Spoganiałe narody potrzebują ewangelizacji od nowa

Z JE księdzem arcybiskupem Stanisławem Wielgusem z KUL rozmawia Sławomir
Jagodziński

Powołanie nowej dykasterii Kurii Rzymskiej – Rady ds. Krzewienia Nowej
Ewangelizacji, ogłoszenie Synodu Biskupów na 2012 r., głoszone apele podczas
wizyt apostolskich ukazują, że Benedykt XVI kładzie silny nacisk na konieczność
rechrystianizacji krajów, które odeszły od wiary. Czy obecne czasy wymagają
jakichś szczególnych działań ewangelizacyjnych?

– Sądzę, że tak. Wszyscy orientujemy się, co się dzieje we współczesnym świecie,
zwłaszcza w obrębie tych państw, które należą do – nazwijmy to – cywilizacji
euroatlantyckiej. Widzimy, że następuje gwałtowna laicyzacja wśród narodów
żyjących w tych właśnie krajach. Dochodzi do tego, że poganieją pojedynczy
ludzie, poganieją całe rodziny, dla coraz szerszych kręgów społecznych przestają
się liczyć zasady wiary i moralności chrześcijańskiej. Dekalog usuwany jest z
życia człowieka, a to przecież jest absolutny fundament życia chrześcijańskiego,
zresztą nie tylko chrześcijańskiego. Ta smutna diagnoza jest obecna w nauczaniu
Benedykta XVI, który wielokrotnie podkreśla i wskazuje, że ten "duch tego
świata" dotyka wszystkich warstw społecznych. Tutaj należy widzieć genezę
działań Ojca Świętego, o których pan wspomniał na początku. Papież chce zaradzić
złu, które szerzy się coraz agresywniej.

Ojciec Święty czyni to na bardzo szeroką skalę, angażując biskupów całego
świata…

– Bo w każdej sytuacji, gdy ktoś, kto jest odpowiedzialny za jakieś sprawy
społeczne, religijne czy inne, musi działać w trzech etapach. Najpierw postawić
diagnozę.

…dokładnie odczytać rzeczywistość.
– Tak. I to szczerze, obiektywnie, bez żadnych upiększeń. Jednak nie można na
tym poprzestać. Nie można tylko lamentować, że jest źle, a często niektórzy się
tylko do tego ograniczają. Drugi etap to pokazanie korzeni – dlaczego tak jest,
skąd się to bierze. To jest niezwykle ważne – pokazać diabła, który zatruł życie
zarówno pojedynczych ludzi, jak i całych społeczności; który działa tak, a nie
inaczej, i który ma mnóstwo pomocników. Jak powiedział bardzo trafnie irlandzki
pisarz Clive Staples Lewis, kiedyś diabeł miał dużo trudniejsze zadanie, bo
musiał każdego człowiek kusić z osobna. Dzisiaj ma dużo łatwiej, bo wystarczy,
że skusi redaktora naczelnego jakiegoś pisma czy właściciela telewizji lub
radia, czy znanego aktora, popularnego sportowca, modnego piosenkarza, który ma
wpływ na rzesze ludzi, i przez niego może oddziaływać na miliony. Trzeba mieć
tego świadomość, aby widzieć korzenie zła.
Niezwykle ważny jest też trzeci etap: wnioski, drogi wyjścia. Co zrobić, żeby
zapobiec złu? Jak zregenerować to, co zostało zepsute? Na jakiej drodze
doprowadzić do odrodzenia? Ojciec Święty to wszystko przeprowadza, bo doskonale
zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Jeśli się wczytamy, wsłuchamy w jego
nauczanie, to te etapy można dostrzec.

Sam termin "nowa ewangelizacja" pojawił się już za pontyfikatu czcigodnego
Sługi Bożego Jana Pawła II?

– Za Jana Pawła II przywykło się już używać tego sformułowania. Bardzo
rozmyślałem nad nim. Uważam, że to zadanie, które teraz przed nami stoi, to
jednak w dużej mierze nie "nowa ewangelizacja" w naszych czasach, ale to
"ewangelizacja od nowa". Przecież wiemy, ile rodzin jest dziś zupełnie
spoganiałych, nieżyjących duchem religijnym, niewychowujących dzieci po
chrześcijańsku. Na Zachodzie są ich miliony, ale i u nas ta tendencja staje się
coraz wyraźniejsza. Tu potrzebna jest po prostu ewangelizacja od nowa.
Oczywiście, nie chcę być pesymistą – jestem przekonany, że Kościół przetrwa
wszystko, ale nie bądźmy tak pyszni, sądząc, że Europa to pępek świata. Europa
odegrała olbrzymią rolę w chrześcijaństwie, ale dzisiaj punkt ciężkości przesuwa
się gdzie indziej, przesuwa się do Afryki. Tam na początku XX w. było ok. 10 mln
chrześcijan, dzisiaj jest ok. 400 milionów. Wzrost jest niesamowity. Podobnie
jest w niektórych rejonach Azji czy w Ameryce Łacińskiej. Nie zawsze jest to
katolicyzm, ale w każdym razie chrześcijaństwo. Być może Europa, odchodząc od
chrześcijaństwa, zejdzie zupełnie na dalszy plan. Jednak my, jako Europejczycy,
mamy jeszcze czas, aby temu przeciwdziałać, wierząc, że Kościół nie zginie.
Czy to dzieło ewangelizacji od nowa, jak Ksiądz Arcybiskup zaznaczył, może się
dokonać z pominięciem katolickich środków przekazu albo bez ich udziału?
– Uważam, że nie. Święty o. Maksymilian Maria Kolbe mówił już na początku wieku
XX, że możemy mieć wspaniałe świątynie, możemy mieć mnóstwo domów – pomocy,
opieki – takich, owakich, ale jeżeli nie zadbamy o media, o przekaz Ewangelii do
ludzi, to świątynie będą puste. Media są także dziś nieprawdopodobnie ważne.
Diabeł działa, na co już zwracałem uwagę. I działa – nie boję się tego
powiedzieć – przez masonerię. Bo to jest źródło wszelkiego zła od XVII wieku.
Masoneria wznieciła rewolucję francuską, która doprowadziła do hekatomby – w
czasie kiedy ludzkość nie liczyła nawet pół miliarda, w jednej tylko Francji
zamordowano ponad milion ludzi. O tym się nie mówi. Mówi się natomiast z
naciskiem: Wielka Rewolucja Francuska. Z powodów religijnych w okrutny sposób
wymordowano w samej tylko Wandei blisko 200 tys. ludzi: gilotynowano, palono
żywcem, kłuto nożami, kosami… coś nieprawdopodobnego. Masoneria wywołała też
wszystkie inne rewolucje – i październikową w Rosji, i w Meksyku. Te siły także
dziś chcą decydować o świecie i dążą do zniszczenia chrześcijaństwa. W
niektórych krajach już się to udaje. Słynny amerykański socjolog Peter Berger,
laureat Nagrody Nobla, pisze, że zmierzają one do opanowania trzech centrów:
uniwersytetów, parlamentów i mediów. A rola środków przekazu jest olbrzymia.
Trzeba pamiętać, że media to najczęściej nieautonomiczna siła, narzędzie w
czyichś rękach – powiedzmy: masonerii albo wielkiego kapitału. Mają one
niezwykły wpływ na życie i świadomość współczesnego człowieka. Dlatego tak ważne
jest zadanie takich mediów, jak choćby "Nasz Dziennik".

W ostatnich orędziach papieskich na temat środków społecznego przekazu
znalazło się bardzo mocne podkreślenie znaczenia nowych technologii i internetu
w duszpasterstwie…

– To jest bardzo ważne, także w nurcie nowej ewangelizacji. Szczególnie jeśli
chodzi o młodych ludzi, którzy dziś powszechnie korzystają z internetu. Kościół
nie może sobie pozwolić, by orędzie chrześcijańskie było tam nieobecne.

Czy nie uważa Ksiądz Arcybiskup, że ciągle brakuje nam w Polsce zastępów
dobrze przygotowanych katolików, którzy odpowiedzialnie zaangażowaliby się w
życie społeczno-polityczne?

– Tak, i dlatego trzeba kształcić ludzi, i to przede wszystkim świeckich. W
polityce potrzeba tych, którzy żyją wiarą, którym zależy na Kościele, którzy się
identyfikują z chrześcijaństwem i z Chrystusowym przykładem życia. I daj Boże
jak najwięcej takich osób. Zawsze miałem nadzieję, że katolickie uniwersytety
wykształcą zastępy takich ludzi. My w Polsce, niestety, nie mieliśmy katolickiej
inteligencji. Proszę zwrócić uwagę, że w wiekach XIX czy XX to była przede
wszystkim żydowska inteligencja: adwokaci, lekarze itd. Albo byli to Polacy
wykształceni na pozytywistycznych uniwersytetach zagranicznych, gdzie sprawy
religijne, etyczne wyrzucano na margines albo odrzucano całkowicie. Chodziło
tylko o to, aby wykształcić dobrego zawodowca w jakiejś dziedzinie. No i mnóstwo
takich wolnomyślicieli wykształcono, mnóstwo… Mój poprzednik na stolicy
biskupiej w Warszawie św. ks. abp Zygmunt Szczęsny Feliński bardzo dobrze o tym
wiedział. Rozumiał, że nie mamy inteligencji katolickiej. Po to Kościół zakładał
uniwersytety katolickie, żeby kształciły młodzież świetnie metodologicznie,
merytorycznie, ale także w sposób nieoderwany od wymiaru nadprzyrodzonego.

