Polska suwerenność niechciana

Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że traktat lizboński nie zagraża w
niczym naszej suwerenności. Co ciekawe, Federalny Trybunał Konstytucyjny w
Niemczech ponad rok temu stwierdził coś zupełnie przeciwnego.

Wprawdzie niemiecki trybunał wyraził zgodę na ratyfikację traktatu, ale pod
warunkiem obwarowań ustawowych gwarantujących wyższość prawa niemieckiego nad
unijnym, wyższość parlamentu niemieckiego nad europejskim itp. Wszystkie
rozstrzygnięcia ustawowe, które zapadną w UE, będą musiały być ratyfikowane w
Niemczech. Dlaczego trybunał niemiecki tak mocno zareagował? Odpowiedź jest
prosta – zauważył potężne zagrożenia dla suwerenności państwa narodowego.
Oczywiście, dzisiaj Niemcy są krajem dominującym w Unii, ale sędziowie Trybunału
Federalnego zabezpieczyli swój kraj na wypadek, gdyby ta sytuacja z biegiem
czasu uległa zmianie. Nikt w Europie nie może liczyć na to, że za pomocą
Brukseli będzie mógł zewnętrznie mieć wpływ decyzyjny na losy Niemiec, na ich
prawo i politykę. Tymczasem my w ogóle nie zabezpieczyliśmy się w ten sposób.
Trybunał Konstytucyjny nie odważył się pójść tropem niemieckim, polskim
politykom nawet do głowy nie przyszło, aby uchwalić ustawy analogiczne do tych,
na które zdecydowali się nasi zachodni sąsiedzi. Wszystko to jednoznacznie mówi
o stanie naszych elit. Jak pisał Władysław Konopczyński, "suwerenność buduje się
od wewnątrz, a ochrania od zewnątrz". Wydaje się, że przede wszystkim nie
jesteśmy suwerenni "od wewnątrz", dlatego tak trudno nam bronić suwerenności
przed zagrożeniem zewnętrznym. Znamienne były słowa jednej z osób, która
krzyknęła po orzeczeniu trybunału: "Hańba! Pieczętujecie rozbiór Polski!",
przywołując gest Rejtana.
Jesteśmy w stanie godzinami zastanawiać się nad drugorzędnym w gruncie rzeczy
tematem (np. zniesieniem wiz do USA), a kiedy toczy się batalia w kwestii
stworzenia superrządu gospodarczego w Europie (najnowszy pomysł Niemiec), nikt
nawet się nie zająknął o tym podczas ostatniej kampanii prezydenckiej. Polski
prezydent potrafi zaprosić na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego
generała Wojciecha Jaruzelskiego, wywołując potężny skandal w opinii publicznej,
nie jest zaś w stanie nawet pomyśleć, by sprzeciwić się planom sojuszu
niemiecko-rosyjskiego w Europie. Umiemy spierać się o to, że za mało jest
Polaków w dyplomacji europejskiej, ale prawie nikt nie zastanawia się, po co nam
ta europejska dyplomacja, europejski prezydent, europejski parlament itp. Jakby
tanie emocje miały zastąpić Polakom merytoryczną debatę.
Ten smutny opis doskonale również obrazuje, czym różni się nasza pozycja w Unii
od statusu Niemiec. Tamtejsze władze najwyższe, przede wszystkim sądownicze,
dbając o suwerenność swojego kraju, dmuchają na zimne, nasze nie chcą widzieć
żadnych zagrożeń. Pamiętajmy, że można było po prostu pójść tropem niemieckim,
wszak zapisy o suwerenności państwowej są analogiczne w polskiej i niemieckiej
konstytucji. Nikt w Europie nie mógłby nam nic zarzucić, skoro czerpiemy wzory
od głównych propagatorów rozwiązań zawartych w traktacie lizbońskim. Żeby jednak
móc wykonywać takie ruchy, musielibyśmy mieć silne i wpływowe narodowe media
zmuszające polityków do dbania o interes narodowy.
Orzeczenie polskiego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie traktatu lizbońskiego
zostało przyjęte w Polsce niejako mimo uszu. A jeszcze rok temu politycy PiS
przekonywali elektorat narodowy, że "ratyfikujemy traktat, ale Trybunał
Konstytucyjny ochroni swoimi postanowieniami naszą suwerenność". Tymczasem dziś
ci sami politycy jakby na uboczu pozostawili fundamentalne dla naszej
suwerenności rozstrzygnięcia. Czy wcześniejsze zapewnienia nie były li tylko
medialną grą, aby zamydlić oczy ludziom o narodowych poglądach? Jeśli sprawę
pozostawi się bez należytej oceny, gdy przyjdą kolejne traktaty (nie należy się
spodziewać, że Niemcy i Francuzi zakończyli budowę superpaństwa w Europie),
znowu rzuci się parę emocjonalno-patriotycznych frazesów w telewizji w
przekonaniu, że wyborcy konserwatywni zadowolą się byle czym, a nasza
suwerenność zostanie po raz kolejny wystawiona na europejskim targowisku.
 

Prof. Mieczysław Ryba

Autor jest kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX wieku
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, wykładowcą w WSKSiM,
członkiem Kolegium IPN.

drukuj