Spór o losy narodu
Na pierwszy rzut oka twierdzenie, że żyjemy w ciekawych czasach, może wydawać
się przesadą. Podobnie można zareagować na zdanie, że w polskiej polityce
dochodzi właśnie do niezwykle ważnego przewrotu ideowego. Oba te sądy jednak
opierają się na poważnych przesłankach i nie mają w sobie nic z zaklęć, po które
sięgają ludzie rozczarowani nieciekawą codziennością. Fundamentalny spór, jaki
rozgrywa się na naszych oczach, nie jest łatwy do uchwycenia w powodzi
informacji, wypowiedzi polityków i komentarzy specjalistów, którymi przepełnione
są media. Tym trudniej to uczynić, że sposób wyrażania myśli przez ludzi
establishmentu stracił bardzo na wyrazistości i logice, o przywiązywaniu przez
nich wagi do znaczenia słów nie ma co wspominać. Mimo tych utrudnień można
zaobserwować, że z coraz większą częstotliwością w wypowiedziach polityków,
dziennikarzy, naukowców i działaczy społecznych pojawia się słowo "naród", i to
nie mimochodem, w wyrażeniach typu: drużyna narodowa, Narodowy Bank Polski czy
Narodowy (o zgrozo!) Fundusz Zdrowia. Słowo "naród" pojawia się (wciąż co prawda
na marginesie wypowiedzi) jako świadomy symbol przynależności do określonego
obozu ideowego. Liberalni intelektualiści potrafią wręcz otwarcie odrzucać to
określenie, gdy mówią o wspólnocie ludzkiej zamieszkującej Polskę, im bliżej
centrum, tym paradoksalnie zwiększa się częstotliwość używania tego wyrażenia we
wspomniany przeze mnie, bezrefleksyjny sposób.
W czasie zakończonej kampanii wyborczej również mogliśmy obserwować
dystansowanie się od własnej wspólnoty narodowej. Najjaskrawiej niechęć tę
demonstrował Ruch Poparcia Palikota, dla którego punktem odniesienia w budowaniu
tożsamości jest mityczny Zachód. Także reakcje na wypowiedź Jarosława
Kaczyńskiego na temat Angeli Merkel ukazały oprócz aspektu zorganizowanej akcji
politycznej głęboki kompleks środowisk centrowych i lewicowych wobec szeroko
rozumianej zagranicy.
Z kolei prawica stara się z tego pojęcia – w większości wypadków rozumianego
jako wspólnota historyczna i kulturowa, praktycznie bez odwołań do etniczności –
uczynić jedną z podstaw swego etosu. Zagadnienie istnienia więzi narodowej stało
się tłem dyskusji nad postulowaną przez RAŚ autonomią Śląska. Przywódca tego
ruchu w swej niedawnej wypowiedzi wskazał elementy kulturowe (dzieła
Sienkiewicza) i historyczne (postawy wypływające z idei epoki romantyzmu)
łączące Polaków i podkreślił, że są one obce Ślązakom. Powstaje w ten sposób, co
prawda niezbyt składny, ale jednak, spór ideowy. Aby go opisać, odwołam się do
ustaleń nauki, a raczej do nieco uproszczonych, skrajnych stanowisk widocznych
we współczesnej humanistyce.
Dwie wizje narodu
Pierwsza z nich ukazuje nam naród jako wspólnotę naturalną, daną człowiekowi,
aby mógł zdefiniować swą pozycję w świecie, wskazać swą przynależność do
wspólnoty szerszej niż społeczna przestrzeń codzienności, a węższej niż
wspólnota Kościoła. Jest to definicja funkcjonująca w nauce jako
prymordialistyczna, czyli zakładająca pierwotność narodu i grup etnicznych, z
których powstały narody. Bliska niej jest teoria perenializmu (od angielskiego
słowa perennial, czyli wieczny), w której w zasadzie nie rozstrzyga się
"naturalności" narodu, zadowalając się jedynie stwierdzeniem jego trudnej do
określenia dawności. Z drugiej strony mamy definicję konstruktywistyczną, która
wdarła się przebojem na salony nauki i święci tam obecnie triumfy, czego jednak
większość społeczeństwa, a także duża część humanistów, nie zauważa. Definicja
ta czerpie z teorii modernizacji Ernesta Gellnera mówiącej o podstawowej i
nieodwracalnej zmianie, jaka nastąpiła w XIX w. na Zachodzie w wyniku
rewolucyjnych przemian w gospodarce spowodowanych wprowadzeniem nowych źródeł
energii i maszyn. Konsekwencją tych zmian było zaistnienie społeczeństwa
masowego i wykorzenionego, ale także spragnionego nowej tożsamości, która
zastąpiłaby dotychczasową świadomość stanową (szlachecką, mieszczańską,
chłopską), czy jeszcze węższą, określaną jako bycie "tutejszym" w odniesieniu do
własnej wsi i kilku miejsc związanych z codziennym i odświętnym bytowaniem.
Ludzie ci, pozostający w sytuacji kryzysu świadomości, coraz częściej
przyjmowali jako podstawową tożsamość narodową (obok klasowej).
Produkt rewolucji przemysłowej
Zgodnie z definicją Ernesta Gellnera do powstania narodu doszło w sytuacji,
kiedy organizacja produkcji w ramach jednego państwa okazała się po prostu
najefektywniejsza. Skutkiem tego było np. wyzwolenie się spod imperialnego
systemu gospodarczego stworzonego przez Brytyjczyków elity 13 kolonii
amerykańskich lub przezwyciężenie przez przedstawicieli tzw. burżuazji systemu
feudalnego utrzymywanego przez monarchię absolutną we Francji. Rzecz jasna
gospodarcze przyczyny nie przełożyły się bezpośrednio na świadomościowe skutki.
Między nimi leży złożony ciąg przyczynowo-skutkowy obejmujący stopniowe
wyodrębnianie się nowych elit, uzyskanie przez nie przewagi na danym terenie i w
obrębie danej społeczności, spór – najczęściej eskalujący do konfliktu zbrojnego
– ze starym ośrodkiem władzy, i żmudną budowę nowego porządku w oparciu o
narodowy paradygmat silnie zakorzeniony w tym właśnie sporze. Budowa ta
obejmowała cały szereg działań wpływających na wytworzenie się świadomości
narodowej: stworzenie armii z poboru, kodyfikację języka urzędowego, system
powszechnej oświaty itp. Nowe rządy dążyły do wytworzenia nowej, silnej i
masowej tożsamości dla społeczeństw, którymi kierowały – w ten sposób powstały
ideologie narodowe. W efekcie państwa, które najszybciej przyjmowały narodowe
"oblicze" stawały się najskuteczniejszą konkurencją dla imperiów.
Z drugiej strony w obrębie owych imperiów: rosyjskiego i habsburskiego, powstały
grupy intelektualistów kontestujących dotychczasowe wpływy kulturalne metropolii
i sięgające do "korzeni" własnych wspólnot, do tej pory niepostrzeganych jako
byty polityczne. Miroslav Hroch opracował teorię genezy "małych narodów", która
krok po kroku wyjaśnia okoliczności powstania takich narodów jak czeski czy
ukraiński. Według niego, grupy te także zrodziły się dzięki warunkom wytworzonym
przez rewolucję przemysłową. Jednym z jej efektów było bowiem pojawienie się
warstwy ludzi utrzymujących się z pracy umysłu, pełniących funkcje urzędnicze w
rozbudowującej się administracji i szkolnictwie. Spośród nich rekrutowała się
elita intelektualna "małych narodów". Oni to właśnie, nie ulegając czarowi
imperium, stali się orędownikami nowych narodów i "przebudzali" je z jakoby
wielowiekowego letargu. Z wielkim mozołem powołali do życia mitologie narodowe,
tworzyli teorie łączące im współczesnych z np. średniowiecznym rycerstwem więzią
krwi. Z drugiej strony jednak niezwykle ważnym elementem nowej świadomości
uczynili kulturę ludową wyniesioną do rangi kultury narodowej.
Dwa światopoglądy
W dyskusji naukowej można optować za jedną lub drugą teorią narodu (z tym
jednak, że konstruktywiści mają sporą przewagę – teorie konkurencyjne są dla
nich próbą nadania naukowych ram konstruowaniu narodowej przeszłości). W tym
zakresie pozostajemy jednak w sferze dyskursu naukowego, który jest – mimo
wszystko – próbą weryfikacji sądów o rzeczywistości. Sądy te jednak funkcjonują
głównie poza dysputami akademickimi i wpływają na kształtowanie przestrzeni
społecznej i politycznej dużo efektywniej niż ustalenia naukowców. Szczególnie
zagadnienie narodu jest przedmiotem licznych sporów, silnie nacechowanych
emocjonalnie, w których samemu słowu "naród" przypisywane są pozytywne bądź
negatywne konotacje. To te właśnie publiczne spory decydują o nastawieniu opinii
publicznej do kwestii narodowych. W polskiej przestrzeni publicznej dominują
dwie wizje narodu, które mogą być odbierane jako szerokie tło dla wspomnianych
teorii.
Pierwsza z nich jest oparta głównie na historii, która nie jest jednak
postrzegana jako zamknięta, podręcznikowa opowieść. W dużej mierze przeważa w
niej poczucie łączności z przodkami, nie tyle przez pokrewieństwo, ile przez
wspólnotę losów. Istnieje tu bowiem łączność pomiędzy wszystkimi "bohaterami
narodowymi" – tzn. ludźmi, którzy poświęcali swoje życie dla narodu, czy to
ginąc zań na wojnie, przewodząc mu, czy trwając na straży jego dorobku,
niezależnie od przeciwności losu. Są to oczywiście postaci symboliczne,
pozostające jedynie w pewnej relacji do pisanych przez historyków, opartych na
źródłach biografii, jednak mające znaczenie o wiele większe niż naukowe
ustalenia. Symbolizują one bowiem odczuwany wśród kierujących się tą wizją
narodu obowiązek jego podtrzymywania. W ten sposób wizja ta zakłada, a
jednocześnie wywołuje, chęć (potrzebę) trwania we wspólnocie narodowej.
Wizja druga zakłada pewnego rodzaju dystans. Nie wypływa on jednak z chęci
bezstronnego przyjrzenia się własnej wspólnocie, ale z niechęci do niej. Trudno
w gruncie rzeczy orzec, czy dystans wyprzedza niechęć, czy odwrotnie. Tym
łatwiej w przypadku Polski o niechęć, że to, co wizja ta określa jako
przeszłość, jest tu, na miejscu, a to, co określa jako współczesność, jest tam,
na Zachodzie. Stamtąd również ma przyjść przyszłość. Choć wizja ta nie opiera
się jedynie na niechęci do negatywnych stron działalności narodowej, to coraz
częściej wszelkie pozytywne jej przejawy oddziela się od narodowego kontekstu,
przenosi się i dopasowuje do pewnej większej, choć niezbyt jeszcze sprecyzowanej
układanki (np. historii Europy, rozwoju literatury światowej czy walki o
demokrację na świecie). I ta wizja ma swoich "bohaterów narodowych", a są nimi
najczęściej osoby nastawione krytycznie do własnego narodu, często spoglądające
nań z oddalenia (mentalnego i geograficznego). Jednocześnie jednak bohaterowie
ci są także dopasowywani do wizji, a to w ten sposób, że nie zawsze pamięta się
to, o czym mówili, poprzestając jedynie na ich krytycznym nastawieniu. W
działaniach tych widać wyraźną chęć przezwyciężenia historycznej konieczności
działania we wspólnocie narodowej i przejścia do innej, szerszej społeczności, w
dużej mierze prezentującej przeciwstawne do dotychczasowych wartości.
Naród w centrum sporu politycznego
W jaki sposób zwolennicy obu opcji dochodzą do swych poglądów? Sympatię do
własnej wspólnoty narodowej może wzbudzić wyjazd do pracy do Brukseli i np.
zamieszkanie w dzielnicy marokańskiej, ale także naukowa obrona oryginalności i
wyjątkowości na tle europejskim literatury sarmackiej. Do odwrotnych wniosków
mogą natomiast skłonić praca w korporacji międzynarodowej lub wytrwała lektura
czasopism "celebryckich". Oczywiście te tak różne doświadczenia są często
zaledwie katalizatorami reakcji nagromadzonych wcześniej składników. Faktem
pozostaje jednak, że tylko od chęci i chłonności umysłu zależy, jak wiele tych
składników zbieramy. Z drugiej strony można także wskazywać ośrodki
kształtowania opinii, które silnie oddziałują na społeczeństwo, doprowadzając do
"klarowania" poglądów, jednak sam fakt, że jest ich co najmniej kilka po każdej
ze stron, często skłóconych ze sobą, świadczy o autentyczności i spontaniczności
przyjmowania obu postaw. Ta wielość źródeł informacji przekłada się jednocześnie
na wielość środków, którymi można dzielić się i oddziaływać na pozostałych. Obie
grupy mogą więc liczyć na szerokie grono aktywistów bardzo często nieczerpiących
z tej działalności nic poza satysfakcją.
Powyższy akapit mógłby napawać dumą, ponieważ opisuje nic innego, jak
obywatelskie społeczeństwo informacyjne. Problem polega jednak na tym, że w
dużej mierze przyczyną aktywności społeczeństwa jest głęboki spór ideowy, który
nie skończy się polubownie. Obydwie strony sporu intuicyjnie wyczuwają, że
jedynie takie rozstrzygnięcie jest możliwe, stąd też ich zaangażowanie.
Jedno wszak powinno budzić zaniepokojenie obu stron. Wielkie idee nie wskazują
niestety rozwiązań szczegółowych. Zwolennikom obu opcji szalenie trudno
zdecydować się na wskazanie konkretów, kiedy mówią o swych wizjach. Jest to
charakterystyczne dla tego typu sporów – w końcu nawet republika we Francji
zatriumfowała dzięki zbiegowi wielu zaskakujących czynników, a nie w wyniku
starannie przeprowadzonych planów opozycji republikańskiej z II Cesarstwa.
Dobrze by było jednak zacząć choć te plany snuć. Nie wystarczy przecież mówić,
że chcemy stać się świadomymi Europejczykami i wskazywać przy tym na Francuzów
czy na Niemców. Nie wystarczy też mówić, że chcemy być Polakami i przywoływać w
związku z tym nasze przewagi, nawet te cywilizacyjne (np. całokształt dokonań II
RP). Aby spór ten nie nakręcał jedynie kampanijnych mówców czy narodowych lub
kosmopolitycznych "wyznawców", trzeba, aby strony tego sporu stanęły na ubitej
ziemi z odsłoniętymi przyłbicami. Spotkanie to nie może przebiegać na zasadzie
redakcyjnych burz mózgów kończących się np. wyśmiewaniem "ciemnogrodu". Spór ten
powinien zostać wreszcie opisany i umieszczony w centrum polskiej debaty
politycznej.
Michał Zarychta,
historyk
