Strzelali z 12 metrów

Ze Stanisławem Płatkiem, przywódcą strajku górników z "Wujka" w 1981 r.,
rozmawia Jacek Dytkowski

Sąd Okręgowy w Warszawie uniewinnił Czesława Kiszczaka, byłego ministra spraw
wewnętrznych, oskarżonego o przyczynienie się do śmierci górników podczas
pacyfikacji kopalni "Wujek" w 1981 roku…

– Nie przespałem spokojnie nocy po tej rozprawie. Trudno oceniać, bo z decyzjami
sądu się nie dyskutuje.

Dwadzieścia lat toczy się sprawa o pociągnięcie do odpowiedzialności
Kiszczaka za strzelanie do bezbronnych ludzi…

– To żenująca sytuacja, żeby nie powiedzieć – skandaliczna. Jeżeli weźmiemy pod
uwagę, że Trybunał Konstytucyjny 16 marca tego roku wydał orzeczenie, iż stan
wojenny został wprowadzony z pogwałceniem prawa i Konstytucji wówczas
obowiązującej, to cóż można więcej powiedzieć? Tym bardziej wyrok Sądu
Okręgowego w Warszawie z 27 kwietnia br. uniewinniający Kiszczaka jest dla mnie
niezrozumiały.

Sąd nie znalazł dowodu na odpowiedzialność Kiszczaka za strzały do górników?
– Jeżeli sąd nie chce odczytać z szyfrogramu, który Kiszczak wydał i osobiście
podpisał, jako dowodu na jego sprawstwo kierownicze, to o czym można dyskutować?

Był Pan ranny podczas zajść pod kopalnią "Wujek"…
– Pomimo upływu 30 lat od tego czasu pozostaje jeszcze wiele spraw
nieuregulowanych z osobami, które odniosły wówczas rany, i rodzinami zabitych.
Tym bardziej trudno jest dociekać sprawiedliwości, jeżeli nie potrafimy osądzić
podstawowych rzeczy. Jeżeli ktoś spycha sprawę tylko w sferę moralności, a nie
zamierza odpowiadać za czyny popełnione przez podległych sobie funkcjonariuszy –
również karnie, gdyż wydał dyspozycje do użycia broni palnej dla tych, którzy
strzelali, a zostali już prawomocnym wyrokiem za ten czyn skazani, to jest to
dla mnie naprawdę niezrozumiałe.

ZOMO mogło strzelać bez pozwolenia z kierownictwa?
– Ależ to przyzwolenie zostało przyznane. Jest nim ten szyfrogram Kiszczaka.
Regulaminy służby nie dawały bowiem możliwości używania przez oddziały zwarte
Milicji Obywatelskiej broni palnej. Dlatego ten szyfrogram ma, według nas, takie
istotne znaczenie. Został on wydany w formie ściśle tajnego rozkazu. Nie podlega
to więc dyskusji, jest to ewidentne. Jeżeli ktoś nie potrafi rozróżnić tych
rzeczy, to nie powinien zasiadać w takim urzędzie, który orzeka w sprawach
karnych.

Jakie działania zamierzacie podjąć w związku z uniewinnieniem Kiszczaka?
– Czekamy na pisemne uzasadnienie wyroku, jak zapowiedział już prokurator
Zbigniew Zięba. Zostanie ono przeanalizowane i jako oskarżyciel publiczny będzie
on składać apelację. Zapowiedzieli to również nasi pełnomocnicy: mecenas Janusz
Margasiński i mecenas Maciej Bednarkiewicz.

Jaka była atmosfera wśród górników podczas pamiętnego strajku w kopalni
"Wujek" 14 grudnia 1981 roku?

– Przede wszystkim podjęto strajk, ponieważ uważano, że jest to nasza odpowiedź
na nielegalne wprowadzenie stanu wojennego i na uwięzienie naszych przywódców,
m.in. Jana Ludwiczaka, przewodniczącego Komisji Zakładowej "Solidarności"
kopalni "Wujek". Zresztą wśród postulatów, jakie załoga zgłosiła płk. Czesławowi
Piekartowi, komisarzowi wojskowemu Katowic, było uwolnienie wszystkich więźniów
politycznych i internowanych.

Co się działo, kiedy podjechały oddziały Milicji Obywatelskiej?
– Zanim doszło do decydującej rozprawy, nękano nas psychicznie. 14-15 grudnia
demonstrowano siłę. Nie mieliśmy spokojnego dnia ani nocy. Często jakieś
oddziały przejeżdżały pod kopalnią, co powodowało wielkie poruszenie i gotowość
do stanięcia na barykadach. Rankiem 16 grudnia otoczono cały teren kopalni
szczelnym pierścieniem milicyjno-wojskowym. Wtenczas atmosfera była już naprawdę
gorąca.

Pamięta Pan okoliczności użycia broni palnej przez ZOMO?
– Strzały padły nieoczekiwanie. Nikt z nas się nie spodziewał, że będą strzelać.
Można powiedzieć, że doszło do tego w najmniej spodziewanym momencie, kiedy
wydawało się, iż oddziały milicyjne wycofują się z kopalni. Z ich strony było to
celowe działanie, żeby nas sprowokować do wyjścia za nimi na ulicę. Ponieważ
tego nie uczyniliśmy, zaczęto strzelać.

Wycofanie oddziałów było celowym zabiegiem?
– Niektórzy widzieli, że naprzeciw bramy wjazdowej rozbitej barykady było
ustawione stanowisko ogniowe karabinów. Więc prawdopodobnie temu ten zabieg miał
służyć. Prowokacja, wyciągnięcie na ulicę i seria z karabinów – a wtedy ofiar
byłoby więcej, niż kiedy oddział milicyjny wszedł na teren kopalni. Jak to
określa gen. Kiszczak, użyli broni "w obronie koniecznej". Przypomnę, że
najmniejsza odległość od hipotetycznych punktów, z których strzelano, do
miejsca, gdzie padli ranni, wynosiła od 12 do 98 metrów. Do tego część ran
postrzałowych miała miejsce z tyłu. To była tzw. obrona konieczna…

Jak Pan został ranny?
– Kiedy nachylałem się nad leżącym kolegą. Chciałem go podnieść i w tym momencie
otrzymałem postrzał w ramię. Prawdopodobnie gdybym był w postawie stojącej,
dostałbym w klatkę piersiową.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj