest w moim
przekonaniu doskonałym momentem, abyśmy w sposób pełny i właściwy uhonorowali
żołnierzy całego podziemia antykomunistycznego. Marzy mi się, by tak jak przed
wojną uczestników Powstania Styczniowego darzono powszechnym szacunkiem, którym
salutował każdy żołnierz, także generał, aby również do tych, którzy walczyli z
systemem komunistycznym, odnosić się z takim samym szacunkiem. Żeby ci ludzie
mieli świadomość, że ich wysiłek i tragedia, jaką przeżyli, a także tragedia ich
bliskich – że to wszystko nie poszło na marne, że społeczeństwo pamięta i ceni
ich zasługi w walce o niepodległość.
To ważne także dla młodzieży, która będzie dysponentem tej pamięci…
– Wbrew temu, co często się mówi, o pamięć historyczną naszej młodzieży możemy
być spokojni. Od kilku lat obserwujemy bowiem ogromne zainteresowanie ludzi
młodych historią naszego kraju. Nie jest prawdą, co usiłuje się nam wmówić, że
młodzież nastawiona jest wyłącznie na przyszłość i żyje dniem teraźniejszym,
zapominając o przeszłości swego kraju. Młodzież jest bardzo zainteresowana
historią Polski i jeżeli miałbym to dzisiaj określić, to powiedziałbym, że jest
to tendencja stale zwyżkująca, czyli z każdym rokiem to zainteresowanie sprawami
historycznymi jest u nas coraz większe. Wymownym tego przykładem może być dzień
1 marca br. we Wrocławiu, kiedy pierwszy raz obchodziliśmy Narodowy Dzień
Pamięci "Żołnierzy Wyklętych". W kościele garnizonowym została odprawiona Msza
Święta, a w gronie kilkuset osób, m.in. kombatantów, byli bardzo młodzi ludzie,
a także kibice piłkarscy Śląska Wrocław. Kibice ci przeszli potem ulicami miasta
z biało-czerwonymi flagami i plakatami, na których były wizerunki "żołnierzy
wyklętych". To piękna postawa i przykład, który pokazuje, że to młode pokolenie
poszukuje swoich korzeni i chce pamiętać o swojej historii, ale trzeba mu w tym
pomagać. Należy tylko ubolewać, że media publiczne zrzuciły z siebie zadanie
krzewienia poprzez edukację pamięci o polskiej historii. Nieporozumieniem jest
także to, że programy historyczne, o ile w ogóle są w ramówce telewizji
publicznej, są emitowane w godzinach nocnych. Pytanie, dlaczego o wcześniejszych
porach mamy oglądać niekończące się telenowele i teleturnieje, natomiast nie
możemy zobaczyć programów historycznych.
Dziękuję za rozmowę.
