Stracony czas reform

Rozmowa z Wołodymyrem Połochałą, politologiem i deputowanym do parlamentu ukraińskiego z ramienia Bloku Julii Tymoszenko

Czy w sytuacji, gdy na Ukrainie prawo jest tylko deklarowane, a nie egzekwowane, jest potrzebny parlament, który mnoży nieobowiązujące nikogo ustawy?

– Parlament jest na Ukrainie potrzebny jako organ przedstawicielski. Musi on zabezpieczać działalność ustawodawczą w państwie. Ale parlament ma funkcjonować inaczej niż Rada Najwyższa Ukrainy w latach 2006-2007.

Dlaczego tak się dzieje, że parlament następnej kadencji jest gorszy od poprzedniego?

– Taka jest ukraińska właściwość. Na Ukrainie działa konkurencyjny polityczny reżim. Oficjalnie prawo jest w państwie dominujące. Ale w rzeczywistości działalność oficjalnych podmiotów prawa pomija ustawy uchwalone przez parlament. I tym Ukraina różni się od Polski, gdzie są dotrzymywane ustalone reguły funkcjonowania państwa przy wszystkich istniejących wadach prawnych. W Polsce przedterminowe wybory parlamentarne odbyły się dwa tygodnie później niż na Ukrainie. Jednakże w Polsce już istnieją koalicja, opozycja i rząd. Państwo funkcjonuje według norm prawnych i kryzys polityczny został zażegnany. A na Ukrainie jeszcze nie doszło do normalnej pracy ani parlamentu, ani rządu… Zwlekanie z powstaniem koalicji parlamentarnej i rządu nie niesie dla Ukrainy niczego dobrego. Kraj pozostaje jeszcze daleko za państwami demokracji zachodniej. Pod względem jakości instytucji demokratycznych według ostatnich notowań Ukraina zajmuje w świecie 115. miejsce. To powoduje, że nie jest krajem atrakcyjnym dla zagranicznych inwestycji, ponieważ ma słabą i niestabilną demokrację – to duże ryzyko dla inwestorów.

Ale po „pomarańczowej rewolucji” Ukraina miała duże szanse wejścia do rodziny państw demokratycznych…

– Właśnie do tego zmierzam. Po zwycięstwie „pomarańczowych” świat demokratyczny stał dla Ukrainy otworem. To był okres bardzo sprzyjający reformowaniu kraju i jego instytucji państwowych. Ale ten czas był stracony…

I w sumie wszystko pozostało prawie tak jak za reżimu Kuczmy, z wyjątkiem tego, że teraz dziennikarzom nie odcinają głów… Jak obecnie w kraju wygląda kwestia wolności słowa?

– Na Ukrainie nie ma niezależnych mediów, bo wszystkie są podporządkowane oligarchom. Dziewięćdziesiąt procent mediów ukraińskich funkcjonuje tak, jak tego chcą liderzy klanów. Dlatego mówić o wolności słowa na Ukrainie trzeba z uwzględnieniem tych uwarunkowań. Tak, w kraju jest pluralizm, ale są duże problemy z wolnością słowa. A jak wolność słowa jest ograniczona przez klany finansowe i rządzące, to czy możemy wtedy mówić o prawdziwej demokracji?

Kto zatem ponosi winę za niewykorzystanie przez Ukrainę szans znormalizowania sytuacji w państwie?

– Wiktor Juszczenko, który na fali pomarańczowego zrywu społecznego został prezydentem, miał wszystkie możliwości, aby wzmocnić instytucje demokratyczne i skierować państwo na tory normalnego rozwoju. Ale nowo wybrany prezydent zajmował się wszystkim, tylko nie tym, czego w tym czasie potrzebowało państwo ukraińskie. Należało zacząć od zreformowania sądownictwa. W pilnym trybie trzeba było wtedy przystąpić do likwidacji korupcji, gdyż oligarchowie nie mieli jeszcze wtedy twardego gruntu pod nogami.

Bezspornie czas ten był stracony, bo prezydent Juszczenko, zajmując niezdecydowaną pozycję, nie mógł skutecznie rządzić krajem, ale czy są jakieś pozytywne skutki „pomarańczowej rewolucji”?

– Po tych zajściach, w których uczestniczyły setki tysięcy obywateli ukraińskich, społeczeństwo szybciej dojrzało. Dlatego teraz obserwujemy proces kształtowania się społeczeństwa obywatelskiego. Dziś politycy ukraińscy nie ignorują wyborców tak, jak to było za czasów reżimu Leonida Kuczmy. Ale gdyby teraz u prezydenta była polityczna wola zrealizowania wszystkich złożonych przez niego obietnic wyborczych i sformowania koalicji na bazie Naszej Ukrainy i BJT, to „pomarańczowa koalicja” powstałaby już dawno i wszystko potoczyłoby się we właściwym kierunku.

Czy Pan w takim razie nie uważa, że dziś źródłem niestabilności Ukrainy jest prezydent Juszczenko i jego otoczenie?

– Można się z tym pogodzić, ale chcę dodać, iż prezydent jest obecnie nadzwyczajnie niekonstruktywny. Na co dzień bardzo trudno zrozumieć, czego chce Juszczenko. Dosyć często zmienia własny paradygmat światopoglądu. Chcę także podkreślić, że gdyby proprezydencka Nasza Ukraina we wrześniu 2007 roku podczas kampanii wyborczej nie deklarowała, iż wejdzie do koalicji z Blokiem Julii Tymoszenko, to wtedy opcja polityczna Juszczenki nie otrzymałaby nawet tych 14 proc. głosów ukraińskich wyborców.

Dziękuję za rozmowę.

Eugeniusz Tuzow-Lubański, Kijów
drukuj