I to się dziś udaje?
– To trudna sprawa, ale się udaje. Przykładem może być Wyższa Szkoła Kultury
Społecznej i Medialnej w Toruniu. Kształci ona dobrych specjalistów, nie pomija
przy tym wymiaru etycznego, religijnego w formacji. Na uniwersytetach może nie
wszystko układa się tak, jak bym chciał, ale jest dużo bardzo dobrej młodzieży.
I w niej cała nadzieja.

Czy uniwersytety, uczelnie katolickie powinny stać się intelektualnym
zapleczem dla nowej ewangelizacji Europy?

– Na pewno. Z tym że trudno jest stworzyć jakieś nowe wydziały, bo nie o to
chodzi. Chodzi o to, żeby chemika wykształcić po chrześcijańsku, tak samo
matematyka, socjologa, psychologa itd. Rzecz w tym, aby ludzie, żyjąc i pracując
w swoich zawodach, byli dobrymi chrześcijanami, zatroskanymi o Kościół,
Ojczyznę. Jako wieloletni rektor KUL zwracałem uwagę na potrzebę takiej
formacji. Na mój wniosek np. Senat uczelni wprowadził wykład z Biblii, wykład z
katolickiej nauki społecznej dla wszystkich, bez względu na kierunek studiów. Bo
nie może być tak, że ktoś idzie w świat z dyplomem KUL czy innej uczelni
katolickiej, a nie ma pojęcia o Biblii, o katolickiej nauce społecznej. Nie
można się na to godzić… Sama wiedza to za mało. Chrześcijanin musi być w życiu
świadkiem wiary.

Mamy też problem z politykami, którzy określają się jako katolicy, a w
rzeczywistości nie uznają nauczania Kościoła…

– Mamy problem. Okazuje, że choć większość naszych posłów to katolicy, to kiedy
dochodzi do istotnych dla wiary i moralności rozstrzygnięć, wówczas zawodzą. Tak
jest choćby z kwestią zapłodnienia in vitro. To ogromny problem, że politycy
katoliccy nie za bardzo umieją się odnaleźć w polityce ze swoim
chrześcijaństwem. Niestety, nie są dojrzali lub są tchórzliwi. Przecież albo się
jest chrześcijaninem, albo się nim nie jest. Stąd wielkie wyzwanie m.in. dla
uczelni katolickich, aby wykształcić klasę autentycznie chrześcijańskich
działaczy politycznych i społecznych.

Zawsze okazją do przyjrzenia się politykom są wybory.
– To ważne, na kogo się głosuje, tym bardziej że do władzy rwą się różni ludzie,
z którymi później są problemy. Na każdym z nas spoczywa odpowiedzialność, aby
wybierać ludzi, którzy będą rzeczywiście reprezentować to, co dla nas jest
najświętsze.

I nie dać się zwieść obietnicom.
– Tak. To jest bardzo trudne, ale trzeba rozeznać i dobrze wybrać.

Czy papieskie wezwanie do nowej ewangelizacji wymaga jakiegoś zrewidowania
dotychczasowego duszpasterstwa parafialnego, akademickiego, katechezy?

– Z pewnością. Pamiętamy to hasło Soboru Watykańskiego II: "Ecclesia semper
reformanda". Kościół musi się stale reformować, bo czasy się zmieniają,
zmieniają się dynamicznie społeczeństwa, język, sposób porozumiewania się z
ludźmi, formy przekazu. Kościół nie może tu stać z boku czy też pozostawać w
tyle. Zatem w sprawach przekazu Ewangelii koniecznie trzeba nieustannie myśleć i
o nowym języku, i o nowym sposobie trafiania do ludzi. Oczywiście to nie dotyczy
tego, co fundamentalne: "Stat crux dum volvitur orbis" – chociaż świat się kręci
i zmienia – Krzyż stoi! A więc reformy nie dotyczą prawd wiary, nie dotyczą
zasad moralnych, przykazania miłości ewangelicznej, czyli tego, na czym bazuje
chrześcijaństwo. W tym sensie jesteśmy fundamentalistami. Można i należy
zmieniać formę przekazu, dostosowywać ją do nowych możliwości i wyzwań, jakie
niesie świat.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj