Szczęście opuska premiera Tuska?

Wygląda na to, że Stanisław Wyspiański wszystko przewidział, podstępnie wkładając w usta Czepca w „Weselu” skierowane do Dziennikarza ni to pytanie, ni to stwierdzenie: „Cóż tam, panie, w polityce? Chińcyki trzymają się mocno!?”. Jak pamiętamy, Dziennikarz wykpił się jakimś wykrętem, że to niby Czepiec nie wie, gdzie Chiny leżą, ale tak naprawdę to pewnie się bał, że jak mu odpowie, to może nawet go wyleją, a „posadę przecież mam w tej firmie kłamstwa, żelaza i papieru. Kiedy ją stracę, kto mnie przyjmie?”. Wtedy może nie było aż tak źle, ale teraz to jest podstawa tak zwanej etyki dziennikarskiej, nad którą – jak wiadomo – czuwa niezawodna Rada Etyki Mediów.

Zresztą mniejsza już o tę całą Radę, bo znacznie ważniejsze wydaje się tajemnicze zniknięcie szyfranta Stefana Zielonki. Razwiedka bezskutecznie zachodziła w głowę („zachodzim w um z Podgornym Kolą…”), co też mogło mu się przytrafić, aż tu nagle w okolicy Bożego Narodzenia gruchnęła wieść, że mógł czmychnąć do Chin Ludowych – oczywiście razem z szyframi. A to ci dopiero siurpryza, „owóż nieprzewidziany wypadek” – jak głosi znany z „Potopu” fragment słynnego proroctwa św. Brygidy. Co za bezczelny i niebezpieczny konspirator! Ale to był dopiero początek czarnej serii, bo w przeddzień Wigilii okazało się, że pan Grzegorz Michniewicz, dyrektor generalny kancelarii premiera, powiesił się w swoim mieszkaniu. Nastąpiło to, mimo że posiadał najwyższe certyfikaty bezpieczeństwa, nie tylko tubylcze, to znaczy państwowe, ale również NATO-wskie. Było prawie pewne, że to zagadkowe samobójstwo nikogo nie zainteresuje. I rzeczywiście – niezależne media pełne były rewelacji o tajemniczym „szalonym kolekcjonerze”, co to miał rzezimieszkom zlecić kradzież napisu „Arbeit macht frei” znad bramy obozu w Oświęcimiu. Ten kolekcjoner miał podobnież „pochodzić” ze Szwecji. A dlaczego on potrzebował pochodzić ze Szwecji? Tego oczywiście nie wiem, ale nie można wykluczyć, iż dlatego że w swoim czasie gazeta „Aftonbladet” napisała, że Izrael handluje organami pochodzącymi ze specjalnie w tym celu zabijanych Palestyńczyków.

30 grudnia pan premier Tusk odwołał kapitana Przemysława Gułę ze stanowiska szefa Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Pan kapitan Guła jest z wykształcenia lekarzem, podobnie jak minister obrony pan Klich, który w dodatku jest psychiatrą, a więc – jak to się mówi – właściwy człowiek na właściwym miejscu. Z tej okazji coś tam mamrotano o jakichści rejestrach, ale nie wyglądało to przekonująco, zwłaszcza że na znak solidarności z panem kapitanem Gułą zwolniło się aż 10 specjalistów z kluczowego wydziału analiz zagrożeń. W tej sytuacji sprawę zwolnienia pana kapitana Guły bada ABW. To jeszcze nic w porównaniu z tym, że w rezultacie tego buntu pan premier nie będzie miał bladego pojęcia, czy bardziej zagraża mu, dajmy na to, kandydatura pana dr. Olechowskiego, czy czający się w mroku do skoku Włodzimierz Cimoszewicz. Zwrócił na to uwagę nie byle kto, tylko sam pan generał Petelicki, ten sam, który wstąpił do SB, aby spełniać dobre uczynki. Wygląda na to, że razwiedka, uważająca dotychczas premiera Tuska za tzw. mniejsze zło, zaczyna go opuszczać, a skoro ona go opuszcza, to znaczy, że może opuścić go również szczęście, bo to przecież jedno i to samo. Zwłaszcza w sytuacji, gdy nawet pan Artur Zirajewski taktownie umarł „z przyczyn chorobowych”, a „Chińcyki trzymają się mocno”.


Stanisław Michalkiewicz
drukuj